IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... 15 ... 29  Next
AutorWiadomość
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 12 Paź - 17:24:10

Oczy, a raczej samotne oko Alfreda – drugie skrywał bandaż – błysnęło, gdy usłyszał odpowiedź Arthura.
- Och, nie wątpiłem, że wiesz! – oznajmił Alfred z entuzjazmem, prawie zakrztuszając się przy tym kanapką. Choć najprawdopodobniej w rzeczywistości chodziło o nadal obolałe gardło, skryte pod wysoko postawionym kołnierzem płaszcza. Alfred wyszczerzył się jednak szeroko, choć w tym uśmiechu było coś nie tylko z entuzjazmu.
- Byłeś dobrze przygotowany, do przejęcia władzy, prawda? – spytał retorycznie. – Cóż, niestety poza Astrą nie ma raczej jak zdobyć takiej wiedzy. – Wzruszył ramionami. – Ale to nic. Można to nadrobić, prawda? – Kolejne pytanie, na które Alfred nie oczekiwał odpowiedzi.
Prowadził dialog jakby sam ze sobą z drobną asystą Arthura. Przynajmniej momentami. Zazwyczaj bowiem spijał słowa z ust Arthura zaciekawiony, zaintrygowany i po prostu mocno znudzony do tej pory panującą stagnacją. Dla kogoś takiego jak Alfred siedem dni ciszy jest najgorszą karą i torturą. A skoro o tym mowa – czy można uznać, że odpokutował już morderstwo króla?
Alfred uważał, że tak. Jak najbardziej. Ten etap ma już za sobą.
- Stałem się królem z mocą kształtowania tego miasta i kraju – odparł spokojnie. – I tyle mi wystarczy. Tyle potrzebuję. Ale o tym później, tak? Albo kiedyś… Nie ma co wybiegać myślami w przyszłość. Wystarczająco często to robię. Musimy się skupić na obecnej sytuacji. Ha!
Alfred poruszył się, zmieniając pozycję siedzenia. Założył nogę na nogę i pochylił się. Ból wstrząsnął jego ciałem, ale Alfred zagryzł zęby, starając się nie dać po sobie tego poznać. Ułatwiały to bandaże, skrywające większą część jego twarzy. Ale cóż. Nawet jeśli Arthur zobaczy jego drobne słabości… Obaj raczej nie wyglądali teraz zachęcająco.
- O, to dobrze. Przypuszczałem, że twoja magia nieźle sobie z tym radzi. Jeszcze dwie godziny temu wyglądałeś tragiczniej – przyznał. – Ale i tak nieźle się trzymasz. Cóż… Jesteś głodny? – Spytał.
Nie, żeby zamierzał dać mu swoją kanapkę. Ta była jego i Alfred był gotowy za nią zginąć.
- Tylko, że ja nie zamierzam się tłumaczyć. – Alfred parsknął z rozbawieniem. – Zrobiłem to, co należało. Król był głupi i ślepy. Uważał, że ten świat składa się tylko z bogatych i mieszkańców Astry. A to bardzo głupie podejście. Bunt, rabacja wybuchłaby prędzej czy później. Ja po prostu wziąłem ją w ryzy. Bo powiedz… Kto tak naprawdę wierzy, że regulacja przyjmowanych magów ogranicza ich przyrost? Czy ten władca naprawdę wierzył, że nie znajdą inne sposoby? Oczywiście, że się znajdą! Tymczasem były król, o, przepraszam… Mój ojciec? Szczerze, to nawet nim nie był za bardzo, jeśli chodzi o egzystencję. Znaczy… Pokrewnie to co innego, ale wiesz o co mi chodzi. Tak czy siak król uważał, że poza jego dworem nie istnieje nic. A ludzie istnieją, Arthur. Nawet jeśli tego nie widzimy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 12 Paź - 19:59:31



Arthur przypomniał sobie, że to nie jest pora na morderstwo. Kolejne zaklęcie zaplótł trochę zbyt gwałtownie, przez to poczuł się tak, jakby nagle jego wnętrzności transformowały się w gęsie pióra. Przepełniony i otumaniony magią, zamrugał, pobladł, przechylił się do przodu, zacisnął i, po chwili, szeroko otworzył oczy.
— Studiowałem prawa, zdrajco – oświadczył gniewnie. – Przez całe życie studiowałem całe mnóstwo praw. Możesz mnie upokarzać na wiele sposobów... ale porównując mnie do siebie, przekraczasz granicę.
Wrażenie oszołomienia zelżało, chociaż pozostał w jakiś sposób odcięty od największego chaosu. Ceremonia, przebudzenie w pustej, martwej sali, a potem wędrówka przez korytarze, które otaczała tylko noc, by zobaczyć zwłoki króla na szczycie niknącego tronu i stoczyć walkę z jego zabójcą – a później ponowne odzyskanie przytomności w tym samym miejscu – to wszystko mogło przydarzyć się komuś innemu. Ale nawet, gdyby przyglądał się z boku temu przedstawieniu, to i tak znienawidziłby Alfreda.
— Stałeś się królobójcą z królewską mocą – poprawił go lodowato. – Ale nie królem.
Było w tym znacznie więcej niż złośliwość i Arthur poczuł cień satysfakcji, że o tym przypomniał. Moc króla nie sprawiała automatycznie, że król stawał się akceptowany. Choć mógł może trzymać jako zakładników mieszkańców Astry, to, poza podniebną stolicą nie będzie żadnego miasta, które poprze uzurpatora, jeśli ten pojawił się znikąd i siał jedynie chaos. W tym momencie Królestwo Pik nie miało żadnego króla. Dlatego Alfred pewnie jeszcze trzymał go przy życiu. Mógł mieć moc, ale potrzebował jeszcze kogoś, kto będzie miał polityczną siłę.
Arthur przesunął po Alfredzie wzrokiem.
— Pasują ci bandaże zakrywające twarz. Podkreślają, że jesteś właściwie nikim.
Umilkł pogardliwie i obserwował jego dalsze posunięcia. Na nieszczęście, posunięciem Alfreda było przypomnienie mu o ludzkich potrzebach. Arthur drgnął, ale jego spojrzenie nie mogło ciąć już ani trochę bardziej. Magią odgradzał się teraz od wszystkiego, co tylko dało się odgrodzić: podstawowych potrzeb fizjologicznych, zmęczenia i bólu. Te rzeczy były zbyt prozaiczne, by myśleć o nich teraz.
— Trzymaj się konkretów – skarcił go ze znużeniem.
Aż w końcu usłyszał, jakiego rodzaju osoba weszła mu w paradę. A w każdym razie słuchał... I czuł, że nie do końca wierzy, że chodzi o coś takiego, że jest aż tak prozaicznie, że jego plany zostały zniweczone przez przeklętego wielbiciela plebsu.
— Twój ojciec... – powtórzył i zawiesił głos. W to akurat nie wątpił. Alfred był młodszą, piękniejszą, bardziej szaloną wersją martwego króla, ale to... Powiększało tylko złość, jaką teraz do siebie czuł. Przegapił coś aż tak dużego jak królewski bękart takiej mocy. Mógł winić właściwie tylko siebie.
I Alfreda, z czego chętnie korzystał.
— Czyli to twoja maska. Buntownik stawiający się za zwykłą tuczą. Musiało zapewnić ci to wystarczające poparcie, żeby dostać się do pałacu... Każdy król potrzebuje służby. Ludzi, którzy czyszczą kominki i przywożą mąkę.
Przekrzywił leciutko głowę.
— Czego naprawdę chcesz, zdrajco? Potęgi? Bogactwa? Kompletnego zniszczenia naszego królestwa? Zabijając swojego ojca, podpisałeś na siebie wyrok. Prędzej czy później... – znów urwał na krótko, patrzył, jakby coś oceniał. – Raczej prędzej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 12 Paź - 22:25:32

Alfred przyglądał się Arthurowi nieodgadnionym spojrzeniem samotnego, błękitnego oka, które nie straciło niczego ze swej jasnej barwy. Przez chwilę milczał, ale nie było w tym uczucia niepewności czy braku słów. Raczej celowego przeciągania momentu odpowiedzi. Alfred całym swoim jestestwem nie wierzył słowom Arthura i nawet tego nie ukrywał.
- Nie powiedziałem, że jesteś taki jak ja – uściślił. – Ale widziałem w twoich oczach ambicję i zdecydowanie. Nie musisz mnie kłamać, ale jeśli chcesz, nie powiem o tym nikomu, choć… Dla mnie to od zawsze było oczywiste jak dzień i noc. – Uśmiechnął się, przekrzywiając głowę.
Każdy grymas wywoływał nowe fale nieznośnego bólu, które przekradały się przez jego twarz. Ignorował je jednak.
- Stałem się nowym porządkiem. Moim porządkiem – uściślił, nadal z niegasnącym, zniekształconym bólem uśmiechem.
Słowa Arthura nie mogły zranić Alfredem. Oczywiście słuchał go uważnie, ale był niezachwiany w swej pewności. Za to nienawiść Arthura nawet go bawiła. Rozczulała? Zazwyczaj wszyscy od razu lubili Alfreda, ufali mu. Wzbudzał w innych poczucie dziwnej sympatii, która nie gasła, a Alfred doskonale wiedział, jak ją rozniecić. Był charyzmatyczny, ale posiadać kogoś, kto tak cię nienawidzi… Było ciekawą odmianą. Zwłaszcza, że nie był to byle kto, ale Arthur.
Nareszcie patrzyli sobie w oczy.
Alfred roześmiał się. Miał zamiar pokazać Arthurowi, jak daleko jest tym stwierdzeniem od prawdy. Ale wszystko w swoim czasie, tak? Rozumiał silną potrzebę Arthura obrażenia go. To było naturalne.
- Cóż, jak powiedziałem ci już wcześniej. Jestem aż Alfredem, prawda? – Alfred wyszczerzył się bezczelnie.
Naturalnie nie zamierzał się za nic w świecie trzymać konkretów. Uznał, że nie musi nawet mówić o tym na głos.
- Maska? – Alfred zlustrował spojrzeniem Arthura, jakby zastanawiając się nad jego słowami. I jakby sam smakował to słowo. – Maska… Śmiesznie brzmi. Jeśli chcesz tak mnie widzieć, czemu nie? – Pokiwał głową.
Choć nie było w tym zbyt dużo prawdy. No dobra, trochę było, Alfred miał też egoistyczne pobudki (Arthura), ale nie był ślepy i nie był głupi. Co nie zmieniało faktu, że gdy za takiego cię uważali, świat często bywał prosty. Poza tym wizja zaskoczenia Arthura w odpowiednim momencie także mu pochlebiała.
- I nie tylko. Miasta także wstawią się za mną. A przynajmniej większość. – Wzruszył ramionami. Zastanawiał się czy Arthur uważa to za akcję przeprowadzoną z biegu. Zerknął na niego. – Ale, oczywiście, potrzebuję też Astry i szlachty. I tu… - zawiesił znacząco głos. – Wkraczasz ty! Świetnie, nie? – Wyszczerzył się. Potem urwał jednak myśl.
Uniósł brwi. Znaczy nie do końca było to widać. Bandaże poruszyły się na jego głowie.
- Co? – spytał autentycznie nie rozumiejąc w pierwszej chwili. Potem, gdy dotarło do niego, o czym mówi Arthur – roześmiał się. – To nudne! Tak bardzo nudne! Nie rób mi tego, Arthur. Ty sam masz tak niskie pobudki? Powiedz… Chciałeś władzy dla tych poziomów? Bogowie, ale byłbym zawiedziony, gdyby tylko o to ci chodziło!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 13 Paź - 0:22:33

Oczy Arthura błysnęły zimno.
— Nie jestem – skinął głową. Nie zastanawiał się do tej pory nad prawdą, bo to uświadamiało mu, jak niewiele wie na temat Alfreda i jak dużo Alfred zdaje się wiedzieć na jego temat. I, że nie były to sprawy publiczne, a rzeczy, o których nie mówił nigdy, nikomu. To nie był jednak czas i miejsce na strach albo na poszukiwanie prawdy. W życiu kłamało się tyle i tak długo, jak zachodziła na to potrzeba. A teraz miał potrzebę zaznaczyć, że różni się od Alfreda tak, jak morze różni się od błotnistej kałuży.
— Jeśli mnie chcesz, może powinieneś rozważyć ukrócenie swojej bezczelności – dodał ze swoim arystokratycznym akcentem. Popatrzył na Alfreda jak na kompletnego ignoranta. Tylko ludzie nisko urodzeni, pozbawieni wyobraźni, ale, przede wszystkim, prawdziwej wiedzy magicznej, mogli uważać, że w dniu i nocy jest cokolwiek oczywistego.
Zaklęcia odcięły go na dobre od większości bolesnych odczuć. Wypuścił ostatnie z nich, a później wstał. Nie zachwiał się, od razu wyprostował dumnie, choć widać było słabość w jego ruchach. Na to również był zirytowany. Magia mogła pomagać, ale potrzebował prawdziwego odpoczynku, wiedząc, że nie dostanie czegoś takiego. Nie, dopóki Alfred żyje. Przeszedł więc krok i dwa, a później zatrzymał się w odległości od zdrajcy.
— Nie dramatyzuj. Chyba, że przez "porządek" masz na myśli wstęp do rozdarcia królestwa na strzępy, od środka i od zewnątrz. Nie masz żadnego pojęcia o sytuacji, prawda? – Jego pytanie nie pozostawiało żadnego miejsca na wątpliwości. Skąd Alfred miałby wiedzieć cokolwiek z tego, co wiedział on o rzeczywiście sytuacji z państwami ościennymi, o tajemnicach i sytuacji wewnątrz kraju.
Białe rękawiczki, które nosił Arthur, były poplamione krwią. Zauważył to dopiero teraz, gdy podniósł dłonie, by rozpiąć ciężki płaszcz okrywający jego ramiona. Ściągnął go i pozwolił opaść na podłogę. Nie potrzebował już ceremonialnego i zniszczonego ubrania, choć bez okrycia poczuł się niespodziewanie mniejszy. Chłód owiał jego ramiona.
— Oczywiście, że nie masz cienia pojęcia. Dalej jesteś tylko Alfredem. Bardziej nikim niż kimś. Miasta w życiu nie wesprą twojej sprawy. Będą się kłócić, buntować, rzucą się do gardeł tobie i sobie nawzajem – urwał na chwilę. – Nie mówmy już nawet o tym, że magowie i politycy są moi, ale... myślisz, że mieszczaństwo wybierze plebs nad szlachtę? Ciebie ponad króla, którego zdradziecko zamordowałeś?
Obejrzał jeszcze raz rękawiczki, czerwień na śnieżnej bieli. Od zawsze miał krew na rękach, ale teraz czuł również, że może zrobić coś obiektywnie dobrego. Ochronić królestwo Pik przed szaleńcem. Postanowił nie zdejmować rękawiczek.
Podszedł do Alfreda pełnym elegancji, powolnym krokiem. Podniósł wzrok i popatrzył na niego wściekle spod zmarszczonych brwi.
— Wszystko, co możesz zaoferować królestwu, to chaos i wojna – powiedział poważnie i dobitnie. – Więc mam moralne prawo cię powstrzymać. Nie rozumiem, czemu sądzisz, że w czymkolwiek pomogę zdrajcy, ojcobójcy i szalonemu chłopcu, który ma tylko imię, ale żadnego znaczenia. Więc, jeśli to jest twoja maska...
Popatrzył na niego. Zobaczył już wcześniej, że Alfredowi nie do końca spodobało się to określenia. Arthur nie użył go, by było prawdziwe, a właśnie dlatego, by móc mu zaprzeczyć.
— ...ani niska pobudka, a ty choć trochę dbasz o tych ludzi, to powinieneś umrzeć, Alfred. Tu i teraz. Zanim zniszczysz Królestwo Pik. Może mógłbym jeszcze naprawić szkody, które spowodowałeś.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 13 Paź - 12:07:32

Alfred przyglądał się Arthurowi z zastanowieniem. Nie odpowiedział nic na wzmiankę o bezczelności, choć parę odpowiedzi cisnęło mu się na usta. Łącznie z najbliższym prawdy – wybacz, ale chyba po prostu nie umiem. Koniec końców przeczekał w spokoju i ciszy, pochylając się do przodu. Opuścił obie nogi na ziemię, oparł się o uda łokciami i złożył głowę na splecionych dłoniach. Twarz nadal go bolała, całe ciało zdawało się skręcać w odosobnionych spazmach bólu. Alfred milczał dłuższą chwilę, bacznie obserwując Arthura i każdy jego ruch. Zerknął odruchowo na płaszcz, który opadł na posadzkę, okręgiem obejmując stopy Arthura.
- I tak i nie. To wszystko zależy od tego, jak przebiegnie nasza rozmowa. Moja śmierć nie uratuje królestwa, co najwyżej skończy się krwawą jatką – zauważył spokojnie. – Właśnie dlatego, że jestem tylko Alfredem.
Odczekał znowu chwilę, a potem się uśmiechnął. Szeroko, na tyle ile mógł, jego uśmiech przebił się pod warstwami tkaniny. Rozbolała go twarz, ale zignorował to. Nie mógł się powstrzymać.
- Twoi – powtórzył z rozbawieniem. – Nie wątpię, że długo nad nimi pracowałeś. Ale cieszę się, że dochodzimy wreszcie do czegoś! Już nie próbujesz udawać. To coś jak porozumienie! – Klasnął w dłonie.
Roześmiał się perliście. Śmiech gładko przeszedł w atak koszmarnego kaszlu.
- Myślę, że mieszczaństwo się podzieli. Dla wielu z nich będzie to nowa szansa, nowe możliwości. Do tej pory piki są mocno zhierarchizowane, a prawa miast zawsze ogranicza szlachta. Część na pewno uzna stary porządek za pewniejszy, część uzna, że wzbogaci się na mojej osobie, a część wstrzyma się od głosu, dopóki nie będzie mieć pewności, kto wygra. Miasta nie są ani za tobą, ani za mną – podsumował.
Zaczerpnął oddechu. Pożałował, że nie wziął ze sobą też czegoś do picia.
- A skoro już mowa o mordercach królów, to co zamierzałeś zrobić, żebyś sam nie był królobójcą? Tak pytam z ciekawości, wiesz. To interesujące! – Zapewnił skwapliwie i energicznie Arthura.
Spokojnie przyjął na siebie wściekłe spojrzenie. Zadarł do góry głowę, odpowiadając mu delikatnym spokojem. Nie chłodnym i lodowatym. Raczej cierpliwym i pełnym otwartej sympatii. No bo co z tego, że ktoś już od jakiegoś czasu próbuje cię zabić.
- To samo zaoferujesz mu ty, gdy mnie zabijesz – podsumował. – Jeśli tego nie widzisz, to znaczy, że sytuacja jest gorsza niż myślałem. Ale to nic, bo ja i tak nie zamierzam umierać, Arthur – podsumował. Znowu się uśmiechnął. – Naprawić, czyli zabić tych wszystkich ludzi, którzy poszli za mną, krwawo stłumić ich bunt i wrzucić ich znowu w błoto… Nie, Arthur, wybacz, ale to się nie trzyma kupy. Możemy to naprawić, ale tylko jeśli popracujemy nad tym razem. Zostaniesz moją królową i będziesz miał okazję zabić mnie tak, jak planowałeś zabić swojego króla. W zamian za to połączymy interesy wszystkich i obędzie się bez krwawej rzezi. Ta opcja znacznie bardziej mi się podoba. No i chętnie zobaczę co wymyśliłeś! – Alfred uśmiechnął się szeroko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 13 Paź - 18:48:56


Przeszedł parę kroków, zadzierając głowę i rozglądając się po sypialni pełnej purpury. Nawet światło, które wpadało tutaj znikąd, wydawało się być ciemne, nasączone fioletem i ciężkie. W ogołoconym z ozdób kominku płonął ogień, a palone drewno pachniało gorzkim dębem. Czasem Arthurowi wydawało się, że dostrzega coś zmyślnego i interesującego, twarz wyrzeźbioną w drewnie, albo wyryte w lampie wzory. Piękno umykało mu jednak sprzed oczu jakby próbowało bawić się z nim w gonitwę; Arthur czuł przenikający go bliżej nieokreślony chłód. Nie podobało mu się tutaj, czuł się obcy, uwięziony we wnętrzu purpurowego smoka.
Podłoga skrzypnęła kpiąco pod jego butami. Zmarszczył brwi i zatrzymał się na pojedynkową odległość od Alfreda. Popatrzył na niego z tą samą stanowczą dumą z jaką traktował ten pokój.
— Teraz przelew krwi i tak jest nieunikniony – odparł rzeczowo.
Zmrużył leciutko oczy. Wiedział, że jego słowa niczego już teraz nie zmienią i, że raczej nie trafia z nimi do Alfreda. Jego jedyne widoczne oko zdawało się obserwować go uważnie tylko przez połowę czasu. Przez drugą połowę wędrowało po różnych zakątkach, jakby i ono dostrzegało szybkie, drobne zmiany w płaszczyźnie rzeczywistości.
— Nie wkładaj mi w ust rzeczy, których nigdy nie powiedziałem.
Nie wgłębiał się w szczegóły, uważając, że jego ważność jest oczywista i nie trzeba jej w żaden sposób podkreślać. Arthur Kirkland miał swoich ludzi na ziemi i tuż pod niebem, popleczników, dłużników, partnerów i pracowników.
Wyprostował się. Poczucie tego, że już właściwie był w połowie królem, potrzebował tylko mocy i potwierdzenia, wypełniło go czymś na kształt urazy. Bo na ile można być spokojnym wiedząc, że jest się tylko połową? A druga połówka znajduje się we wrogu, którego nie da się rozłupać na strzępy tak po prostu. Arthur starał się myśleć bez złudzeń. Gdyby wrócił na ziemie Pików, nie mógłby niczego zrobić. Astra została podbita tylko raz, w starych czasach. W innych przypadkach król przegrywał dopiero, gdy zszedł zwabiony czymś na ziemię, albo, gdy jego wrogowie zdołali wznieść się w gwiazdy. Arthur już tutaj był, ale zbyt odcięty od popleczników, uwięziony i ranny. Bardzo chciał, ale nie mógł zamordować Alfreda tu i teraz. Napawało go to nieustanną wściekłością, ale mimo to prostował się sztywno i wysłuchiwał go do końca. Pod koniec popatrzył na niego pogardliwie, choć tę pogardę poczuł do słów, które miał wypowiedzieć.
— Nie muszę odpowiadać na twoje oszczerstwa, ale niech będzie. Zamierzałem osiągnąć to poprzez nie zabijanie mojego króla – cedził z naciskiem. – Dzięki niemu nawet piaskowy król na wschodzie się nas obawiał. Żyliśmy stabilnie. Niech wystarczy ci stwierdzenie, że twój ojciec był królestwem... i przez to człowiekiem wartym mojej ochrony i mojego życia.
Potrząsnął głową ze zniecierpliwieniem.
Kłamał z wrodzonym talentem. Czasem, na moment, sam zapominał, że nie taka jest rzeczywistość, że stabilność równała się stagnacji, otępieniu i zamknięciu na świat. Ale jeśli już oszukiwał, to zamierzał robić to do samego końca.
Nieważne, że inny oszust sądził, że go przejrzał.
— Nie potrafię stwierdzić, czy jesteś większym głupcem czy szaleńcem.
Odsunął się o krok. Poczuł wzbierającą w nim magię i w jakimś sensie to był znak, że znowu jest gotowy do podjęcia walki. Aż tak bardzo wczuwał się w rolę szlachetnej królowej? Zabawne, tak, właściwie to było całkiem zabawne. Przecież nienawidził króla, miał go za żywą, tymczasową przeszkodę. Teraz już nie mógł stać mu na drodze, więc stracił na znaczeniu w porównaniu do Alfreda.
Ale wobec Alfreda Arthur też grał. I jednocześnie intensywnie myślał, czy jest jakikolwiek sens w tym, by nie próbować go zamordować, choćby i kosztem życia. Czy będzie miał szansę, żeby zrobić to podstępem? I jak wiele może przy tym stracić? Nie wiedział, czuł zmęczenie i złość. Miał pewność tylko co do jednej rzeczy.
To była jego historia i to on ustalał w niej, co będzie dziać się z ludźmi. On, a nie jakiś królewski bękart.
Popatrzył mu prosto w oczy.
— Nie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 13 Paź - 22:02:32

Alfred nadal siedział, nie ruszając się z fotela. Jedynie spojrzeniem samotnego oka wodził za Arthurem, który poruszał się po pomieszczeniu. A pomieszczenie poruszało się wraz z nim, płynne i zmienne. Na pierwszy rzut oka nie dało się tego dostrzec, ale nagle, gdzieś na krawędzi świadomości i w rogu oka widać było delikatny ruch, zmianę, znak. Alfred wtedy zerkał w tamtą stronę nieświadomy, wiedziony ciekawością. Nie wiedział sam co tworzy. Póki co pozwalał magii żyć i oddychać, a ona w zamian nareszcie czuła się wolna. Chaos miał swój urok. Bywał pięknie nieprzewidywalny.
Alfred pokręcił głową.
- Możemy go uniknąć – stwierdził spokojnie. – Dalszej wojny.
Zrobił krótką pauzę i roześmiał się. Znowu zaraz po tym rozpoczął symfonię kaszlu.
- Nie wkładam – stwierdził cierpliwie.
Zmarszczył brwi. Twarz zabolała, ale Alfred tym razem faktycznie się nią nie przejął, skupiając swój cień irytacji na Arthurze, który jak zacięta płyta powtarzał oczywiste kłamstwo. Po co? Alfred nie rozumiał. Sam nigdy nie czuł się skrępowany takimi konwenansami. A grając przy nim Arthur i tak niczego nie zyskiwał? Więc po co kłamać, mówić bzdury. Po co w ogóle robić tak bezsensowne rzeczy. Alfred poczuł cień zawodu, choć był on fałszywą przykrywką irytacji. Wygiął usta w grymasie skrzywienia, które jednak mogło oznaczać wszystko – ból, niezadowolenie, wątpliwość.
- Oszczędź mi to, Arthur. Przecież wiem, że kłamiesz, więc po co w ogóle marnować na to siły.
Alfred już wiedział, co czuł. Nie złość, nie irytację i nie zawód. To było zniecierpliwienie.
- Możesz okłamać każdego, ale dla mnie motywacje są jawne już od tak dawna, że naprawdę nie widzę sensu tej dziecinnej gry pozorów. – Pokręcił głową. – Ty chciałeś rządzić. Od zawsze, prawda? Więc po co to wszystko. – Westchnął głośno.
Dopiero teraz wstał, przeciągnął obolałe stawy. Część prowizorycznych bandaży zsunęła się z jego twarzy, obnażając świeże, krwawe strzępki skóry, które tworzyły oblicze Alfreda.
Uśmiechnął się lekko.
- Zawsze ludzi z inną opinią tak nazywasz? Bo stoją ci na drodze, dlatego ich nienawidzisz. Ambitny, zdeterminowany. Lubię to w tobie, ale teraz jesteś koszmarnie uparty! – Alfred pokręcił głową. – W takim razie pójdę sobie zrobić drugą kanapkę, bo mamy jeszcze dużo czasu przed sobą. – Alfred podrapał się po policzku. – Miałem nadzieję, że zrozumiesz, że taki układ ma teraz najwięcej sensu, jeżeli nie chcemy dać się rozdrapać naszym sąsiadom. Zwłaszcza królowi piasku. Ale zapomniałem wziąć pod uwagę twoją dumę. – Alfred wydął usta. – Muszę jeszcze popracować nad takimi rzeczami… Zawsze o nich zapominam.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 13 Paź - 23:17:12

Arthur poruszył jedną ze zesztywniałych dłoni, wyobrażając sobie, jak przywołuje do niej sztylet, a później wbija do głęboko aż po rękojeść w sam środek królobójczej piersi. Magia zebrała się w opuszkach jego palców, rozparzona do białości, chętna do ataku. Może tym razem by mu się udało?
Potarł palce o inne.
— Zachowujesz się, jakbyś uważał, że bardzo dobrze mnie znasz. Gilbert Beilschmidt nie wiedział o mnie szczególnie dużo – rzucił niby z przypadkowym zastanowieniem. Nikt tak naprawdę nie wiedział. A jeśli tak, to Arthur zadbał o to, by nie mógł zdradzić nikomu żadnych, choćby i najmniejszych tajemnic. Popatrzył intensywnie w oczy, cóż, w oko Alfreda, a później wykrzywił leciutko wargi. Zrobił krok w jego kierunku, zdecydowanie i z elegancją. Wiedział, że ten chłopak chce wszystkiego, ale nie jego śmierci, więc postanowił nie przejmować się zanadto tym, że nieuzbrojony w żadne zaklęcie zbliża się do wroga. Wystarczyło mu pozbawione litości, ciemne, zielone spojrzenie.
— Zamilcz. – Chwycił go mocno za ramię i spojrzał mu w oczy. – To ty zmarnowałeś wszystko i oczekujesz, że pomogę ci to naprawić. Tak się nie stanie. Prędzej jeden z nas nie opuści tego pokoju żywy, niż kiedykolwiek zostanę twoją królową albo uznam cię za króla.
Wciąż ściskał Alfreda swoją odzianą w białą rękawiczkę rękę. Z bliska wyczuwał odrzucający odór przepoconych, przekrwionych i przypalonych ubrań, długiej walki i otwartych ran. Wiedział, że obaj muszą być zmęczeni, ale to nic w porównaniu z tym, że Królestwo Pik znajdowało się obecnie w rozsypce. Doszło do niego, że nie tak powinny wyglądać pertraktacje dwóch najpotężniejszych osób w królestwie o jego losach. Wszystko od początku było nie tak, okropnie źle rozegrane.
— Nie wiem, czemu sądzisz, że mnie znasz, ale ja... Na pewno nie znam ciebie. Jeśli mam uratować to królestwo przed tym, co na nie sprowadziłeś, musisz zaproponować warunki, na które będę mógł się zgodzić.
Puścił go i odsunął się, oddychając wstrzymywaną magią.
— To jedyne, w czym mogę ci teraz doradzić, chłopcze znikąd.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 14 Paź - 0:59:12

Magia Alfreda była bardziej rozproszona i lekka. Przemykała impulsami po jego skórze, raz tu, raz tam. Czasami Alfred czuł mrowienie w czubkach palców, innym razem na dnie żołądka. Zdarzało się, że sztywniał mu bark, gdy akurat magia zagnieździła się w tej części jego ciała. Nigdy jej nie powstrzymywał, nie ogarniał i nie skupiał, o ile nie było to konieczne. Nie widział takiej potrzeby. Teraz jednak posiadał znacznie inną moc, inną magię. I nawet on czuł się nią… Odrobinę zmęczony. Była przytłaczająca, ale Alfred wiedział, że po prostu potrzebuje czasy. Był wolny i mógł zrobić wszystko.
Właśnie udowodnił to całemu światu, nawet jeśli Arthur wzbraniał się przed uznaniem prawdy.
Coś jak cień przemknęło przez twarz na wzmiankę o Gilbercie, ale Alfred nie podjął tego wyzwania. Zamiast tego spojrzał na Arthura przeciągle, niezmąconym (pozornie) spokojem jasnych oczu. Gilbert byłby cholernie niezadowolony, gdyby Alfred robił jakieś głupoty w stylu pomszczenia go. Zdecydowanie nie byłoby to w jego guście, Alfred musiał o tym pamiętać.
- A jednak potrafił cię zatrzymać – zauważył spokojnie Alfred. To było wszystko, czym mógł teraz uhonorować pamięć swojego mentora.
Nieznacznie tylko zesztywniał. Zresztą już po chwili rozluźnił się, wstał i jak gdyby nigdy nic ruszył w stronę drzwi. A przynajmniej zamierzał. Zatrzymał go jednak Arthur, a Alfred w odpowiedzi zmrużył oko, powstrzymał pchający się na usta uśmiech i obrócił się nonszalancko w stronę rozmówcy.
- Ja niczego nie oczekuję – uściślił cierpliwie Alfred. Ugryzł się w język, zanim dodał, że właściwie od początku wliczał Arthura w swój plan. To na pewno nie spodobałoby się komuś tak dumnemu.
- Inaczej – wiedziałem co robię od samego początku i podjąłem ryzyko.
Tak. To brzmiało lepiej. W swym zaślepieniu Arthur pewnie nawet nie dostrzeże, że Alfred miał ambitniejsze plany względem jego osoby. W końcu postrzegał go jako karalucha a nie kogoś… Myślącego. I dobrze. Alfred prostodusznie przystał na to – póki co. Później zadba o to, by go zaskoczyć, ale najpierw muszą do czegoś dojść.
Alfred naprawdę się niecierpliwił.
- Nie znam cię dobrze – przyznał. – Ale potrafię rozpoznać w twoich oczach to, co się w nich znajduje. Może to dlatego, że jesteśmy tak od siebie różni? – zasugerował retorycznie. Nie oczekiwał odpowiedzi czy podjęcia takich pseudo-filozoficznych tematów. – Uratować. – Uśmiechnął się figlarnie. – Rola mesjasza ci pasuje. Ładnie tłumaczyłaby przejęcie władzy. – Alfred obrócił się całym ciałem w stronę Arthura i przekrzywił głowę. – Chłopiec z nikąd… Podoba mi się ten tytuł, wiesz? Ma w sobie coś tajemniczego. Lubię go. – Roześmiał się krótko. – Zaproponowałem ci ten sam układ, na który byłeś gotowy pójść z poprzednim władcą. Nie zrzeknę się bycia królem, Arthur. Pomyśl o tym jak o politycznym manewrze. Z jednej strony ja, król, będę reprezentować interesy biedy, plebsu, wyzutych z prawa do nauki magów i części mieszczaństwa. Z drugiej strony ty – Arthur, reprezentujący interesy magów, szlachty oraz drugiej części mieszczaństwa. To jak mariaż dynastyczny, prawda? Możesz być królową i dzierżyć pół władzy, albo możemy się zabijać nie mniej efektownie jak jeszcze chwilę temu. A chyba sam wolisz alternatywę wbicia mi noża w plecy i uznania się za mesjasza w razie czego. Prawda? Prawda! – Klasnął w dłonie. – Jako królowa będziesz miał znacznie więcej możliwości. A, no i jeśli nie podoba ci się tytuł zawsze możemy go zmienić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 14 Paź - 15:12:09

— Gdyby potrafił mnie zatrzymać, nie byłby martwy. Ale nie zaprzeczę, dobrze walczył. To z głową zawsze miał problem – podjął temat, zimno sugerując, że Gilbert był dla niego stracony.
Dostrzegał ten cień na twarzy Alfreda, choć było to coś tak przelotnego, że łatwo było tego nie zauważyć, jeśli się nie szukało. Teraz dostał jednak jakiś znak, że jego przeciwnik nie jest aż niepokonany i upośledzony emocjonalnie, że ma w sobie ludzkie cechy, osobowość, najpewniej jakieś słabości. Wiedział, że z drugiej strony, Alfred również próbuje jakoś do niego dotrzeć. Obchodzili się jak para psów, trochę niepewnych tego, czy zamierzają rzucić się sobie do gardeł czy obwąchać tyłki. Arthur, nastroszony i z zadartym ogonem, preferował pierwszą opcję. Alfred najwyraźniej chciał raczej obwąchiwać.
Skrzywił się ponownie.  
— Przestań. Nie masz pojęcia, co robisz, a ja nie mogę cię teraz pokonać w uczciwej walce – warknął w stronę jego pleców. Popatrzył chłodnym, niechętnym spojrzeniem na jego kark. Obserwował bacznie każdy jego ruch, ponieważ w tej przeklętej komnacie i tak nie było niczego innego, na czym mógłby zawiesić wzrok. Jeśli coś takiego się pojawiało, to uciekało jak mysz, gdy tylko próbował na to spojrzeć.
Więc skupiał się na Alfredzie.
Z początku tego nie chciał i nawet teraz czuł, jakby zdradzał jakąś część siebie. Świadomość, że Alfred chce, by stał się częścią jego planów, napawała go poczuciem porażki. Zacisnął mocno zęby i myślał o tym, co jeszcze mógłby zrobić; zgodzić się, dumnie go zaatakować, nie odezwać się? W gruncie rzeczy miał do wyboru akcję albo bezczynność. A Arthur nie radził sobie z bezczynnością.
Nie przerywał Alfredowi. Nigdy nikomu nie przerywał, świadomy tego, że im więcej ludzie mówią, tym większa szansa, że zabrną o krok za daleko. A Alfred chyba zabrnął. Arthur nie miał pewności, zważywszy na fakt, że podczas jego krótkiej, ten szaleniec ani razu nie stanął we właściwym sobie miejscu. Arthur był tym wszystkim wyczerpany. Bezsilność znosił jeszcze gorzej od bezczynności.
Milczał.
— Sugerujesz, że podzielisz swoją władzę ze mną? O co właściwie mnie prosisz? – zapytał, podnosząc na Alfreda zimny i podejrzliwy wzrok. Nie chciał dawać mu jakiegokolwiek znaku, że waha się albo rozważa jego propozycję. Pozostawał więc silny, samotna wyspa, bastion przeciwko jakiejkolwiek propozycji ze strony uzurpatora. To on tutaj rozdawał karty. To jemu Alfred przyznał się, że potrzebuje go do tego, by naprawdę przejąć władzę w Królestwie Pik.
A różnica między nim a Arthurem była taka, że Arthur czasem nie był nawet pewny, czy faktycznie dba o tą krainę.
— Prędzej ostatnia gwiazda spadnie z nieba, niż będę dla ciebie królową – powtórzył niecierpliwie.
Krok po kroku przekonywał się do tego, by zabrnąć w ten temat, dać Alfredowi nadzieję na to, że dojdą do jakiegoś porozumienia. Ale czy naprawdę tak mogło być?
Tak będzie musiało być, rozumiał. Nie było szansy, żeby przyznawał się do czegokolwiek. Jeśli już coś raz zrobił albo powiedział, ta rzecz stawała się naturalnością, prawdą, niezaprzeczalnym faktem. Nie wycofywał się, nie uginał karku i za nic nie przepraszał. Więc jeśli robił choćby mały krok w jakimś kierunku, to dalej mógł iść tylko szybciej, pewien i z jeszcze większą gracją.
— Na razie jestem pewien tylko tego, że wszystko, co mogłeś zrobić źle, zrobiłeś gorzej niż źle – dodał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 14 Paź - 21:09:46

Alfred drgnął na słowo „zawsze”. Zerknął na Arthura przeciągle, odrobinę dłużej niż do tej pory, zdradzając przy tym cień zaskoczenia podobnym sformułowaniem. Nie tyle obrazą swojego mistrza, pogarda z ust Arthura była czymś całkiem naturalnym jak deszcz na Mgławiskach, ale to słowo „zawsze” przyciągnęło jego uwagę. Cóż. Nigdy nie wątpił w to, że Gilbert miał historię z Kirklandami, w końcu był wykwalifikowanym magiem. Mimo to…
- Znałeś go już wcześniej – podsumował, choć pod warstwami spokoju było zawarte pytanie.
Poza tym tak. Alfred najchętniej skupiłby się na tyłkach.
To znaczy.
Khem.
Alfred parsknął.
- Bardzo mi przykro? Cóż, takie rzeczy się zdarzają. Ale wiem co robię. Choć nie musisz mi wierzyć. Powiem to tylko ten jeden raz. – Alfred poczuł znowu spojrzenie na swoim karku.
Tak jak poprzednio odczuł dreszcz, wyobrażając sobie parę zielonych oczu, których wzrok wwiercał się w jego szyję. Poruszył się lekko i odwrócił, obdarzając Arthura kolejnym ze swoich bezczelnych uśmiechów, od których obecnie bolała go cała twarz.
- O współpracę – odparł spokojnie Alfred, mrużąc oczy. A raczej oko. Samotne, błękitne – obecnie jedyny jasny punkt na jego twarzy. – O to, żeby ten kraj nie pogrążył się w wojnie domowej. Nie musi być wieczna, kiedyś możesz mnie zabić. Nie zaufasz mi, a ja, z wiadomych przyczyn, pewnie nie będę mógł zaufać tobie, ale możemy zbudować coś lepszego niż poprzedni król. Silniejszego. Nie wmówisz mi, że po ostatniej wojnie wszystko kwitło, Arthur. Obaj wiemy, że tak nie było. Widziałem to na własne oczy. – Jego spojrzenie błysnęło dziwnie, choć ciężko było określić, czy niosło to za sobą jakikolwiek ładunek emocjonalny.
Niewzruszony Alfred był teraz jak morze, które podbiera rok rocznie klif, na którym oparto bastion. Zabierał milimetry, centymetry, ale się nie poddawał. Był cierpliwy. Tak bardzo chciał dopiąć swego.
Cóż. Obaj chcieli i to był podstawowy problem.
- Więc bądź królową dla siebie. To tylko tytuł. Nie każę ci go przyjmować. To miała być moja zapłata. Nie sądzisz, że ma swoją wartość? W końcu królowa powinna być kimś godnym zaufania i wsparciem. To dobra, potężna moneta, Arthur. Zresztą, sam byłeś gotowy przyjąć ten tytuł dla jednego bufona. Pomyśl o mnie jak o drugim. – Wyszczerzył się. – Tak, tak. Wiem. – Alfred machnął niedbale ręką. – Znam już twoją opinię na wiele tematów. Począwszy od moich czynów, po moje pochodzenie, jestestwo, charakter, twarz, egzystencjonalne rozterki. W twoich oczach jestem śmieciem. No i? – spytał uprzejmie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 14 Paź - 22:55:46



— Bez tego, co mnie nauczył, nie dałbym rady go zabić – odparł zwięźle Arthur. Złapał spojrzenie Alfreda i dał mu znać, że tak powinno pozostać. Żaden z nich nie opuści tego przeklętego pokoju tak po prostu. Musieli najpierw ustalić, co stanie się ze światem. Sprawa Beilschmidta nie szła w odstawkę tylko dlatego, że Arthur był ciekaw, co może z niej wyciągnąć. Po raz pierwszy dotknął czegoś, co chociaż trochę wydawało się dotykać prywatnej strefy Alfreda.
Chłopak znał Gilberta, ale niezbyt dobrze. Nie dbał o jego śmierć i nie miał pojęcia o wielu tajemnicach. Tylko tyle było po nim widać, reszta – była ukryta. Zupełnie jak bandaże i błękitne oko. Arthur popatrzył na nie przelotnie, a później zerwał kontakt wzrokowy i fizyczny. Odszedł kawałek dalej, w stronę kominka, w którym płonął dąb, a płomienie były równe i ciemne. Za każdym razem, gdy choć na chwilę spuszczał wzrok ze swojego wroga, doświadczał nieprzyjemnego wrażenia, że zaraz stanie się coś, czego nie przewidzi.
Dopiero będzie ci przykro.
Przystanął przy kominku i wpatrzył się w ogień. Spróbował skupić się na nim, a nie na chaosie, jaki wywołał w jego życiu Alfred. Płomienie były dla niego czymś prostym i bliskim; myślał o nich jak o jednej z paru najprostszych form rzeczywistości. W ogniu nie było niczego niewytłumaczalnego ani pokręconego, istniał z prostych powodów i dobrze wiedział, co ma robić. Jedna z ksiąg, które studiował, niezbyt nawet przełomowa, zapadła mu w pamięć rozdziałem, który radził, by uczynić swoje życie tak prostym jak żywioły. Niczego nie komplikować ponad miarę. Wypatrzyć punkt w swoim życiu i nigdy nie odwracać wzroku. Arthur dobrze wiedział, co było jego celem. Jego egzystencja, jego cel, wszystko w nim samym, było banalnie proste. Poruszał się po jednej płaszczyźnie.
Nagle odkrył, że nie pamięta już, który z jego dwóch celów jest tym najważniejszym, ale to nie miało znaczenia, bo droga do obu prowadziła poprzez serce Króla Pik. Oddychał głęboko, równo, miał wrażenie, że razem z płomieniami. Bardziej rozumiał ogień, niż samego siebie i wyraźniej słyszał jego trzaskanie, niż swoje myśli. Ale tak było prościej.
— Mógłbym pokazać ci jak przebudzić Astrę i kontrolować królewską moc. Powiedzieć ci, z kim i jak rozmawiać, jak chronić te ziemie przed atakiem i siebie przed nienawiścią... – Słowa same wyszły z jego ust. – Ale nie z mojej własnej woli. Nie jestem rzeczą, którą można ukraść komuś innemu.
Zimno i politycznie, bezosobowo. Patrząc w ogień Arthur widział tylko to, co stanie mu na drodze. Jeśli ludzie w Królestwie Pik zobaczą jak łatwo zdradził starego króla, by stanąć przy boku jego syna, będzie absolutnie skończony.
— Nie pomogę ci, Alfred. Nie, dopóki nie przekonasz przede mną jego ministrów albo doradców. Daj mi dziewięć nazwisk ludzi, którzy przejdą na twoją stronę i dopiero wtedy przyjdź prosić mnie o cokolwiek. Ktoś będzie musiał patrzeć jak odmawiam zrównania się z nimi. Potem zgromadzę przeciwko tobie siły i zagrożę, że jeśli nie posłuchasz moich rad, sprowadzę na ten kraj krwawą wojnę. Połowa dworu będzie składała się z moich ludzi, a połowa z twoich i nigdy nie będziesz mógł podjąć decyzji bez mojej zgody. Umowa będzie trwała rok, nie więcej.
Zamrugał. Jego rozmyty wzrok wyostrzył się i Arthur odkrył, że od dawna wpatrywał się bezmyślnie w płomienie. Teraz odwrócił się i spojrzał w dal. Żar zniknął z jego twarzy, ale w głowie wciąż słyszał przytłumiony trzask płomieni. Byle by nie zacząć czuć. Byle by wstrzymać się z morderstwem jeszcze przez chwilę.
— I nie waż się uśmiechać. W dniu, w którym królestwo Pik będzie znowu na tyle silne, żeby nie musieć obawiać się wrogów, przestanę się hańbić współpracą z tobą
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 15 Paź - 1:00:26

„Nauczył.”
Alfred drgnął po raz wtóry. Napiął mięśnie. Trzymający go Arthur mógł to poczuć, ale poza tym nic na twarzy młodego mężczyzny nie zdradziły jego faktycznych myśli. Zaskoczenia, zawahania, ale także cienia irytacji i… Sam nie wiedział czego. Co dokładnie poczuł w chwili, w której dowiedział się, że Gilbert uczył ich obu? Paradoksalnie brzmiało to jak bajkowe przeznaczenie. Ale Alfred nie wierzył w takie rzeczy. Parsknął.
- Musisz być prawdziwą duszą towarzystwa na przyjęciach. Zawsze tak kończą się znajomości z tobą? – spytał lekko jak gdyby nigdy nic.
Nadal jednak trawił tę informację powoli i cierpliwie. Choć z całkiem dużą dozą niestrawności.
W przeciwieństwie do Arthura nigdy nie umiał skupić się na jednej rzeczy. Jego spojrzenie wędrowało więc od Arthura, poprzez wzory, które ciągle zmieniały się na gobelinach. Srebrna nić pruła się i wyszywała na nowo zmieniające się układy figur, jakby nie mogła zdecydować się na to, co chcę przedstawić. Obecnie, po pozbyciu się koncentrycznych kół, tworzyła mozaikę z trójkątów, które rozrastały się powoli i cierpliwie. Poza tym faktura łóżka zmieniała się, stając się gładką, ale z drugiej strony gdzieś ponad lewym ramieniem Alfreda nagle pojawił się kamienny gargulec.
Cóż.
Alfred mrugnął i znowu wrócił spojrzeniem do Arthura. Otworzył usta, ale zamknął je, czując coś dziwnego, co dreszczem rozeszło się po jego kościach. Miał ochotę odpowiedzieć, że pozwalając Arthurowi na podjęcie decyzji, daje mu już autonomię, a nie zmusza go do działania, ale coś sprawiło, że odechciało mu się przerywać Arthurowi. Nie umiał tego nazwać i zazwyczaj działał podobnym przeczuciom na przekór, ale teraz przyglądał się jak zahipnotyzowany sylwetce Arthura, którego grobowy głos rozbrzmiewał ponad dziwną ciszą, jaka gęstą chmurą napęczniała w pomieszczeniu.
Drgnął, nie mogąc wytrzymać. Poruszył się, musząc zakłócić statykę chwili, której nie umiał zdzierżyć. Nienawidził uczucia, że coś nadaje tor sytuacji i jego własnym czynom, więc teraz jak małe dziecko, chciał pokazać, że nadal ma nad tym kontrolę. Zrobił krok, wbijając wzrok w plecy Arthura.
- Ach, rozumiem! – stwierdził z cieniem nieskrywanego entuzjazmu. – Chcesz odmalować się jak najlepiej przed tymi, którzy cię wspierają. Jak wyzwoliciel, ten, który okiełzna nowego i szalonego króla. – Alfred uśmiechną się szeroko. – Dobrze. Nie przeszkadza mi to. Wręcz przeciwnie, to brzmi na zabawną grę. Podejmę się jej. – Mrugnął. – Rok… - urwał.
Nie wiedział jeszcze jak przekona ministrów, ale już wiedział, że to zrobi. Patrzył dalej. Ponad ten drobny problem.
- Rok to dużo czasu – dodał bez związku z pokrętnym uśmiechem, którego cień odbił się także w jego oku. – O, wybacz. Już się uśmiecham! – Alfred roześmiał się i oparł się plecami o bok fotela, wyginając się bez celu do tyłu, jakby nie umiał znaleźć dla siebie miejsca, albo nie wiedział, co zrobić z ciałem. – Zamordujesz mnie skrytobójczo? Wywołasz wojnę? To ciekawe, chciałbym posłuchać… Ale zawsze możesz mnie zaskoczyć! – Alfred wyprostował się i klasnął w dłonie. – A w rok wiele może się zdarzyć. Zobaczysz. W końcu jestem Alfredem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 15 Paź - 10:39:26

— Zabawne, że ci o tym nie powiedział. – Arthur puścił jego ramię i odsunął się, rzucając przy tym Alfredowi pojedyncze, niemal zaciekawione spojrzenie. Potem odwrócił się i przeszedł kawałek, aż doszedł do kominka.
Na temat Gilberta nie dodał już niczego. Po chwili jego myśli odeszły zresztą w zupełnie innym kierunku, rozmyły się w płomieniach i Arthur nagle... Nagle zdał sobie sprawę, że pewne słowa zostały wypowiedziane, że zawisły w powietrzu jak gorzki zapach palonego drewna i nie będzie dało się ich wycofać. Rzeczywistość wykreowała się już w jeden specyficzny sposób. Nie będzie mógł cofnąć tego, co pomyśli o nim jego wróg. Stał jednak jeszcze chwilę, pozwalając słowom wisieć w powietrzu, pęcznieć, nabierać formy. Dopiero po chwili uznał, że tyle czasu wystarczy Alfredowi na namysł i odwrócił się, szukając go wzrokiem. Nowy Król Pik z zabandażowaną twarzą i w postrzępionym płaszczu stał teraz praktycznie na drugim końcu pomieszczenia. Poruszył się jednak, a później coś w jego spojrzeniu, w ruchach odsłoniętej skóry twarzy, w tonie głosu, zasugerowało szeroki uśmiech. Arthur poczuł iskierkę zaskoczenia. Alfred, zamiast zaprzeczyć, albo dyskutować, zamiast w jakikolwiek sposób zmodyfikować propozycję Arthura na swoją własną modłę – po prostu zrozumiał.
Arthurowi jeszcze nigdy w życiu nie przyszło tak łatwo przekonanie kogoś do swojego planu. Poczuł się skonfundowany, a nawet niezadowolony. Oba te uczucia zatrzymał dla siebie, unosząc jedynie leciutko brwi i wzdychając bezgłośnie. Zbliżył się do Alfreda o parę kroków.
W jego głowie wciąż było ciemno od ognistego dymu.
— Dokładnie tego oczekuję – przyznał chłodno. – Poparcie Astry trudniej zdobyć niż poparcie wiejskiej tuczy. Jest też łatwiejsze do stracenia.
Wchodził w układy z Alfredem i nienawidził siebie za to. Ale czego się nie robiło dla osiągnięcia celów. Zresztą, Arthur wciąż jeszcze nie przejmował się tym tak bardzo, jak faktem, jak dziwaczną kreaturą jest ten chłopak. Nie przeszkadzało mu bycie szalonym królem, ani nic, czym można by go nazwać. Do czego dążył takim postępowaniem?
Arthur go nie rozumiał, ale w tym momencie poczuł, że musi zrozumieć.
— Przez rok można naprawić to, co zrujnowałeś. Możesz nawet okazać się znośnym królem, pomimo tego, co zrobiłeś. Będę miał dość czasu, żeby się o tym przekonać. Zrobię to, co muszę, dla dobra tego królestwa.
Podszedł do Alfreda.
— Ale najpierw udowodnij mi, że w ogóle jesteś wart tego rozwiązania.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 17 Paź - 12:44:18

Zabawne? Tak, oczywiście. Zabawne to dobre słowo. Gilbert nie powinien zatajać tego przed Alfredem. Po co tu zrobił? Czego nie chciał mu powiedzieć? To głupie, konkludował Alfred. Nie było powodu, dla którego miałby się tego wstydzić. Może po prostu miał taki kaprys? Nie było drugiej bardziej skupionej osoby na samym sobie jak Gilbert. Nawet Arthur nie dorastał mu do pięt, a Alfred choć się starał, nie umiał przerosnąć mistrza.
Propozycja Arthura spodobała mu się. Była wyzwaniem i testem, choć Alfred przeczuwał, że nie tylko jego. Także dworu i panujących na nim nastrojów. Potrafił to zrozumieć, w jego myślach układało się to w sensowną całość. Więc czemu nie? Potrzebował wsparcia, nadal mogli kontrolować się nawzajem, a całość miała obowiązywać rok.
Dla Arthura aż rok, dla Alfred tylko. Nie wierzył w całkowicie szczere intencje Arthura, ale dał mu szansę.
(Zastanawiało go, kiedy Arthur pierwszy raz spróbuje go zabić. W pewien sposób nawet go to podniecało.)
Wyszczerzył się.
- Bo są najedzeni, mają wygodne łóżka i pieniądze. Więc te pobudki odpadają. Tak. – Uśmiechnął się przekornie. – Mimo to, będzie ciekawie. Prędzej czy później i tak będę ich potrzebować, więc czemu nie zacząć już teraz? – spytał – jak zawsze – retorycznie.
Nie oczekiwał odpowiedzi.
Roześmiał się.
- „Zrujnowałem” – powtórzył z nieskrywanym rozbawieniem. – Tak, tak. Wiem. To urocze. – Machnął niedbale ręką. – Wiesz, gdybym nie widział twojej twarzy… - Alfred urwał, wyślizgując się z uchwytu długich, bladych palców Arthura. – Pewnie nawet bym ci uwierzył. – Mrugnął, co było o tyle dziwaczne, że nadal widać było tylko jedno oko na jego twarzy.
Skierował się w stronę drzwi.
- Pokażę ci, że jestem Alfredem. To powinno wystarczyć – zapewnił Arthura, wychodząc z pomieszczenia.

Twarz Alfreda nadal piekła, nawet wtedy, gdy czuł wypełniającą rany kojącą magię medyków, którzy zajmowali się jego obliczem. Przypominało to trochę przecieranie piekących miejsc chłodnym balsamem. Przynosiło ulgę, ale tylko na chwilę. Zatrute rany zasklepiały się powoli i leniwie, najpierw trzeba było wybrać z nich resztki szkła, drobne kawałki skrzące się w blasku błękitnych płomieni świec, które pojawiły się na nagich ścianach pałacu. Siedziba władcy nadal się zmieniała podobnie jak całe miasto. Alfred szybko odkrył, że wymyka mu się to spod kontroli. Czasami umiał łapać zerwane i nieposłuszne nitki, częściej jednak uciekały mu spod palców, szarpiąc podstawami rzeczywistości. Ostatnio idąc do łazienki trafił do sali tronowej, komnata w której spał, przybrała już dziesiątki różnych kształtów. Ostatnio obudził się na fotelu, a nie na łóżku i osobiście nie był z tego zadowolony.
Coś zaczynało jednak krzepnąć. Widać to było w kanciastych formach, które kontrastowały z wcześniejszymi gładkimi rogami mebli poprzedniego władcy. Złoto zostało wyparte przez srebro i platynę. Pozostały szafiry, turkusy i azuryty – nieodzowny element pików. Zniknęły jednak bogate zdobienia, zastąpione prostymi, geometrycznymi formami, które jednak potrafiły piętrzyć się, tworząc fantastyczne narośle na dotąd gładkich kolumnach. Znikały arrasy, zastępowane żłobieniami kamiennych ścian, które wypełniały szklane pasty o chłodnych barwach. Pojawiły się okna, wysokie, strzeliste, wąskie i oszklone, wpuszczające nocne światła do pomieszczeń, w których mrok rozpraszały także niebieskie i białe światła (zastępując władczą purpurę).
Poza tym całość zmieniła się z szerokiego w wąskie i to chyba była najbardziej odczuwalna zmiana.
Ludzie już zdążyli zapomnieć, jak wiele schodów potrafił mieć ten pałac.

Tym razem łóżko było łóżkiem. To dobrze, myślał Alfred, kładąc się na miękkiej pościeli o gładkiej, śliskiej fakturze. Pachniało nocą, dymem i wanilią, choć nie paliły się żadne świece. Unoszące się pod żebrowym sklepieniem płomyki przygasły, zamarły, drgając lekko w ruchach powietrza. Zza zamkniętego okna widok rozpościerał się na miasto, które narosło jak grzyb u podnóża pałacu. Astra zmieniała się nadal, była niestałym organizmem, który przeżywał wstrząsy związane ze zmianą władzy. Alfred przyglądał się temu w ciszy, leżąc na boku z głową wtuloną w zgięcie w łokciu. Zastanawiał się, jak mógłby to zmienić. Jak zapanować nad nową mocą. Zamiast tego nawiedził go atak kaszlu, skulił się, zagryzając zęby. Przymknął powieki.
Nie spodziewał się, że zaśnie.
W ciszy wyczuł coś, co zaniepokoiło śnięte płomienie. Alfred zacisnął mocniej powieki. Pozbawiony zmysłu wzroku słyszał i czuł więcej. Nawet nie zauważył kiedy przyspieszyło bicie jego serca, oddech wzmógł się, płytki i chrapliwy.
Coś było nie tak w ciszy i stagnacji nocy. Coś drgało na krańcach jego świadomości. Zacisnął dłonie w pięści.
Cienie poruszyły się na kamiennych ścianach.
Oczywiście, pomyślał. To było takie oczywiste.

Alfred przemierzał korytarze, których materia drgała pod jego stopami. Minął strażników, którzy zesztywnieli na jego widok. Mimo to nie umieli powstrzymać uśmiechu i znaczącego mrugnięcia. Alfred postarał się, by zastąpić część straży własnymi ludźmi, ale nie zrobić tego ostentacyjnie. Nie ufał ludziom dawnego króla, który niewątpliwie bywali mu lojalni. Część jego „chołoty”, jak określali to ludzie z Astry znajdowała się doskonale w roli strażników, choć nie do końca rozumiała, że istnieje coś takiego jak ogłada, kultura, konwenanse.
(Alfredowi to nie przeszkadzało.)
Inni… Alfred miał wśród swoich osób taką mozaikę, że nie mógł spuścić jej z oka, bo wiele osób uwolnionych jak ze smyczy puściłoby pół Astry z dymem.
Problemy.
Ale to oczywiście nie oznaczało, że można go bezkarnie próbować zamordować. Czy coś.
Zwłaszcza, gdy jeszcze był dość zmęczony ostatnią walką. Można było sobie odpuścić. Zero zrozumienia.
Westchnął, zatrzymując się przed drzwiami, wysokimi i masywnymi. Przymknął powieki i dotknął ich. Jest tu, zrozumiał. Uśmiechnął się. Zamek przestawał płatać mu figle, ale nadal nie chciał zastygnąć w jednej, strawnej formie. Alfred na razie nie przyznawał się do tego na głos i pozwalał, by inni uważali go po prostu za szalonego i chaotycznego króla, ale ile jeszcze da radę ciągnąć tę farsę? Nawet on widział, że zaczyna to się odbijać na Astrze i delikatnej jak szklana tafla stabilizacji w stolicy.
Odetchnął.
Spróbował otworzyć drzwi gestem ręki. Nic. Nawet nie drgnęły. Alfred zmarszczył drzwi i przesunął po nich opuszkami palców. Wyczuł obcą, niezwiązaną z Astrą magię i nadął policzki. Oczywiście, Arthur nie mógł sobie odpuścić.
(Alfred poczuł charakterystyczne mrowienie na dnie żołądka, jak zawsze gdy Arthur robił coś po prostu niesamowitego.)
Teraz jednak nie miał na to czasu, rozważył wysadzenie drzwi w efektownej eksplozji, ale powstrzymał się, choć magia zdawała się popierać jego pomysł. Nie, nie tak. Spokojnie.
Będzie jeszcze czas.
(Aczkolwiek może stworzyć na ich powierzchni wielkiego penisa. Kusiło.)
Zamiast tego zapukał intensywnie, mocno, czując delikatne mrowienie na twarzy, która nadal była zbyt delikatna, po zabiegu odbudowania. Na szyi nosił szal, który zakrywał znamię, jakie odbijało się na jasnej skórze.
- Arthur? Tu twój jakże wspaniały, jedyny w swoim rodzaju król. Wiem, że po tym raczej mi nie otworzysz, ale dajmy sobie spokój, bo chodzi o ważne sprawy państwowe czy coś w tym stylu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 17 Paź - 14:56:48

Zanurzał się w mroku, oddychającym, wibrującym, napierającym na każdą komórkę jego ciała. Działał tak, jak uczył go kiedyś Francis twierdząc, że czasem wcale nie trzeba siły, ale sprytu i wyczucia, żeby górować nad czym znacznie potężniejszym od siebie. Unoszący się pod taflą oceanu bąbelek powietrza potrafi odgrodzić się najcieńszymi ściankami od miażdżącej morskiej siły, a lśniące srebrem księżycowe światło nigdy nie zginie w bezgwiezdnej ciemności. Delikatnie, subtelnie, odgradzał od siebie warstwy królewskiej magii, aż pomiędzy nim i Astrą powstawał pęcherzyk przestrzeni. Wzmacniał ściany z warstwy magii tak cienkiej i delikatnej jak pajęcza sieć; odbudowywał ich siłę, łatał pęknięcia, tkał. utrwalał siebie i odsuwał prądy obcej magii, która dęła w jego świat porywami obcego wiatru. Po raz kolejny uświadomił sobie, jak olbrzymia i potężna jest ta zimna moc, która go otacza. To wszystko miało już należeć do niego.
Zaczęło brakować mu oddechu, więc powoli zaczął się wynurzać. W górze zamajaczyło się blade, migotliwe światło. Gdy morskie prądy uniosły Arthura wyżej, światło stało się jaśniejsze, nabrało tęczowych odcieni i, na sekundy przed jego wynurzeniem, zaczęło przypominać niesamowitą, ruchomą mozaikę barw. W następnej chwili przebił się przez nią głową, w uszach mu zaszumiało – i nagle jego twarz znajdywała się już ponad cienką taflę wody. Nabrał gwałtownie oddechu, ale nie poruszył się, pozwalając swojemu ciału unosić się w gorącej wodzie. Nad nim, zgniecione w gwiezdną kulę, ukradzione światło oświetlało łaźnię. Umysł Arthura był tak czysty, krystalicznie spokojny, że myśli same przypływały mu głowy i tak zaczął przypominać sobie zmierzch, któremu ukradł to światło.
Dziewczyna w bawełnianej sukience usiadła przy nim na trawie; jej sylwetkę obtaczało zabarwione czerwienią niebo, a promienie późnego słońca mieszały się z jej długimi, ciemnozłotymi włosami. Cała wydawała się lśnić, emanować własnym blaskiem, jak wytoczona ze złota rzeźba. Miała miękkie i ciepłe usta, a pachnęła dokładnie tak samo jak otaczający ich cytrusowy ogród: trawą, ciepłem i pomarańczami. Zapamiętał naszyjnik w jej piersi, który wpadł do rowka pomiędzy jej piersiami, gdy pochyliła się do niego i w kompletnej ciszy złożyła mu wdzięczny pocałunek w kąciku ust. Podziękowała za prezent, ale on potrafił myśleć głównie o tym, jak wszystko w niej wydaje się być świetliste, jasne i piękne. Odepchnął ją leciutko od siebie i poświęcił parę chwil, żeby zebrać z dnia i z jej skóry resztki światła.
Tamten dzień był idealny, ale teraz Arthurowi przyszło na myśl, że zapomniał, jaki kolor oczu miała tamta dziewczyna. Uwielbiał ją przez krótką chwilę, więc kazał jej czekać, rzucił na nią czary, przez które nikt inny nie mógł jej dotknąć ani zachcieć, a teraz... Uśmiechnął się przelotnie. Nie sądził, żeby miał jednak po nią kiedykolwiek wrócić. Przynajmniej teraz to nie wydawało mu się takie istotne. Miał ważniejsze plany, znalazł sobie innych ludzi i z tamtego głupiego incydentu zostało mu tylko to światło. Nawet teraz wciąż było piękne, rozświetlając łaźnię wiosennym popołudniem cytrusowego ogrodu. Jeśli tylko w podobny sposób przeminie następny rok i życie Alfreda, to Arthur mógł zachować jakąś cierpliwość.
Myśli znowu odpłynęły z jego umysłu jak fala. Poczuł, że jest dość wypoczęty, więc podniósł się i wyszedł z wody. Włożył na siebie ceremonialny strój królowej Pik; chwilowo nie miał żadnych innych rzeczy, ale te doprowadził magią do stanu, że wydawały się praktycznie nieużywane.
Przed wyjściem z łaźni spojrzał jeszcze raz na stłoczone w kuli światło, a później nabrał powietrza w płuca i chuchnął w jego stronę swoim oddechem. Przygasło nieco. Podobna ciemność panowała w dużym salonie, którego Arthur nie wypełnił żadnym światłem, ponieważ wróżki nie znosiły jasności. Latały teraz po pomieszczeniu, emanując własnym, ciemnobłękitnym blaskiem. Skrzydła miały długie i przeźroczyste, skóry białe, a czarne oczy wyłupiaste i lśniące. Dwie z nich podleciały, trzymając wspólnie ciężki płaszcz z królewskiej purpury. Arthur pozwolił go sobie założyć. Słyszał, jak wśród niskiego, przypominającego szelest liści opadających naraz z miliarda drzew języku wróżek wyraźnie wyłania się jedno słowo: fee, obcy.
Spojrzenie Arthura powędrowało na podwójne drzwi, w których wyrył chroniące i wzmacniające jego komnaty runy. Od drugiej strony rozległo się, chyba kolejny raz, pukanie. Najwyższy czas, pomyślał z ukłuciem irytacji na samą myśl o tym, że znowu usłyszy Alfreda. Tym razem było jednak zupełnie inaczej niż poprzednio, więc tylko wystosował do wróżek rozkazy. Nie musiał niczego mówić: jego językiem była magia, która przenikała pokój. Nie widział sygnałów, które wysyłał swoim sługom, ale wiedział, że one odbierają magię inaczej niż ludzie. Dla nich była jak barwy, jak pieśni i słowa. Niemal nie musiały używać normalnego języka, dlatego też ten był tak prymitywny. Służył im tylko do kontaktowania się z prymitywniejszymi istotami, takimi jak żaby albo ludzie.
Parę z nich podfrunęło teraz do drzwi i skupiło całe swoje siły i moce, by je otworzyć. Wejście rozwarło się z trudem; krok pomiędzy Astrą, a przestrzenią wykradzioną przez Arthura odbierało się jak przeskoczenie z jednego stanu skupienia w inny. W komnatach Arthura panowała zupełnie inna temperatura, atmosfera i zapachy. Twarde, niskie i szerokie meble ozdabiały dziesiątki poduszek, ściany i posadzki były z kamienia, a środek pomieszczenia zajmowało opalizujące oczko wodne w kształcie królewskiego pika. Gęsty zapach przypominał coś gorzkiego, po części przywodzącego na myśl palone drewno, a po części miętę.
Wróżki otoczyły Alfreda, przemykały centymetry przed jego twarzą i przyglądały mu się ze swoją drażniącą manierą, dopóki Arthur nie wydał im rozkazu, żeby wprowadziły go do środka. Wtedy kilka z nich zaczęło szarpać go za ubrania i z szyderczym rozbawieniem wciągać do środka. Inne zamknęły drzwi i dopiero wtedy Arthur pozwolił im się rozpierzchnąć.
Sam przez cały czas stał po drugiej stronie pomieszczenia, tuż w miejscu, gdzie pik kończył się ostrzem. W połowie znajdował się w półmroku, ale padał na niego blask wody i granitowe światło, którymi emanowały wróżki. Jedna z nich, o długich pajęczynowych włosach, wyszeptała mu coś do ucha. Twarz Arthura nie drgnęła. Słuchał jednym uchem, a jednocześnie rozważał wygląd Alfreda. Zdrajca, który pomieszał wszystkie jego szyki, znów wyglądał zdrowo. Na jego twarzy goiły się blizny, a uśmiech miał dokładnie tak samo okropnie cudowny jak zawsze. Niestety i, z całą pewnością, żył.
Arthur nie okazał rozczarowania.
— Czemu przyszedłeś tak późno? Czy to dlatego, że wciąż nawet nie kontrolujesz magii króla?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 17 Paź - 20:53:33

Alfred stanął przed drzwiami, po skończonym, choć intensywnym pukaniu. Lustrował drzwi spojrzeniem, zastanawiając się jak potężnej magii lub jakiej magii w ogóle musiał użyć Arthur, by wyrwać rzeczywistość samej Astrze. Do tej pory Alfred nie słyszał o takim rodzaju magii, nie wspominał mu o nim nawet Gilbert. Alfred od zawsze wiedział, że Arthur jest inny i wyjątkowy, ale ten nie przestawał go zadziwiać!
Drzwi otworzyły się i Alfred nawet nie próbował udawać, że nie jest zaciekawiony otoczeniem. Rozejrzał się po pomieszczeniu, na dłużej zawieszając wzrok na wróżkach, które unosiły się przy drzwiach, skrzące się własnym światłem z koślawymi uśmieszkami i pustymi, czarnymi, paciorkowatymi oczyma. Alfred zamrugał, przyglądając się magicznym istotom, z których jedna chyba wystawiła mu język. Alfred nie miał pewności. Zamiast tego został przez nie pociągnięty i wprowadzony do sali, a drzwi zawarły się za jego plecami. Nowy Król Pik przystanął i zerknął pytająco na Arthura, jakby zachęcał go tym samym do zwierzeń.
(Nie wierzył w to, że je dostanie.)
Prezentował się lepiej niż przy ich ostatnim spotkaniu, choć nadal nie ubierał się po królewsku. Po pierwsze, Alfred nie czułby się wygodnie w pysznych i bogatych szatach, po drugie – nadal było zbyt wcześnie, by go w nich oglądano. Sytuacja dopiero krzepła, ale wciąż była niestabilna i rozgrzana do czerwoności. Alfred obnoszący się z władzą i byciem królem prowokowałby, dlatego poza nowym ubraniem i wyglądem nie było w nim niczego królewskiego.
Ale wygląd czasami wystarczył. W przypadku Alfreda było w tym wiele prawdy, zwłaszcza przez złociste włosy, które kontrastowały ze zwyczajową czernią królestwa Pik. On i Arthur byli nielicznymi osobami w kraju, które miały płowe włosy. (Tak jak poprzedni król.) Prócz tego Alfred miał o kilka tonów jaśniejsze oczy niż przeciętni Pikowanie. Cera zaś zamiast mlecznobiałej była brzoskwiniowa – efekt dzieciństwa spędzonego nad rozgrzanym morzem Królestwa Karo, gdzie jego matka leczyła swe słabości.
Prócz tego nareszcie nie miał prowizorycznego bandaża na twarzy, a pozostałe na jego twarzy cienkie szramy goiły się, znikając dzień po dniu.
Mimowolnie Alfred poprawił szal, przyciskając go mocniej do szyi, po czym obdarzył Arthura szerokim uśmiechem.
- Ciebie też miło widzieć, Arthur – oznajmił. – Pozwolisz?
I nie czekając na odpowiedź Alfred zajął miejsce przy niskim stoliku na jednej z miękkich poduszek, rozsiadając się wygodnie i niedbale. Wyciągnął nogi, rozciągnął plecy i podparł się łokciami.
- Wyglądasz lepiej! To świetnie. Jak widzisz ze mną też nie jest tak źle. To zatrute szkło było bardzo pomysłowe. Naprawdę. Zrobiło na mnie wrażenie – rozgadał się bez związku. Często tak miewał. Zwłaszcza, gdy jego spojrzenie błądziło teraz po pomieszczeniu, a uwaga skupiała się na poszczególnych szkopułach, od czasu do czasu przypominając sobie, po co właściwie Alfred tu przyszedł.
- A! Ach, ale ja chyba nie o tym miałem… No tak. Miałem ci się pochwalić. – Zaśmiał się lekko. – Vanmaev i Terina przeszli, formalnie, na moją stronę. To już dwóch! Myślałem, że będzie ciężej. Prowadzę pertraktacje z czterema kolejnymi, więc niedługo spełnię twoje warunki. – Oczy Alfreda błysnęły lekko. – A ty pomożesz mi… Są perturbacje z Losan, ale z tym sobie poradzimy. Nic wielkiego. – Machnął niedbale ręką.
Zignorował zupełnie temat nie kontrolowania magii.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 17 Paź - 22:18:31

Nieśpiesznie zaczął okrążać oczko wodne. Niektóre wróżki wciąż leciały obok niego, część rozpierzchła się po komnatach. Parę wciąż krążyło wokół Alfreda, wymieniając między sobą głośne uwagi, które w ich języku brzmiały na zmianę kpiąco i szyderczo. Arthur nie musiał ich rozumieć, żeby wiedzieć, że właśnie takie są. Jeśli wróżki używały dźwięków, które słyszeli nawet ludzie, oznaczało to najczęściej, że się popisują. Nie zabraniał im tego w przypadku Alfreda.
— Nie nauczyłeś się niczego nowego na temat szacunku. Dobrze, że przynajmniej udało ci się obudzić paru medyków.
Arthur musiał przyznać Alfredowi jedno: jeśli czymkolwiek się przejmował, to ukrywał po mistrzowsku. Być może nie dostarczono mu jeszcze prezentu, a wróżki widział już wcześniej, ale nawet w tym wypadku było w tym chłopaku znikąd coś, co odróżniało go od słabeuszy, którymi przepełniony był świat.
Słabeusz na pewno nie pokonałby go w walce, nawet jako król. Teraz Arthur wiedział, że musi się liczyć ze swoim przeciwnikiem, podejść go od innej strony, opleść nićmi tak cienkimi, że nawet nie będzie wiedział, kiedy zacznie się dusić... Chyba, że proste plany wypalą lepiej.
Arthur otoczył oczko i stanął na odległość stolika od Alfreda. Popatrzył na niego z góry nieodgadnionym wzrokiem. Choć od jego zielonych oczu bił chłód, to wrogość wydawała się zginąć pod grubą warstwą nieruchomej, nieporuszonej dumy.
— Tylko dwóch? – Plecy miał wyprostowane, ale poza tym pozostawał rozluźniony. Tym różnił się od siebie z poprzednich spotkań z Alfredem. Miał dosyć czasu, by ułożyć sobie w głowie nowe plany, a nienawistną chęć mordu przekształcić w coś produktywnego. Teraz znajdywali się na jego terenie, a on czuł, że w oczach chłopaka wciąż jest ważny i istotny. Być może już niedługo nie będzie musiał w ogóle o tym myśleć, ale, póki co, miał w rękach jedną z najważniejszych kart – Królową Pik.
Jedna z wróżek, smukła, o nagim ciele i skórze ciasno opinającej się na kościach, usiadła na jego ramieniu. Z jej ust wydobył się szumiący język, w którym słowa wybrzmiewały dźwiękami łamanych gałązek, miażdżenia zasuszonych liści, odległego szelestu zimnego strumienia. Arthur znów rozpoznał niewiele słów, a znał język tych wróżek lepiej niż ktokolwiek.
— Więc po co przyszedłeś, zanim miałeś mi cokolwiek wartościowego do powiedzenia? Sądzisz, że zmartwi mnie Losan?
Popatrzył mu krótko w oczy, a następnie uśmiechnął się z lekkim rozbawieniem. Jeszcze krócej. Przeniósł wzrok w górę. Zamiast światła, wypuścił tam zachmurzoną burzową noc; gęste czarne chmury kłębiły się przy suficie, czasem przeplatane bezgłośnym wyładowaniem. Zapach mięty mieszał się z solą i nadchodzącym sztormem nocy, w której Arthur znajdował się kiedyś na głębokim morzu.
— Czy chcesz mnie o coś zapytać?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 18 Paź - 13:26:30

Alfred zerkał ukradkowo w stronę małych, świetlistych istot, które przemykały po pomieszczeniu, nie próbując nawet ukryć swych drobnych, wiotkich ciałek, które zawierały w sobie niespotykaną siłę. Jawnie magiczne istoty najwyraźniej lubiły Arthura, ale nie tylko – słuchały go. A to był kompromis znacznie trudniejszy do wypracowania. Alfred zerknął z namysłem na Arthura, zastanawiając się, jak go osiągnął. On sam nigdy nie myślał o drugiej stronie rzeczywistości, tym magicznym odbiciu, które rodziło podobne ludziom stworzenia, ale także głosy na wietrze czy istoty ognia. Miał z nimi do czynienia w wielu odsłonach, jednak zawsze oglądał je jak przez szybę własnej percepcji.
Znacznie bardziej interesowali go ludzie.
- Obudziłem znacznie więcej niż tylko medyków – zapewnił wesoło Arthura, choć zapewne obaj doskonale o tym wiedzieli. Nie było sensu komentować uwagi na temat bezczelności Alfreda, bo w tej kwestii ten raczej nie zamierzał się zmienić.
Nigdy. To była w pewien sposób nadrzędna cecha jego osobowości.
Alfred złapał wzrok Arthura. Mrożący krew w żyłach, pełen chłodu, ale skupiony na nim – to wystarczyło Alfredowi. Jego plan się powiódł. Zadowolony rozsiadł się jeszcze wygodniej, o ile było to możliwe. Ile lat na to czekał? Wreszcie Arthur skupiał uwagę właśnie na nim, widział go i nie mógł tego zaprzeczyć.
Jakaś cześć Alfreda cieszyła się jak małe dziecko. Inne myślały o stu rzeczach na raz. Ręka zaświerzbiała Alfreda, ale odczekał jeszcze chwilę. Nie chciał psuć nadchodzącej chwili pośpiechem i brakiem cierpliwości. Mimo to ciężko było mu ukryć przekorny uśmiech, który jak zawsze ozdobił jego twarz szerokim rozciągnięciem wąskich ust.
- Aż dwóch, jak na osoby, które widzą mnie w podobny sposób jak ty! – Alfred roześmiał się. – Chłopiec z nikąd, tak? Nadal mi się to podoba! Mogliby mnie tak zapisać w księgach. Niestety pewnie będą mnie nazywać królewskim bękartem, strasznie oklepane. – Westchnął teatralnie. – Zmartwi? Myślałem, że zależy ci na mojej głowie na widłach. Choć pewnie wolałbyś się sam mną zająć. Pochlebia mi to. – Alfred wyszczerzył się.
Odetchnął pełną piersią rześkim zapachem, który kontrastował z przytłumioną wonią, wypełniającą korytarze. Pomieszczenie zdawało się wręcz celowo kontrastować z tym, co mogło się wytworzyć nieświadomie spod palców Alfreda. Pewnie była to naciągana teoria, ale jeśli byli jak woda i ogień, to tym bardziej pasowali do siebie. Kompletność była doskonałością.
Czy inne bzdety. Alfred czasami przysypiał na długich ceremoniach religijnych.
- Spytać? Nie wiem. A powinienem? Hmm… - Alfred sięgnął za poły płaszcza i z jednej z wszytych tam kieszeni wyciągnął niewielką szklaną buteleczką mającą długość kciuka, zakorkowaną i obleczoną pajęczyną magii, w której kołatało się przygasające, to znowu rozpalające się popielate światełko.
Alfred postawił buteleczkę na stole.
- Nie marnowałeś czasu, co? – spytał uprzejmie, stukając palcem wskazującym w korek. – Muszę przyznać, że podziwiam twoją energiczność działania, choć naprawdę miałem nadzieję, że odpuścisz sobie chociaż pierwszy tydzień. – Alfred wyszczerzył się. – Ale skoro widzę twoją szczerą chęć ukatrupienia mnie we śnie… Chcę, żeby nasza umowa – gdy do niej dojdzie, została spisana magią. Nie mogę pozwolić, żebyś mnie zabił, zanim nie zrobię chociaż części tego, co planuję.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 18 Paź - 15:03:18


Na twarzy Alfreda zabliźniały się świeże rany, a jego skóra wydawała się chorobliwie napięta. Pomimo to komnatę rozjaśnił ten sam nieznośny, bachorowaty uśmiech, co zawsze. Medycy musieli skutecznie uśmierzyć jego ból, na co Arthur zapragnął podwoić swoje starania w zadawaniu go. Myśl, że zadanie mu nieznośnego cierpienia będzie ciężkie do osiągnięcia, wprawiała go w nieco niecierpliwy nastrój.
"Śmiało, podrażnijcie go" przekazał swoim sługom, nie tyle im rozkazując, co wydając na to pozwolenie. Niemal od razu jedna z wróżek zleciała z góry, szarpnęła Alfreda za ucho i odsunęła się ze złośliwym chichotem. Inna, łysa istota ubrana w coś, co przypomniało zmokłe jesienne liście, pociągnęła Alfreda za odstający kosmyk. Nie miała siły, by zrobić to boleśnie, ale ją i jeszcze jedną wyraźnie zafascynowały złociste włosy Alfreda.
— Wybacz za nie – powiedział tonem człowieka, któremu nigdy w życiu nie było przykro. – Nawet ja nie mogę kontrolować ich do końca, a to właśnie robią, gdy poznają kogoś po raz pierwszy. Lubią zwłaszcza młodych, jasnowłosych ludzi – dodał tonem uprzejmej konwersacji, zupełnie, jakby każde pojedyncze włókno w jego sercu nie było przesiąknięte nienawiścią do rozmówcy. Zerknął na wróżki, które wytykały Alfreda palcami i przyglądały mu się swoimi wielkimi, bezdennymi oczami dzikich zwierząt. Klan przyporządkowany Arthurowi nie należał do kategorii pięknych. Jego wróżki nienawidziły dziennego światła i wyglądały jak wychudzone oraz ożywione ludzkie zwłoki, gdyby każdego martwego człowieka pomniejszać do wielkości środkowego palca. Miały zimne, małe dłonie, a ich magia budziła przestrach w sercach zwyczajnych ludzi mieszkających w pobliżach zimnych deszczowych lasów. Żywiły się mięsem – choć Arthur przeważnie karmił je myszami i robactwem, to wciąż pamiętał opowieści o zaginionych dzieciach, które słyszał od mieszkańców okolicy, w której je odnalazł.
Dwie konspirujące wróżki nagle chwyciły szal Alfreda za dwa jego końce i zaczęły ciągnąć w przeciwne strony.
— Przekomarzają się tylko... Zupełnie jak ty z resztą świata, prawda? – westchnął leciutko, jakby ta wymuszona ironia sytuacji wzbudziła w nim pewne znużenie. Po jego wzroku dało się jednak poznać, że jej zadowolony z drażniących poczynań swoich małych sługów.
Mógł odwołać je w każdej chwili, ale obecnie obserwował Alfreda ze śladem umiarkowanego zaciekawienia. Ignorował po części to, co poprzednim razem sprawiało, że drżał ze wściekłości, a jego twarz przepełniała się różnymi odcieniami irytacji. Dopiero, gdy oczy Alfreda spojrzały na niego przenikliwie, gdy zabłysnęły cieniem jakiegoś tryumfu, Arthur kazał dwóm wróżkom puścić szal, co te uczyniły z śmiechem zagubionego w głębokim lesie strumienia.
Arthur obserwował, jak Alfred sięga do swojego zwyczajnego płaszcza. Już coś w jego uśmiechu, w oczach, w przekornej aurze zwycięstwa, powiedziało mu, co zobaczy. Poczuł się zawiedziony i zirytowany, zanim jeszcze zobaczył zamkniętego w szkle popielatego ducha. Nawet po śmierci jego sługa miał barwę kurzu i świecił ciemnym, ponurym blaskiem.
Jego twarz nie zmieniła wyrazu, ale ramiona leciutko zesztywniały. Arthur nie ukrywał niezadowolenia. Nie sięgnął też po buteleczkę, choć wpatrywał się w nią twardym wzrokiem.
— Wiedziałem, że dzięki temu albo umrzesz albo trochę się pośpieszysz.
Alfred mógł po prostu go zabić, ale zadał sobie trud, żeby przynieść tu jego duszę. Co kierowało jego decyzją? Arthur poczuł się tym zainteresowany. Chłopiec był głupi, ale coś musiało kierować wszystkimi jego szalonymi decyzjami. Być może... Być może sam chciał zobaczyć, jak niewiele Arthur Kirkland przejmuje się życiem innych, dobrem, prawdą i moralnością... Upewnić się, że go dobrze zna.
Arthur podniósł wzrok znad duszy swojego bezużytecznego sługi.
— Spisana magią...? To brzmi na pierwszą mądrą decyzję, jaką podejmiesz. – Nie pytał, co Alfred planuje, bo wiedział, że w ten sposób niczego się nie dowie. Zdrajca musiał sam zacząć mówić.
— Jakie są twoje warunki?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 18 Paź - 15:43:24

Po prawdzie Alfred nie czuł swojej twarzy i jej mięśni, pod grubymi warstwami zaklęć uśmierzających ból. Czuł się tak, jakby ktoś położył mu na obliczu grube warstwy tkaniny, miękkiej, przyjemnej, ale krępującej mimikę. Mimo to wiedział, że nadal umie uśmiechać się jak gdyby nigdy nic. Delikatna sztuczność rys może i rzucała się w oczy, ale już niedługo zniknie, więc po co się na tym skupiać?
Wróżki bawiły się w nim w znany jedynie im sposób. Drażniący, irytujący. Na pograniczu chichotu jak trzask suchych gałązek i zwiędłych liści i niebezpieczeństwa, które narastało powoli, pośród szumu drzew i delikatnego szmeru strumienia. Wróżki nie należały do dobrych istot. Niezależnie od ich uroku czy braku były niebezpieczne, nieprzewidywalne. Niewiadoma.
Teraz Alfred poczuł, jak dwie z nich zaciskając szal na jego szyi, która nadal bolała. Z nią nie do końca mogli sobie poradzić magowie. Blizna powstała z magii Arthura widniała wyraźnie na jego krtani, wypalona samym dotykiem długich, bladych palców. Alfred zakrywał ją póki co, ale nie zamierzał się jej wstydzić. Była pamiątką, śladem. Dorósł do Arthura i stał się jego godnym przeciwnikiem. Był z tego dumny jak mało z czego.
Mimo to odruchów ciała nie mógł z siebie wyplenić. Zesztywniał, czując zacisk. Wspomnienie poprzedniego tracenia oddechu odbiło się na jego piersi, która poruszała się nieco szybciej. A jednak Alfred nie tracił wigoru. Nadal uśmiechał się bezczelnie.
- Wybaczam, w pewnym sensie nawet je rozumiem – stwierdził, co nie było do końca prawdą. Spojrzał na Arthura. – Więc czym dla nich jesteś? Ich królową? Próbuję wizualizować ciebie w podobnej sukieneczce. Wybacz to trochę zabawne. – Roześmiał się, choć głos uwiądł w jego gardle, przechodząc w atak kaszlu. – Ach, no tak. Nie funkcjonuje najlepiej po tym, jak próbowałeś mnie udusić.
Wróżki zostawiły go, gdy sięgnął do płaszcza, co tylko potwierdziło mu, że Arthur doskonale wie jak je kontrolować. Nie przejął się tym zbytnio. Spokojnie robił swoje, z nieskrywanym zadowoleniem. Przypominał teraz rozleniwionego kota, pewnego swoich zdolności, ale też skwapliwie czekającego na pochwałę.
- Myślałeś, że umrę? Naprawdę mnie niedoceniasz. – Alfred zmarszczył brwi, udając dezaprobatę. – Czuję się wręcz o-bra-żo-ny! – Westchnął teatralnie. – Liczyłem na coś więcej, a tu proszę. Jak igraszka, jak zabawka. Myślałem, że chcesz ze mną pograć. – Przekrzywił głowę i wystawił Arthurowi język.
Dojrzale.
- Po pierwsze, rok wstrzemięźliwości od mordowania mojej cudownej osoby. Po drugie… Zostanie moją królową. To pierwsze dwa warunki? Mam mówić dalej? – Wyszczerzył się. – Chyba, że chcesz coś dodać od siebie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 18 Paź - 21:24:03


Arthur tylko uśmiechnął się z lodowatą uprzejmością, jego oczy zdawały się nie dostrzegać teraźniejszości, a myśli wybiegać w przyszłość. Prawdopodobnie w sekundy poprzedzające okres, gdy Alfred stanie się bezwładnymi zwłokami leżącymi we własnych płynach ustrojowych. Przymknął na moment oczy i cofnął się, wygodniej opierając o poduszki wykładające kamienne ławy. Z bliżej nieokreślonego kierunku powiał pachnący późną jesienią wiatr. Ten mały szczegół sprawił, że Arthur z żalem wspomniał moc, która mogła dziś znajdować się w jego rękach. Zamiast mozolnie stworzone parę komnat, cała Astra oddychałaby dziś jego oddechem, pulsowała rytmem jego pulsu.
— Nie funkcjonowałeś najlepiej nawet przedtem, a twoje dotychczasowe posunięcia nie są objawami zdrowego umysłu. Ale zostawmy ten temat, skoro nie doprowadzi nas do żadnego wniosku – zakończył ze znudzeniem. – Wiedziałeś, że moje wróżki, pomimo swojego obrzydliwego wyglądu i jeszcze paskudniejszej natury, potrafią grać muzykę, która na zawsze skrada co słabsze serca? Mogę poprosić je, by coś zaśpiewały.
Podniósł nieco głowę i wypowiedział słowo, które zabrzmiało jak wietrzna fala sunąca po koronach drzew. Część wróżek zachichotała, a bladobłękitny blask, który je otaczał, zamigotał.
— Z pewnością się jej oprzesz, więc potraktuj to jako rozrywkę, której nie proponuję każdemu.
Muzyka zaczęła się od trzepotu ich cienkich, przeźroczystych skrzydeł, które nagle tchnęły srebrem i podrywanymi wiatrem dzwoneczkami. Wróżki otoczyły ich szerokim kołem, a smukłe, pajęcze sylwetki szybko rozmyły się w cienistym tańcu. Każdy ruch był pieśnią, niską, mglistą i księżycową. Nawet Arthur rozluźnił się przez chwilę, pozwalając wróżkowej muzyce wypełnić go i przekazywać mu obrazy. Krąg śpiewał każdą melodią z pozytywek, które grały mu w czasach zapomnianego dzieciństwa, dzwonki roznosiły wokół zapach liści i migotanie gwiazd, smutna melodia była wesoła i złota, srebrna i pełna ciekłej miedzy, misterna i wciąż przelewała się w coś nowego jak woda pomiędzy dwoma dzbanami. A przy tym sprawiała, że wokół nich rósł skąpany w nocnym blasku wysoki las, ten sam, magiczny i zagubiony, ten, z który był domem, z którego Arthur kiedyś ich zabrał
— Nie uważałem, że da radę się ciebie zabić, ale to jeszcze nie jest powód, żeby ignorować możliwości.
Otworzył oczy i spojrzał wysoko pod niebem. Wróżki dobrze się bawiły, ale powiedział im, że wystarczy. Mają stąd zniknąć. Potrzebuje ciszy. I Alfreda rozstrojonego tęsknotą, która dopadała każdego, kto nie dołączył do kręgu wróżek i pozwolił jego muzyce zniknąć.
Znów wysłuchały jego rozkazów; mglisty krąg nad nimi jeszcze przez chwilę zabawiał się najpiękniejszą muzyką, jaka istniała ponad powierzchnią wody (pod nią królowały syreny), aż nagle rozmył się w strugę gęstej, mlecznej mgły. Muzyka znikała nieco wolniej, jej echo pozostawało w uszach nawet po tym, gdy ostatnie, przypominające chichot, brzęczenia dzwonków ginęły we mgle.
Arthur podniósł się nieco i przyjrzał Alfredowi tak, jak prawdziwy król obserwowałby małego klauna skaczącego przed nim na jednej nodze. Długo pracował nad odzyskaniem takiej równowagi, ale nic, co robił, nie pozostawało bez celu. Miał właściwie tylko jedną prawdziwą zasadę w swoim życiu, a ta mówiła, że każda jego decyzja musi odcisnąć jakieś piętno na rzeczywistości.
— Jeśli zamierzasz dalej marnować mój czas absurdalnymi wymaganiami, lepiej zamilcz na dobre. Chociaż możesz mi powiedzieć... – Jego oczy błysnęły kpiąco. – Co sprawia, że sądzisz, że możesz stawiać mi głupie żądania? Jeśli trzeba będzie, to znowu wezwę cię na pojedynek, a tym razem mogę obiecać, że nie skończy się, dopóki jeden z nas nie umrze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 18 Paź - 23:55:11

Alfred roześmiał się nieco chrapliwie, z powodu uszkodzonej krtani na uwagę Arthura o stanie jego umysłu. Nie uważał się za szalonego. To po prostu ludzie nie umieli nadążyć za jego umysłem, zrozumieć procesów myślowych Alfreda, które rozgałęziały się na setki alternatyw, możliwości, szans i pragnień. Był wolny i mógł chwycić każdą z nich, podczas gdy niektórzy skupiali się tylko na konkretnych gałęziach, on zawsze otwierał przed sobą pełny wachlarz możliwości. Nie umiałby inaczej. Nawet drobne skupienie czuł jak coś tłamszącego i ograniczającego.
- Chyba kiedyś o tym słyszałem. A może nie? Wydaje mi się, że matka opowiadała mi o tym baśnie. Ale może tak teraz pomyślałem, gdy usłyszałem to od ciebie… - Alfred urwał. Czasami nie miał pewności, ale nie przejmował się.
Nie przywiązywał do tego większej wagi. Zamiast tego obdarzył Arthura rozbrajającym uśmiechem.
- To… Zaszczyt, tak? W takim razie dziękuję – odparł Alfred, choć wątpił, by była w tym chociaż krztyna grzeczności.
Zamiast jednak dać to po sobie poznać, rozsiadł się wygodniej, oparł o stół, splótł dłonie, na których oparł brodę i przymknął powieki, pozwalając muzyce przenikać go aż po nasady kości. Dźwięki natury i magii splotły się w jedno, przypominając… Nie, właściwie nie przypominając niczego, co do tej pory słyszał Alfred. Melodia wróżek najmocniej kojarzyła mu się z brzmieniem błękitnych dzwonków nad brzegiem rzeki, srebrną mgłą, spowijającą leśne bezdrożna i szumem wiatru pomiędzy gęstymi koronami drzew. Była czymś zwiewnym i lekkim, jakby utkana z pajęczyny. Opadała na Alfreda otumaniającą, kuszącą magią, która zapraszała go do tańca. Alfred umiał się jej oprzeć, choć nawet on odczuwał pobudzenie wraz z jej rytmem, chęć, którą przemagał przede wszystkim prostą cechą, która od zawsze determinowała jego los. Wolność. Pragnienie wolności, dzikie i nieokiełznane. Żeby zatańczyć musiałby tego chcieć.
Sam.
Otworzył jedno oko, gdy pieść zaczęła milknąć. Serce zakłuło go boleśnie, coś narosło w gardle, ale Alfred spokojnie przełknął ślinę i tylko poruszył się lekko, co było największym dowodem na to, że coś na niego zadziałało.
- No, ale trzymajmy jakiś poziom, prawda? I faktycznie ta melodia robiła wrażenie – przyznał lekko, nie widząc w tym żadnego problemu. Mrugnął do Arthura. – Liczę, że kolejne próby będą ciekawsze i bardziej kreatywne, przecież właśnie pokazujesz mi dość ostentacyjnie, że cię na to stać. – Alfred uśmiechnął się szeroko.
Nie było w jego gestach, mimice ani słowach ani śladu ironii. Stwierdzał fakt. Wytrzymał spojrzenie Arthura i odpowiedział spokojnym, pobłażliwym. Tym z pokroju najbardziej irytujących.
- No, nie. To raczej by mi nie wyszło. Wybacz, od zawsze nie umiałem być cicho. Nawet ja mam drobne wady. – Zmrużył oczy. – Chcesz mieć połowiczną władzę, a funkcja królowej pozwoli ci na to. Na dodatek pogodzi to interesy tych, którzy wspierają ciebie, z tymi, którzy wspierają mnie. Roczny pokój o wątpliwej harmonii – ale jednak. A przede wszystkim… Przecież nie przeszkadza ci to w zabiciu mnie, prawda? W kwestii poprzedniego króla raczej miałeś plan, więc o tym nawet nie myślałem. – Potrząsnął głową. – Po prostu nasza współpraca musi być oficjalna, by w pełni zadowolić tych, którzy tylko patrzą, a nie słyszą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 19 Paź - 14:13:26

Mgła pod sufitem mieszała się z burzowymi chmurami. Wspomnienie wróżkowej muzyki wciąż zdawało się padać na pomieszczenie długimi cieniami, a bez nich, ich bladego światła i nocnych melodii, komnata wydała się w momencie tak ciemna, zimna i cicha jakby ktoś nagle zdmuchnął świecę. Od początku taka była; pełna wiatrów wiejących znikąd i mroku kłębiącego się w rogach, ale dopiero teraz odkryła się jej prawdziwa natura.
Jedynym źródłem światła pozostała fosforyzująca woda z ozdobnego oczka, twarz Arthura ginęła więc w nagłym, jesiennym półmroku. On sam widział jednak wyraźnie twarz Alfreda i skupiał się na niej w poszukiwaniu reakcji na zmiany. Ludzie, których dręczył muzyką wróżek, wyglądali różnie pod koniec pieśni. Mieli twarze mokre od łez, szeroko otwarte oczy, miny, jakby ktoś wyrwał z ich duszy spory kawałek i zabrał ze sobą. Nieraz prosili go, żeby muzyka wróciła, a ich życie zmieniało się już na zawsze, jeśli nie byli dość mądrzy, by poszukać gdzieś pomocy w zwalczeniu magii wróżek. Samym tym ruchem Arthur uzależniał albo niszczył słabych ludzi. Nie spodziewał się jednak, że to samo dotknie Alfreda, więc nie odczuł rozczarowania. Chciał tylko ujrzeń cień rozczarowania na jego twarzy i znów zbadać, czy jego wróg podda się chociaż tej jednej atmosferze, czy i zrujnuje nawet to.
Oczywiście, zrujnował.
Przez chwilę Arthur spoglądał na niego bez wyrazu, pół siedząc, a pół leżąc pośród barwnych poduszek i wspomnień najpiękniejszej muzyki w Astrze. Pomiędzy nimi, w małej szklanej fiolce, unosiła się szara pozostałość po jednym z jego najwierniejszych sług. Tyle kosztował go Alfred: potęgi, straconego czasu i wydanej fortuny, całej jednej intrygi, a teraz jeszcze służącego.
— Lubisz ze mnie szydzić – zauważył Arthur z niebezpiecznym, łagodnym rozbawieniem. Przeniósł spojrzenie na fiolkę, a później nachylił się i wziął ją w swoją dłoń. W dotyku była ciepła, niemal tak samo jak ludzki oddech.
Bawił się nią przez chwilę, jednocześnie wysłuchując Alfreda w milczeniu. Nie przerywał mu. W końcu potrząsnął głową i parsknął czymś, co mogłoby nawet przypominać śmiech, gdyby śmiech tak bardzo nie pasował do Arthura i jego ciemnej, przywodzącej na myśl kryptę, komnaty.
— Choć już na początku zmęczyły mnie twoje próby upokorzenia mnie, to wciąż potrafisz przyjść tutaj i sądzić, że kiedykolwiek zgodzę się na podobne warunki.
Jego dłonie były smukłe, palce długie, królewskie, stworzone do magii. Nawet, gdy po prostu obracał nimi fiolkę, wydawały się pleść jakieś specyficzne czary.
— Wiem, że uważasz, że nie ma niczego, co zatrzyma cię albo powstrzyma przed osiągnięciem celu, jaki sobie założysz. Bardzo możliwe, że do tej pory nie napotkałeś jeszcze przeszkody, którą trudno byłoby przeskoczyć. Mylisz poczucie siły z tym, że wszyscy inni są z natury słabi.
Zamilkł na krótką chwilę.
Alfred nie miał pojęcia, pod jak olbrzymią górą właśnie stanął. Arthur nie zamierzał mu jednak dawać do myślenia w tej kwestii. Niech próbuje go przeskoczyć, niech dalej czuje, że nie ma na tym świecie niczego, czego nie osiągnie samym swoim pragnieniem. W ten sposób łatwiej się potknie.
Nagle jego ręka znieruchomiała, zaciśnięte na fiolce. Arthur podniósł nieco głowę, ściągając z namysłem brwi.
— Sprecyzuj – nakazał. – Czy znowu przyszedłeś mnie prosić o rolę Królowej Pik, czy o kontrakt małżeński.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 19 Paź - 21:32:09

Komnata Arthura była chłodna, choć może tylko takie wrażenie robiła na Alfredzie. Skryta w półmroku, pod cieniem pęczniejących purpurą burzowych chmur, zdawała się oderwana od rzeczywistości – i w pewnym sensie tym właśnie była. Alfred zadarł głowę do góry, przyglądając się srebrnym przebłyskom, które przemykały w kłębowisku chmur, rozświetlając je na krótkie chwile, będące niczym więcej jak ułamkami sekund.
- Wcale nie. Czemu tak sądzisz? – spytał lekko Alfred, zmieniając pozycję. Świadg teraz z nogami skrzyżowanymi i stopami opartymi na udach.
Rozciągał tym przyjemnie swoje mięśnie, podczas gdy jego uwaga nadal przeskakiwała z kwiatka na kwiatek. Tylko raz w trakcie tej karuzeli myśli wspomniał mistyczną muzykę. Naprawdę była piękna, odurzająca. Za bardzo ingerująca w wolność, by chciał ją uwiecznić czy odtworzyć. Zamrugał. Potem przypomniał sobie, że chciał dodać, że szydzi przecież ze wszystkich osób, ale zamiast tego wzruszył ramionami.
- Nie upokarzam cię. – Alfred zmarszczył brwi. Przychodziły mu do głowy setki innych pomysłów jak faktycznie mógł osłabić Arthura, domyślał się jednak, że nie o to chodzi. Pokiwał ze zrozumieniu głową. – Choć… Dla ciebie fakt, że pokrzyżowałem ci plany jest upokorzeniem. Nie zadowalasz się ochłapami, chcesz tego, co sobie upatrzyłeś… - Alfred uśmiechnął się szeroko. – To w tobie lubię. Podoba mi się to, naprawdę! Podziwiam twoją determinację. – Skłonił głowę.
Problem polegał na tym, że tak jak Arthur był zdeterminowany, Alfred był uparty. I to wystarczyło, by między nimi zaiskrzył konflikt, choć Alfred najchętniej zakończyłby go już od samego początku. Z drugiej strony… Dość szybko zdał sobie sprawę, że wtedy by się zawiódł, a Arthur przestałby go ciekawić, fascynować. Nie, tak było lepiej. Tego potrzebował. Jego zaparcia.
Uśmiechnął się nawet szerzej, wręcz dziwnie, a jego oczy zabłysły.
Pochylił się do przodu. Roześmiał się, akustyczna sala poniosła ten dźwięk wysoko, aż pod półmrok, który oplatał ściany pomieszczenia.
- A chciałbyś być moim mężem? Na rok? – Uniósł brwi. – Spisać roczną umowę magiczną, która splecie nas odpowiednio mocno, żebyśmy zdołali odbudować zachwiane posady Astry i zmienić je, ale odpowiednio krótko, żebyś mógł po tym czasie znowu próbować mnie mordować? Umowa, przez którą innym wyda się, że robimy to dla dobra kraju. Oczywiście, nie od razu. Wynegocjujemy to… W adekwatnym czasie. – Uśmiechnął się przekornie. – Odpowiednią ugodę, która będzie jedynym sposobem, by uratować ten kraj przed chaosem. Ty będziesz bohaterem, a ja szalonym królem! Tego chcesz, prawda? Moje morderstwo będzie czyste w oczach innych. – Klasnął w dłonie. – Dobrze, możemy tak zrobić!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 29Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... 15 ... 29  Next
 Similar topics
-
» Nauczyciele fabularni
» Tysiąc reakcji na tysiąc sytuacji
» Kronika rodu Bolton
» Ludzie Baratheonów
» Ludzie Tully'ch

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Cardverso-ms-
Skocz do: