IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4 ... 16 ... 29  Next
AutorWiadomość
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 19 Paź - 22:18:42


Arthur skrzywił się, gdy usłyszał śmiech Alfreda. Ten dźwięk niczego nie wyjaśniał, mógł oznaczać wszystko, a, poza tym, był ponad wszystkie miary denerwujący. Ironicznie, brakowało w nim jakiejś pogardy albo satysfakcji, czegokolwiek, co byłoby oznaką tego, że Alfred przejmuje się zarzutem. Tymczasem on nigdy jeszcze nie okazał niczego poza pobłażliwością i lekceważeniem. W Arthurze coś na tą myśl wzbierało, coś prężyło grzbiet i machało złowróżbnie ogonem.
Trzeba było znać swoje miejsce na świecie. To tyczyło się wszystkich, nawet jego. A on... A on znajdował się w tym momencie w miejscu pod Alfredem. Odetchnął, jego oczy błysnęły lodowato, ale nie wybuchnął. To tutaj musiał się odnaleźć, czy tego chciał, czy nie. Nie akceptował tego stanu rzeczy, jednak jakaś część rozumiała, że wciąż osiągnął za mało i okazał się zbyt słaby... A teraz musiał znosić ten przyjacielski śmiech.
Obrócił w dłoni fiolkę. Przez chwilę była widoczna pomiędzy jego palcami, ale z kolejnym obrotem zniknęła.
— Nawet nie na sekundę – powiedział twardo, a później sam poruszył się ze znużeniem. Wiedział już, że nie dowie się, czy Alfred sam miał głupi pomysł, czy dopiero na to wpadł. – Moja odpowiedź brzmi "nie". Być może zaakceptuję twoje istnienie, jeśli zobaczę, że podejmujesz słuszne kroki, ale na razie nie licz na nic ponad to, co ustaliliśmy wcześniej.
Jakby uznawszy, że rozmowa jest już zakończona, wstał i odszedł kawałek od stołu. Nie śpieszył się, ale coś, co się w nim przebudziło, stawało się coraz drażliwsze i tylko syczało na widok jasnobłękitnych oczu. Był znów niemal gotowy, żeby spróbować zrobić krzywdę Alfredowi i tylko ta najrozsądniejsza z jego części, ta, która wiedziała, że trzeba znać swoje miejsce, go przed tym powstrzymywała.
Gdy był odwrócony plecami, nie widział swojego wroga i zaczynał czuć się lepiej. Wbił wzrok w turkusowobiałą wodę, przeszedł jeszcze parę kroków i odetchnął zimnym powietrzem. Gardło miał leciutko ściśnięte, choć nie na tyle, by utrudnić mu mówienie.
On, królową obcego chłopca znikąd, bękarta, królobójcy, najbardziej bezczelnej i obcej osoby, jaką znał? Nie, nigdy w życiu, nie będzie ani królową, ani mężem, ani nawet partnerem. Zmiecie go ze swojej drogi w jakiś inny sposób.
Albo przynajmniej, dodał inny głos w jego głowie, przekona się teraz, jak głęboka jest cierpliwość Alfreda i jak długo zamierza się o to starać. A kiedy okaże się, że zależy mu aż tak bardzo, to można będzie potoczyć grę inaczej. Inaczej, to znaczy... Arthur poczuł do siebie dwie rzeczy, jednocześnie obrzydzenie i podziw, że jest w stanie rozważyć coś takiego. Póki co wyrzucił ten pomysł ze swojej głowy, ale zaniepokoiło go wrażenie, że uwiedzenie Alfreda mogłoby mieć jakiś sens.
— Zejdź mi z oczu i nie wracaj, dopóki nie spełnisz warunku – odezwał się z rozdrażnieniem, od którego zawirowało całe pomieszczenie.



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 20 Paź - 13:54:41

Alfred zerknął na dłoń Arthura z umiarkowanym zainteresowaniem. Nie kolekcjonował esencji swoich wrogów, więc utrata szarej, skondensowanej masy bladego światła w niczym mu nie wadziła. Chciał tylko pokazać ją Arthurowi, cel został osiągnięty, choć nie wywołał niczego nowego na twarzy Arthura. Niczego, czego Alfred by nie znał. Jones poczuł się zawiedziony, ale nie dał po sobie tego poznać. Uczucie to zakłuło go jednak bardziej niż nostalgia za magiczną muzyką. Było nieznośne i świerzbiało. Musiał wymyślić coś innego. Tak właśnie.
Podczas gdy ich rozmowa jeszcze się nie zakończyła, myśli Alfreda już były daleko gdzie indziej, rozważając, jaki następny krok wykonać. Choć nie chodziło mu o polityczne posunięcia, a jedynie o wzbudzenie czegoś w tych zielonych oczach i na tej bladej twarzy. Zakołysał się.
- „Nie.” No dobrze. Mamy czas. – Alfred wyszczerzył się bezczelnie do pleców Arthura.
Pasowało mu zakończenie dyskusji w tym momencie. Potrzebował czasu, spokoju, ciszy. Coś tliło się na granicach jego świadomości, musiał to złapać i wtedy uda mu się pochwycić kolejny grymas tej pięknej twarzy. To miła rozrywka w przerwach między budowaniem własnej pozycji jako króla.
- Jasne – stwierdził spokojnie i wstał.
Nawet gdy był wyrzucany, to on potrafił być irytującą i arogancką stroną. Było w tym coś z talentu. Jego oczy błyszczały iskrami nieskrywanego podniecenia. W głowie już budował obraz przeprowadzenia udanego planu, a skoro nie tak – nic nie mogło pójść nie po jego myśli. Wprawdzie jeszcze nie wiedział jak, ale zawsze wystarczyło tylko, że tego chciał. Reszta była już czynami i nie cofaniem się przed niczym.
- Więc widzimy się niedługo. Do zobaczenia, Arthur! – Dodał jeszcze, wychodząc drzwiami. Gdybym Arthur nie był odgrodzony od rzeczywistości pałacu swoją magią, może nawet usłyszałby radosny śmiech Alfreda, który odbił się od kamiennych, ponurych ścian pałacowego korytarza.

Nad Astrą wiecznie królowała noc, czysta i bezchmurna, odsłaniająca błyskające blado gwiazdy, tęsknie mrugające z oddali na świat żywych. Każde dziecko w Królestwie Pik dorastało wśród opowieści o duszach, zawieszonych ponad ich głowami. Te zasłużone nieliczne, którym udawało się za swoje czyny zawisnąć na firmamencie. Nie liczyło się to, skąd się wywodzili. Jeśli dowiedli swej potęgi, honoru, męstwa… Zawsze mogli po śmierci liczyć na to, że odwieczne prawa magii w osobistościach dwóch bóstw pozwolą zasiąść im tam wysoko ponad ludźmi i ich troskami.
Alfred osobiście od małego uważał, że w takim miejscu musiały czuć się bardzo samotne.
Obecnie sam nie wiedział, czy wierzy w te historie czy nie. Gdy twój świat składał się z magii, łamiącej sens i rzeczywistość, raczej nie kwestionujesz tego, że ktoś tam, przygląda się swojemu małemu eksperymentowi – pytanie tylko czy z umiarkowanym zainteresowaniem, dobrodusznym uśmiechem czy obojętnością. Alfred sądził, że najpewniej właśnie z tym ostatnim.
Podkulił nogi, które wcześniej zwisały swobodnie na niewielkim, płaskim załamaniu bryły stromego dachu, który pokrywał jedno z pałacowych skrzydeł. Poniżej, u podnóża wysokiej, ciemnej budowli, pięło się miasto, które zdawało się przyrastać do bazaltowej podstawy siedziby władcy jak pasożytniczy grzyb.
Alfred oparł głowę na kolanach, a pięty na krawędzi, za którą znowu zaczynała się dalsza część stromego skosu dachu. Zerknął na skryte w gęstej, srebrzystej mgle budynki, które rozświetlały magiczne płomienie stonowanych, chłodnych barw. Zastanowiło go jakby to było, nadać im nieco żywszego koloru i dostrzegł, jak w niektórych oknach błękit czy miętowa zieleń przechodzą w czerń, pomarańcz i złoto. Alfred parsknął.
To było nawet zabawne.
W takiej sytuacji mógł się czuć nawet jak bóg. Gdy wszystko leżało w jego gestii, gdy życia innych zależały od jego kaprysów. Nie mógł wpływać na ludzi, ale na całe otoczenie – czym mógł popychać innych do działania. Nie kontrolował tego, ale gama możliwości była przerażająca.
Lubił to.
Lubił głównie dlatego, że wreszcie miał pewność, że ta moc nie kontroluje jego.

Sala bankietowa była inna, niż mógł ją zapamiętać Arthur. Alfred nigdy nie widział jej poprzedniczki, więc tworzenie jej, a przynajmniej udoskonalenie tego, co wyszło spod jego mocy bez jego świadomości, było całkowicie zależne od woli Alfreda. Mimo to postarał się, wybierając pomieszczenie na piętrze strzelistej budowli, którego część znajdowała się na wypustce bazaltowej skarpy, skierowanej w stronę miasta. Była to wąska i długa, wysoka sala o wąsko sklepionym suficie. Ściany pomieszczenia zamykały się do środka, jednak lekkości ich konstrukcji nadawały wysokie, sięgające trzy czwarte wysokości okna, zza których sączyło się nocne światło. Marmurową, czarną posadzkę wyłożono wzorzystym dywanem, tkanym w liście i żołędzie dębu. Dawny prezent od Królestwa Trefl, z czasów jednej z licznych umów, jakie zawarto pomiędzy oboma krainami. Takie prezenty pełniły funkcję umowy samej w sobie, spisanej w dawnym języku, wyszytej lub wyrytej na prezencie. Nie dało się takich podarunków schować ani zniszczyć, dopóki wplecione w nie magiczne umowy nie przestały obowiązywać.
Stół w pomieszczeniu wydłużał się lub skracał, zależnie od potrzeb. Teraz był wąski i krótki, zastawiony po brzegi półmisami ciepłej, parującej strawy, skrytej pod złoconymi kopułami. Ceramiczna zastawa, ozdobiona delikatną dłonią zapomnianej nadworskiej malarki, rozłożona była po obu stronach stołu przed dwoma ciosanymi z mahoniu krzesłami o wysokich, drewnianych oparciach i wyłożonym aksamitnymi, miętowymi pufami siedzeniach. W powietrzu tliły się bladozłote płomienie, rozświetlające wieczny nocny mrok. Alfred siedział przy końcu stołu oddalonym od drzwi.
Specjalnie na tę okazję postanowił wyglądać inaczej, tak jak pewnie rozmowy na podobną skalę wyglądały w wyobraźni (i doświadczeniu) Arthura.
Włosy miał uczesane, nie skołtunione. Złociste, zaczesane na boki z tylko jednym, wiecznie niesfornie odstającym kosmykiem. Brzoskwiniową twarz oczyszczono ze skaz, zabrudzeń i zadrapań. Wszelkie drobne blizny z dzieciństwa usunięto magią, pozostawiając jego cerę gładką i czystą jak u nowonarodzonej istoty. Tylko jedna rzecz bruździła w tym wyglądzie, znamię na szyi, rozciągające się w miejscu, które Arthur dotknął swoją magią, dusząc Arthura. Tym razem Alfred nie ukrywał go, wręcz przeciwnie – obnosił się nim, ciemniejszym śladem w kształcie motyla z rozpostartymi skrzydłami, unoszącego się powyżej kołnierza srebrnej jak księżycowe światło koszuli, na którą Alfred narzucił ciężki, ciemny płaszcz z granatowego półmroku. Platynowymi nićmi wyszyto na nim półksiężyce, sierpy i księżyce w pełni, wpleciono motywy pików i kwiatów rozrzewnienia, które znajdowały się na pieczęci jego matki. Wąski tren, który przypięto to jego ramion złoto-srebrnymi klamrami, zsuwał się na posadzkę. Z wierzchu miał kobaltową barwę, podszewkę zaś koloru pudrowego błękitu. Na szyi Alfreda wisiał ażurowy, platynowy pik, wysadzany szafirami. W jego włosy wpleciono elektrumowy diadem – z najtańszego (po brązie i srebrze) metalu. Nie zasługiwał jeszcze na prawdziwą władzę.
Alfredowi nieszczególnie przeszkadzał ten drobny przytyk. Na widok Arthura rozpromienił się jednak – nie mógł się powstrzymać. Wstał uprzejmie, jak nie on i skinął mu głową.
- Do końca nie miałem pewności czy jednak uraczysz mnie swoim towarzystwem – zauważył. – Ale miło widzieć, że jednak będę mógł cię gościć na kolacji. Mam nadzieję, że posmakuje ci to… Wszystko. Sam chyba nigdy nie jadłem tak różnorodnych posiłków w moim życiu. – Stłumił śmiech, który mimowolnie chciał wyrwać się z jego gardła.
Miał przecież nie prowokować Arthura bardziej niż to konieczne.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 20 Paź - 21:17:38

Granat płaszcza mógł z łatwością przejść w czerń, a poza tym przypominał rozłożyste skrzydła jakiegoś delikatnego wodnego ptaka o morskich, lśniących na słońcu piórach. Arthur uśmiechnął się i odwrócił przez lustrem z niejakim zadowoleniem. Ludzie zawsze zakładali, że lubi ciemne kolory, więc nosił się na ciemno. Wyglądał odpowiednio czarodziejsko, smukło, blado i dostojnie, tak, że, gdy ludzie myśleli o kimś młodym i potężnym oczami wyobraźni widzieli kogoś takiego jak on. Alfred najwidoczniej nie zawracał sobie głowy innymi opcjami, albo poddawał się podobnej naiwności. I dobrze. Jasne kolory, piękne, królewskie, bogate i dostojne zostawi sobie na nieodległy dzień, w którym nareszcie będzie miał prawo je nosić. To będzie niczym transformacja aktora, który ściąga z siebie maskę. W końcu będzie tym, kim przeznaczono mu być.
A potem nigdy nie będzie musiał być już nikim innym.
Po raz pierwszy od dni opuścił swoją samotnię. Dla pewności przytknął palce do drzwi, zamknął oczy i, mamrocząc zaklęcia, odciął swoje komnaty od rzeczywistości Alfreda. Ściana zadygotała jak poruszona widelczykiem galareta, a wysokie, ponure drzwi rozmyły się przy kolejnym drgnięciu. Arthur odwrócił się na pięcie, rozglądając się po opustoszałym korytarzu i obserwując, jak wiele zmian zaszło od poprzedniego czasu. Pałac zdawał się zapełnić mnóstwem szczegółów, wciąż był jednak wąski i, w jakimś stopniu, przypominał mu przebywanie w plątawisku węży. Przestrzeń prężyła się i naginała pod jego stopami, a zakręcające korytarze prowadziły go same we właściwym kierunku. Dla normalnego oka wszystko mogło sprawiać wrażenie normalnego, ale Arthur wyraźnie czuł, że Astrze daleko było od unormowania. Świat Alfred był wciąż gorący i łatwy do modelowania, mimo, że, cholera, postęp i tak był duży. Zbyt duży. Alfred nie powinien mieć aż tyle talentu, nic nie powinno przyjść mu tak łatwo. Był tylko głupim, bezczelnym chłopcem. Arthur poczuł znów, jak szczerze i mocno nienawidzi myśli, że jego przeciwnikowi cokolwiek się udaje. Dziś jednak nawet to nie zdołało popsuć mu humoru. Humor zresztą wcale nie był dobry – Arthur określał go raczej mianem skumulowanego. Przez cały czas od morderstwa króla kumulowało się w nim tyle uczuć, że dziś nie dałby rady wstrzymać się przed niczym nawet, gdyby bardzo tego chciał. Musiał znów zacząć widywać kogoś poza głupawymi, kościstymi wróżkami. Brakowało mu bliskości innego człowieka, ale nawet bardziej brakowało mu bycia podziwianym przez innych. Mała zagadka. Kim jest król bez poddanych? Zupełnie tym samym, czym bóstwo, w które nikt nie wierzy, albo talent, którego nikt nie odkryje.
Korytarz zaprowadził go pod podwójne drzwi, przez szparę których przedzierało się jasne światło. Arthur poczuł bliżej nieuzasadnioną atmosferę tłocznego przyjęcia, choć nie miało tam być nikogo poza jego wrogiem. Nie miało, ale mogło. Alfred był zdrajcą, oszustem, idiotą, a Arthur wciąż niczego o nim nie wiedział.
Spodziewając się wszystkiego, wyciągnął rękę, by otworzyć drzwi, ale te same się przed nim rozwarły. Trochę zbyt szybko, zauważył i natychmiast skupił się na wnętrzu sali. Wszystko było tam jasne i piękne; ułożone w trójkątne wzgórze jabłka lśniły jak pomalowane lakierem, kiści winogron były napęczniałe, mięsa złociste, a dzbany pełne. Ale nic nie prezentowało się ani piękniej, ani zdrowiej czy wspanialej od jedynej obecnej tutaj osoby – i Arthur pomyślał z niewysłowioną irytacją, że gdyby Alfred był kimkolwiek innym, to w tej jadalni nie znalazłby się smaczniejszy posiłek od niego. To wrażenie było tak łudzące podobne do tego, które odczuł, gdy odzyskał przytomność i zobaczył nad sobą jaśniejącą, złotowłosą twarz i, cholera, teraz uderzyło w niego jeszcze mocniej. Jak młotem w brzuch. Cienka korona na głowie jego wroga upewniała go w przekonaniu, że nie stoi twarzą w twarz z prostym nikim, a wszystkie dotychczasowe wspomnienia, jakie wiązał z Alfredem, tworzyły w Arthurze olbrzymiego, syczącego, wściekłego potwora. Nienawidził go. Nienawidził tej jego srebrnej koszuli i mlecznej skóry pod nią, nienawidził jasnych oczu, które błysnęły jak gwiazdy, nienawidził pięknego uśmiechu i otaczającej go aury. Ale najbardziej nienawidził tej korony na jego głowie. Wiedział, że to wszystko musi być absolutnym fałszem, skoro pod spodem kryje się wyjątkowo przegniły duch, efekt złego charakteru. Ubrania, które Alfred na sobie miał, ton, jakiego używał, wszystko, co zrobił, musiało być zwyczajnym szyderstwem z reguł i praw i wszystkiego innego w życiu Arthura.
— Więc bawiłeś się w rebelianta, a teraz próbujesz w króla? – zapytał jak gdyby nikt nic. Przekroczył próg, nie pokazując, że cokolwiek zrobiło na nim większe wrażenie.
Dopiero wtedy skupił się na szczegółach. Dostrzegł sień nad obojczykiem Alfreda, przyjrzał się mu i rozpoznał swój własny ślad. Wpatrzył się w niego, gdy podchodził, jednocześnie uśmiechając się nieco szerzej.
— Potrzebujesz do tego lepszej korony.
Podniósł na niego chłodny wzrok człowieka, którego nie da się niczym przekupić ani zadowolić. Bo w końcu co zmieniło to, że Alfred kazał przysyłać mu jedzenie, nie zapomniał o ubraniach, a na tą kolację najwyraźniej postarał się z czymś nowym? Arthur wciąż go nienawidził i miał doskonały powód, by nie zmieniać nastawienia.
Gdy stanął przy Alfredzie, wydał się jednak czymś zadowolony. Najpewniej samym sobą. Tego, że nadal jest w znacznie gorszej sytuacji niż Alfred, nie okazywał.
— Wszystko w tobie jest szyte grubymi nićmi. Nie rób za mnie głupca. Usiądziemy?


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 20 Paź - 23:21:12

Alfred wstał i od razu spojrzał na Arthura. Jego spojrzenie przemknęło po ciemnym materiale, który spływał kaskadą za plecami Kirklanda. Mimowolnie zauważył, że ciemna barwa tkaniny doskonale podkreślała bladość skóry Arthura. Chorobliwą, księżycową biel skór mieszkańców Astry. Alfred, opalony ciepłym, czerwonym słońcem Karo wyglądał wśród nich wszystkich jak jedyny żywy pomiędzy duchami przeszłości.
I często tak też się czuł.
Teraz jednak zastanowił się nad tym, jak wygląd Arthura komplementowałoby stare złoto w odcieniu jego włosów. Jak pasowałoby do zielonych, intensywnie przyciemnionych arogancją oczu. Powinno być proste i bez szlachetnych kamieni. Szmaragdy byłyby zbyt oczywiste, ale gdyby przełamać naturę urody Arthura rubinami…
Alfred drgnął, wysłuchując przywitania Arthura. Przez chwilę wyglądał, jakby nie rozumiał. Spojrzał na swojego gościa pytająco. Zamrugał. Przetrawił jego słowa. Wreszcie parsknął, zanim ugryzł się w język.
- Bawię? Naprawdę tak to rozumiesz? To znaczy… Dobrze, może nie dałem ci powodu, żebyś myślał inaczej… - Alfred uśmiechnął się pokrętnie. – Ale mimo wszystko dorastałem wśród arystokracji, choć może to cię zaskoczy. – Przekrzywił głowę. – Doskonale znam się na konwenansach, Arthur – wyjaśnił łagodnie.
Alfred zastanowił się, czy Arthur obraża go na wszelkie sposoby, czy szuka jego słabych punktów. Cóż. Dobra materialne nigdy nie były jednym z problemów. Bardziej już irytowało go uparte odmawianie Arthura czy gdyby miał go ignorować, niż faktyczne nawiązanie do majątku czy problemów z obecną sytuacją. Bo Alfred bezgranicznie wierzył, że akurat w tej kwestii sobie poradzi.
(Gorzej z samą królewską magią.)
Odkaszlnął, zasłaniając ust dłonią.
- Jest ładna, wygodna. Nie przeszkadza mi. – Dotknął chłodnego metalu palcem. – A w końcu i tak dadzą mi właściwą. To tylko kwestia czasu, więc czym się martwić? Ale dziękuję za troskę. – Uśmiechnął się do Arthura. – Nie robię z ciebie głupca, Arthur. Nigdy nie uważałem cię za głupią osobę. – Westchnął nieco zbyt teatralnie więc wbił sobie paznokcie w wierzch drugiej dłoni, by ogarnąć trochę własne myśli i język.
- To znaczy chcę dzisiaj porozmawiać… Może nie miło, bo na to byś się nie zgodził, ale cywilizowanie. To wszystko. I tak, usiądźmy. To dobry pomysł! – zgodził się, po czym zajął miejsce.



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 21 Paź - 10:49:28



Arthur utkwił w Alfredzie spojrzenie przedwiecznego, okrutnego bóstwa, które widziało erę przed początkiem świata i oglądało jego koniec eony później. A to wszystko w odpowiedzi na sugestię, że coś mogłoby go zaskoczyć.
— Dorastałeś często podróżując po królestwie Karo – sprostował. Alfred musiał przybyć z miejsca, do którego trafia wszystko to, czego królestwo Pik nie chce. Śmieci pokroju najsłabszych magów, poszukiwanych kryminalistów, porzuconych kobiet i nikomu niepotrzebnych baśni. Królestwo Karo było jednym wielkim chaosem, kotłem, z którego dało wyciągnąć się i wrzucić właściwie wszystko. Jeśli Alfred miał gdzieś spędzić sporą część swojego dzieciństwa poza zasięgiem uszu i oczu ludzi Astry, to w miejscu, w którym arystokracja nie miała niczego przeciwko przyjmowania królewskich bękartów z innych królestw, bo takie trafiały im się co wioskę. Jego różowa cera i zdrowy wygląd tylko potwierdzały to, że dużą część życia spędził pod południowym słońcem, z dala od czarnych szczytów pikowego królestwa.
— Widziałeś chaos, miasta bez władców, ożywioną magię, dzicz i samowolę, która posmakowała ci wolnością. To pewnie zasiało w twojej głowie pomysł, że wspaniale byłoby zrujnować inną krainę w ten sam sposób. Niewątpliwie znasz konwenanse... – dodał. – Nie da się łamać zasad aż tak bardzo bez znajomości ich, bo kiedyś musiałbyś zrobić coś właściwego choćby przez przypadek. – Arthur zabrzmiał na dość znudzonego i podirytowanego tłumaczeniem oczywistości, więc łatwo mu poszło udanie, że naprawdę sądzi w ten sposób. Alfred nie był wieśniakiem ani nie nosił znamion niewychowanego pucybuta z nizin społecznych. Plebs mógł wybrać go na swojego ulubieńca, ale Arthur nawet przez chwilę nie sądził, że Alfred pochodzi z tej samej klasy. Jego obrazoburcza bezczelność istniała jawnie z jego wyboru, a nie z powodu braku wychowania. Był wystarczająco charyzmatyczny, urokliwy i inteligentny, żeby chwytać ludzi za serca. Biedakom zaimponuje prymitywizmem, a szlachcie odwagą. Ale Arthur nie ująłby swoich myśli na głos w ten sposób, choćby od tego miało zależeć jego życie.
Nadal był urażony, że Alfred wziął go za ślepca. Czy ten chłopak myślał, że będzie mógł oszukać go i kupić tak, jak pewnie kupował innych? Odrobiną złota, winem i jedzeniem, tanią koroną i uśmiechem? Po tym wszystkim, co zrobił i powiedział wcześniej? Nie. zdecydowanie musiał mieć Arthura za głupca, sądząc, że to wszystko cokolwiek da albo zmieni.
Alfred mógł mieć piękny uśmiech i gest, ale żaden uśmiech ani żaden gest nie oszukał Arthura. Popatrzył więc na Alfreda nieruchomo, z chłodną, przenikliwą inteligencją. Wiedział, że zaproszenie na kolację wiąże się z tym, że jego wróg znowu będzie próbował coś osiągnąć, tym razem za pomocą innych środków. Warto było go wysłuchać choćby po to, żeby przekonać się, jak omamia swoim urokiem innych.
Po prawdzie, Arthur odkrył, że właśnie na to czekał.
— Prawdziwe korony nie istnieją po to, żeby być wygodne.
Arthur usiadł zaraz po Alfredzie, o jedno krzesło dalej, bo nawet, jeśli nie podobała mu się myśl, że Alfred jest królem, to nim był, a zajęcie miejsca tuż obok równałoby się z przyznaniem, że pomiędzy nimi istnieje jakaś więź.
Jeszcze przez chwilę Arthur wyglądał na raczej zirytowanego towarzystwem i koniecznością rozmowy, ale potem nagle jakby się poddał albo rozluźnił. Podniósł wzrok na Alfreda. Przyjrzał się jego warzy.
— Cywilizowanie. Nie lubisz tego, co oznacza to słowo. Po co się starać?


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 21 Paź - 13:58:05

Alfred uśmiechnął się w stronę spojrzenia Arthura dokładnie jak ten wiejski chłopak z każdej przypowieści, który nie rozpoznaje wielkiego bóstwa, za to jest mu gotowy ofiarować dobre jadło, kufel piwa, a w razie czegoś zrugać, gdy gość okaże brak uprzejmości.
Czyli trochę jak ateista.
- I tak i nie – odparł Alfred. Zastanowiło go, czy Arthur dowiedział się tego od kogoś – i od kogo jeśli tak? Czy może sam doszedł do takich wniosków.
Zapewne dałoby się to wyczuć, pytanie tylko jak wiele ze swych domysłów czy wiedzy zdradzi mu Arthur i jak daleko się posunie. Alfred zmrużył oczy, obserwując go przy tym. Było w tym coś fascynującego. Jak gra, ale nie w kotka i myszkę. Alfredowi kojarzyło się to bardziej z planszową grą trefli, gdzie na drewnianej skrzyni przesuwno wykute w marmurze pionki.
Dalsze wnioski Arthura zdradziły mu to, co najbardziej go frapowało. Choć nadal mogły być domysłami snutymi na podstawie wiedzy były błędne, a Alfred odzyskał grunt pewności siebie. Uwielbiał sprawiać zagwozdkę Arthurowi. Sam fakt, że o nim myślał mu wystarczył. Uwielbiał też podsycać tę ciekawość, choć nie chciał odsłaniać jeszcze wszystkich kart. Przez co to Arthur poruszał się po niepewnym gruncie. Bo Alfred o Arthurze wiedział wszystko.
Ach to doświadczenie w śledzeniu jego życia przez ostatnie kilkanaście lat. Przydało się właśnie dla tej chwili.
- Widziałem wojnę. To wojna otworzyła mi oczy, ale masz rację, przebywałem dużo w Królestwie Karo… Ze względu na matkę. – Uśmiechnął się przekornie. – Kiedy wybuchła wojna nie byliśmy miłymi gości na terytorium wroga. Sprawy stały się skomplikowane… - Zawiesił głos, jak gdyby nigdy nic. Nalał sobie wina do kryształowego pucharu. Nie potrzebował służby, by robiła za niego tak proste rzeczy.
Skosztował trochę wina, miało cierpki posmak zimowych owoców. W niczym nie przypominało słodkich win Karo.
- Może i nie. Ale nie istnieją też po to, by zmieniać życia. Są tylko ładną ozdóbką ludzi, którzy muszą ciągle przypominać innym kim są. A ja wiem kim jestem. – Wyszczerzył się do Arthura.
„Aż Alfredem.”
- A czemu nie? – Alfred wzruszył ramionami. – Nie da się zerwać ze wszystkim, czy tego chcę czy nie. Nie zmuszam się teraz do uprzejmości czy kultury. To moja świadoma decyzja, chęć i wola. To nie jest nawet gra. – Uśmiechnął się uprzejmie. – Zresztą, mógłbym ciebie spytać o to samo. Po co się starać i udawać przede mną, że kochałeś starego króla? Nienawidziłeś mojego ojca. To nawet nie insynuacja. Jesteś typem ludzi, którzy dochodzą do wielkich rzeczy, ale raczej nie u boku skostniałego starca. – Alfred roześmiał się lekko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 21 Paź - 15:01:30


Nie było służby. Sala, choć jasna i optycznie poszerzona oknami, zza których wyzierało spiętrzone niebo, była również cicha, pusta, dziwnie nierealna. Jak niedokończony obraz. Nie zawierała nikogo, kto mógłby nalać im wina, posprzątać po posiłku, zagrać albo zaśpiewać. Arthur naprawdę odczuwał brak normalnej otoczki, która zawsze towarzyszyła jego życiu. Obecnie był tutaj uwięziony z tym głupcem, który próbował być czarujący.
— Wojna otworzyła ci oczy? – zapytał z cieniem pogardy. W słuchaniu Alfreda było coś, co sprawiało, że wewnętrznie wzdrygał się z obrzydzenia, że w ogóle pozwala sobie na poświęcenia mu odrobiny swojej uwagi. To był w końcu tylko bękart. Tylko przeszkoda, która zniweczyła wszystkie jego plany. – Na co takiego? Na to, że zawsze jest ktoś, kto cierpi albo traci, więc trzeba zabić króla, zniszczyć królestwo i wszystko jakoś się ułoży?
Pytania musiały zostać zadane, ale wypowiadanie ich było najgorsze. Arthur przywykł do tego, że to jego ludzie pytają, jego proszą, na jego opinię czekają ze słusznym strachem, że jego zły humor może oznaczać ich złe życie. Jedynie z królem było inaczej, ale to nie miało potrwać już długo... i proszę.
Spojrzał na dzbany i jedzenie, a następnie pozwolił Alfredowi mówić. Słuchając go, wyszukiwał w pamięci zakurzone zaklęcia lewitacji i ożywienia przedmiotów, które, jak sądził, nie przydadzą mu się nigdy poza polem bitwy.
Po chwili podniósł na niego wzrok i przyjrzał się Alfredowi specyficznie, nie próbując ukrywać swojej wrogości ani też tego, że w tym momencie owa wrogość nie ma żadnego znaczenia. W końcu był tutaj i, choć pogardzał Alfredem, to nie potrafił go zabić. Zgodził się mu pomóc. Nie zgodził się nie próbować go zabić. Teraz ta myśl go pocieszyła.
— Każdy powinien znać swoje miejsce – odparł spokojnie. Zastawa na stole ożyła; dzban wina nachylił się nad kielichem Arthura, złote noże zaczęły kroić mięso na grube plastry. – Pomywaczka też mogłaby nosić koronę, ale to nie zrobiłoby z niej królowej.
Sięgnął po wino, zastanawiając się, kto je wybrał. Zanim jednak je upił, przez chwilę ważył kieliszek w dłoni, patrząc, jak karminowa ciecz zatacza kręgi. Powiedział sobie, że naprawdę powinien się uspokoić, skorzystać z okazji, wydobyć z Alfreda to, co Alfred i tak chciał mu pokazać. Ale zaakceptowanie istnienia tego małego wrzoda na dupie było strasznie ciężkie. Arthur przenosił w swoim życiu góry, które były lżejsze od tego zadania.
Sztućce kroiły mięsa. Arthur wyobraził sobie, że kieruje któryś z noży prosto w oko Alfreda. Po chwili napięcie zniknęło z jego twarzy, ustępując blademu rozbawieniu.
— Twierdzisz, że u twojego boku zajdę dalej. – To nawet nie było pytanie.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 21 Paź - 17:14:20

- To uproszczenie, ona raczej zaczęła pewien proces – podsumował spokojnie, dotykając opuszkami palców krawędzi złotego pucharu, zdobionego macicą perłową. Uniósł naczynie do góry i upił kolejny, gorzki łyk, który wstrząsnął jego kubkami smakowymi.
Podczas gdy Arthur powoli, choć skutecznie, magią zmuszał przedmioty do ożycia. Alfred podnosił się, pochylał i sięgał – a to po nadziewane przepiórki w karmazynowym sosie, a to po słodkie puree marchewkowe. Spokojnie i cierpliwie odkrajał kawałek po kawałku i jadł z najwyższą przyjemnością. Gama smaków naprawdę przypadła mu do gustu. Nie widział jednak sensu wygłupiania się i krojenia tego magią. Zawsze uważał to za zabawne. Teraz zaś zerkał ciekawie na to, co robił Arthur.
- Na to, jak wiele mogą zdziałać prości ludzie. Te zwykłe odpadki, którymi gardzi Astra. I popatrz. Chyba miałem rację! – Roześmiał się lekko. – Koniec końców nikt nigdy ich nie doceni, a to najgorszy błąd. – Pokiwał głową.
Wrócił do jedzenia. Robił to intensywnie i szybko. Pochłaniał kolejne kęsy w miarę elegancko, ale jednak nie mogąc się powstrzymać. Wręcz odruchowo kolejne kawałki lądowały w jego ustach. Lubił jedzenie, jedną z wielu ludzkich przyjemności.
- Właśnie o tym mówię! Cieszę się, że się rozumiemy. Wreszcie. – Alfred uśmiechnął się szeroko. – Po co korona, skoro tak naprawdę mogę być kim chcę bez takich dodatków? – Spytał retorycznie.
Czerwień wina zabawiła mu mocniejszym odcieniem spierzchnięte usta.
- Twierdzę, że będziesz miał dużo więcej możliwości. Ja nie związuje ręce na zmiany. Możesz nawet użyć mojego argumentu, jeśli mnie zabijesz, dlaczego wprowadzasz jakieś… Hm, ostrzejsze przepisy. Ale to na marginesie. Póki co zostańmy przy tym, że nie jestem starym zbereźnikiem. – Wyszczerzył się i mrugnął do Arthura.
Odłożył na moment sztućce, tylko po to, by siedzieć po kromki ciemnego, ziarnistego chleba, na których położono plastry szynki z białych łani Południowego Płaskowyżu.
- Muszę przyznać, że cieszę się, że jednak coś jesz. Jesteś tym rodzajem osoby, który woli nie zajmować się tak trywialnymi rzeczami, prawda? Tak zauważyłem, że raczej unikasz takich ludzkich zachowań.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 21 Paź - 19:07:00



Najwyraźniej Alfred jadł tak jak żył: głośno, bezwstydnie i bez umiaru. Zanim pierwszy plaster złocistej dziczyzny spoczął na talerzu Arthura, król w taniej koronie zdążył sięgnąć po malutką nóżkę, zamoczyć kromkę świeżo wypieczonego chleba w sosie, przysunąć do siebie mus i ubrudzić usta winem. Jego sztućce głośno brzęczały w ciszy, ale Arthur musiał przyznać, że i tak widywał już ludzi, którzy jadali znacznie szybciej i obrzydliwej. Co nie znaczy, że nie czuł narastającej w sobie złości z samego tylko faktu, że Alfred wydaje się dzielić uwagę na tysiąc spraw naraz, zamiast poświęcać ją w całości jemu. Nawet nie zasługiwał na bycie tutaj. Bo co on zrobił, żeby tutaj dziś siedzieć, próbować po kolei owoców morza, mięs z różnych zakątków świata, win, miodów pitnych, deserów w kształcie wymyślnych kwiatów i najsłodszych owoców? Wpadł i zamordował króla. Nic więcej. Żadnego sprytu, żadnej finezji, po prostu talent, ładna twarz i podbicie serca plebsu. Oraz cholernie dużo ślepego szczęścia.
Arthur stłumił narastające pretensje po raz kolejny. Nie ma sensu, trzeba zacisnąć zęby i skupić się na tym, co można teraz zyskać.
— Gardzi? – Chwila pauzy – Widać, że nie znasz tego miasta. Czy wszyscy biedacy gardzą bogatymi, Alfred? – zapytał z udawanym rozbawieniem. Chciał mu pokazać jak schematyczne jest jego myślenie.
Osobiście sam wzbudził kiedyś zainteresowanie na przyjęciu, gdy podczas dyskusji powiedział otwarcie, że chętniej przyjmowałby do swoich szkół nawet wieśniaków, jeśli mieliby większy talent od wykształconego dziecka ministra. W stolicy zyskało mu to wielu zwolenników i przeciwników. Inteligentni ludzie bywali otwarci na koncept akceptowania talentu ponad urodzenie. Król Pik i wielu mu podobnym nie chcieli nawet o tym słyszeć.
Ale tak jak nie każdy śmierdzący chłopiec z plebsu nienawidził ludzi Astry za ich szczęście, to nie każdy wybitny obywatel traktował plebs z obrzydzeniem. Arthur zaś znał tak wiele różnych, delikatnych poglądów ludzi, którzy nieraz byli tak istotni, że mało kto o nich wiedział, że znów poczuł wypełniającą go wyższość. Znał Astrę na wylot. Z góry mógł wskazać, którzy ludzie zaakceptują nowego króla, którzy stawią mu czoła, a kto najpewniej tchórzliwie ugnie kark. W tym tkwiła jego przewaga nad chłopcem znikąd.
— Ponieważ jest drobna różnica pomiędzy byciem kimś we własnej głowie, a byciem kimś w głowach milionów. Z czego zdajesz sobie sprawę. Wydaje ci się, że wiesz, kim jesteś, ale rozumiesz też, że musisz do tego przekonać innych. W tym mnie.
Arthur zamilkł. Sięgnął po dziczyznę, tak dobrze przyrządzoną, że zdawała rozpływać mu się na języku. Przez chwilę przeżuwał ją z elegancją, następnie nieśpiesznie sięgnął po kielich. Ukrył w nim uśmiech, który nagle wpłynął mu na twarz.
Równość, sprawiedliwość, wiara w starego króla i w wielkość Królestwa Pik. Honor, wielkość i lojalność. Zabawne jak wiele i jak często kłamał udając, że wierzy i interesuje się tysiącami różnych rzeczy. Przecież w równej mierze nie obchodzili go mieszkańcy podniebnego miasta jak i slumsów. Chciał tylko jednej rzeczy.
Odstawił kielich i ponad nim popatrzył na Alfreda tak jak zwykle, z jakąś bliżej nieokreśloną wyższością.
— Powiedz mi... – Noże mocno przecięły jego mięso. – Uważasz, że warto mnie prowokować?
Wiedział, że nie spodoba mu się odpowiedź, ale chciał ją usłyszeć. Świadomość tego, że jest potężny, inteligentny i nie pozwoli, by cokolwiek stanęło mu na przeszkodzie, wypełniała go tylko dodatkowym spokojem. Usuwał ze swojej drogi już gorszych ludzi niż Alfred. Teraz spokojnie wsunął sobie między zęby kawałek mięsa i smakował go przez chwilę. Wtedy jednak poczuł, jak jego gardło zaciska się momentalnie. Skontrolował swoje ciało, pomimo jednego, mocniejszego uderzenia serca.
Czy Alfred wiedział za wiele, czy nie wiedział zupełnie niczego? Sugerował, czy był po prostu głupcem?
Arthur podniósł wzrok i zaczął szukać w jego twarzy potwierdzenia swoich obaw.
— Wiesz o mnie chyba tak samo niewiele, co ja o tobie – rzucił nieco kpiąco. Skąd ten przeklęty wrzód miałby wiedzieć o jego prawdziwej naturze? Skąd ktokolwiek mógłby wiedzieć?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 21 Paź - 23:15:41

- To był ogólnik – odparł Alfred z namysłem. Chwycił małą, złoconą łyżeczkę i zaczął spokojnie kosztować różnych smaków owocowych musów, które podano w kryształowej salaterce w kształcie rozety, gdzie każdą komórkę wypełniał deser innego smaku. – Powiedziałbym, że równie dobrym słowem byłoby – nie zwracają uwagi, ignorują problem, wzruszają ramionami i żyją dalej. Nie posunąłbym się do twierdzenia, że tego nie rozumiem, ale uznałem, że równie dobrze mogę zwrócić ich uwagę na ten drobny szkopuł. Myślę, że się udało. – Alfred uśmiechnął się z nieskrywanym, szerokim zadowoleniem, które wypełniło też jego jasne oczy.
Zagłębił łyżkę w musie purpurowej barwy i skosztował trochę deseru o smaku zimowych jagód.
- U biednych to zależy. Albo widzą bogatych jak bogów, albo ich nienawidzą. Czasami są też po prostu pogodzeni ze swoim losem.
Kolejny mus. Tym razem jabłkowy, soczysty i zielony. Kwaśny, pikowy. Karo miało słodkie, duże czerwone jabłka lub złociste o miękkiej skórce. Cokolwiek miały Trefle najpewniej smakowało śmiercią i popiołami. Tak przynajmniej opowiadały matki dzieciom.
- Oczywiście, to normalne. Ale to nie znaczy, że mam mieć problem z określeniem siebie. Ludzie często popełniają ten błąd. Zapominają o tym kim są pod naporem innych. Ty nigdy go nie miałeś i ja też. To dobra cecha, choć mój ojciec poszedł w drugą skrajność i trochę przekolorował własny obraz. Ja na szczęście nie mam takich problemów – oznajmił skromnie i obdarzył Arthura jednym z licznych, rozbawionych uśmiechów. – Nawet go nie znałem. Matka powiedziała, że jest moim ojcem na łożu śmierci, ale nigdy nie zawracałem sobie tym głowy. Co to zmienia? – Wzruszył ramionami.
Winogronowy był także kwaśny. Owoce Królestwa Pik zawsze niosły ze sobą cierpki, świeży posmak dzikich ostępów. Alfred wolał słodsze i łagodniejsze smaki Karo, ale chyba musiał zacząć przywykać. Popił gorzki smak gorzkim winem. Cudowne zestawienie. Mimowolnie sięgnął po szklankę wody, by oczyścić kubki smakowe. Zlustrował przy tym Arthura spojrzeniem.
- Zabawne pytanie – odparł. – Ogólnie? Uważam, że to ciekawe, oczywiście nie mam wyczucia co do granicy. Wiem, że jesteś istotny, ale jesteś też Arthurem tak jak ja jestem Alfredem. Traktowanie cię jak porcelanowej lalki byłoby nudne i uwłaczałoby temu, kim jesteś. Masz już dość pochlebców, dla mnie pewnie zabrakłoby miejsca.
Alfred spokojnie sączył wodę, nie zwracając uwagi na resztę. Wątpił, by jego słowa wzbudzały w Arthurze cokolwiek. W tej butnej, dumnej naturze nie było miejsca na odkrywanie swoich odczuć i kart. Kontemplując to i tak przyglądał mu się uważnie, okazjonalnie, gdy przypominał sobie, że to powinien robić. W jednej z takich chwil dostrzegł spojrzenie Arthura, które pochwycił i wyszedł mu naprzeciw szerokim uśmiechem.
- Mówiłem ci już, że mam oczy i widzę. Nie jestem ślepy jak inny. – Alfred pokręcił głosem. – A takie rzeczy nietrudno zauważyć, zwłaszcza, gdy przez jakiś czas byliśmy jedynymi przytomnymi ludźmi w zamku. Powstrzymywałeś wszystkie swoje procesy fizjologiczne. Po co? Życie bywa brudne i paskudne. Na tym polega jego urok.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 22 Paź - 13:56:14


Dla Arthura stało się oczywiste, że Alfred widzi świat tylko przez pryzmat własnych doświadczeń. Musi coś dotknąć, żeby wiedzieć, jakie jest, musi zobaczyć, żeby uwierzyć. A to duża słabość, bo odczuciami można łatwo manipulować.
Znów upił wina. Nie było wcale mocne, więc może Alfred słyszał o jego niechęci do mocnego alkoholu. Arthur nienawidził, gdy cokolwiek zakłócało jego osąd i zwykle dążył do tego, by jego umysł był czysty i odbijał jego myśli mocno i wyraźnie jak lustro. Otępiająca mgiełka magii i alkoholu należała do długiej listy rzeczy, które go drażniły.
— Mój król nie lubił bezużytecznych poddanych – stwierdził, przypominając sobie te wszystkie rozmowy, podczas których miał ochotę poderżnąć swojemu królowi gardło za wszystkie te jego sztywne, wąskie poglądy. – Czasem tylko nie dostrzegał, którzy dokładnie są bezużyteczni. Wśród najniższej klasy pewnie znajdzie się paru takich, którzy próbowali wszystkiego, ale i tak nie udało im się przebić wyżej, ale to mniejszość. Każdy dostaje to, na co sobie zapracował, Alfred.
"Chyba, że to ukradnie".
Arthur spojrzał na niego krótko. Wiedział, że język rozwiązywał mu się w irytującym tempie i znał tego przyczynę. W Alfredzie było coś, co popychało do rozmowy. Od samego początku nie zaistniała między nimi cisza, nawet pomimo tego, że Arthur zwalczał swoją butę za każdym razem, gdy przyszło mu coś powiedzieć. Głupi chłopak był jednym z tych ludzi, z którymi da się otwarcie porozmawiać na każdy temat, bez agresji, bez arogancji i nagłych światopoglądowych ścian. Był, cholera, idealny do swojej roli przywódcy rebelii. Arthur nienawidził go z każdą sekundą bardziej.
— Niczego. Czyni tylko twoją zbrodnię gorszą i jednocześnie bardziej zrozumiałą. Zwykle ma się większe prawo zabić swojego ojca niż obcą osobę.
Uśmiechnął się nawet do tych ludzkich zasad, rozbawiony tym, jak obrzydliwie głupim gatunkiem byli otaczający go ludzie. Zwłaszcza Alfred, który próbował teraz używać taktyki podobieństwa, przekonać, że on też jest kimś wybitym, równym Arthurowi.
Głupie dziecko.
Arthur potraktował chłodem kolejną z sympatycznych, przyjacielskich min Alfreda. Skupiał się na tym samym posiłku, który miał od początku. Prawdę mówiąc znacznie więcej jadał w samotności, gdy nikt mu się nie przyglądał. Wiele rzeczy robił inaczej, gdy był sam na sam ze swoimi sługami, doskonale wiedząc, że ostatnią mądrą rzeczą, którą mógłby zrobić, to odsłonić swoją prawdziwą twarz przed innymi. Odłożył jednak nóż i widelec i skupił się na twarzy Alfreda, gdy ten po raz kolejny powtórzył, za jak wybitnych uważa ich obu.
— Nie ma dla ciebie miejsca w moim życiu i nigdy nie będzie. Jesteś jak nagła choroba, która padła na te ziemie i, prędzej czy później, wyniszczy wszystko. – Popatrzył na niego oczami, w których odbijało się złoto zastawy. – Nie spouchwalaj się porównując nas ze sobą.
Zesztywniał cały, ale nie było to jakąś wielką zmianą w stosunku do jego wyprostowanej postawy i zadartego podbródka. Spojrzał jednak ponad jasną salę w nieskończone, rozgwieżdżone niebo za oknami. Popijając nienajlepsze wino czekał, aż zaważy się jego los. Jeśli Alfred wie – to nie ma wyjścia, trzeba będzie spróbować go zabić kolejny, ostatni raz. Tu i teraz. Jeśli nie wie...
Jeśli nie wie, trzeba będzie go zaakceptować, oszukać, a dopiero potem zabić.
Odpowiedź Alfreda przyszła i Arthur poczuł się nagle dość dziwnie. Nie poruszał się przez chwilę, oddychając i czując, jak największe napięcie z niego odpływa. Ale jednocześnie... Ten gorzki smak przypominał zawód.
Alfred był ślepy jak wszyscy inni.
— Jestem tutaj dlatego, że dbam o to królestwo. Robię to, co jest konieczne dla jego dobra. Powiedziałem ci to już raz – dodał z naciskiem. Ale jednocześnie, już trochę bardziej szczerze, popatrzył w oczy Alfreda z pogardą człowieka, który wie znacznie więcej i nigdy nie zamierza się otworzyć.
— Więc lepiej powiedz mi w końcu prawdę. Co zamierzasz zrobić?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 22 Paź - 15:56:49

- Szczerze sądzę, że jednak trochę inny start ma osoba w bogatym, pysznym domu, a inny chłopiec w lepiance. – Alfred parsknął śmiechem. – Znałem służącego, który w myślach potrafił dokonywać niesamowitych obliczeń i takiego, który magią zadziwił nawet mnie. Była też dziewczyna, która malowała pięknie, niestety odcięli jej dłoń za kradzież… Szkoda. – Pokręcił głową.
Jego głos nie brzmiał na wyrażający żal, ale Alfred naprawdę uważał, że bogaci marnotrawią tak wiele… Nie był nastawiony do nich negatywnie. Po prostu widział więcej. Widział, że prości ludzie potrafią dać siłę i z tego skorzystał. Czy ktoś mu teraz powie, że się mylił albo wyszedł na tym źle?
- No to obawiam się, że tak to nie działa. Niezbyt obchodził mnie jako ojciec. – Alfred zmarszczył brwi. – Ale pewnie fajnie podsyci spekulacje, więc może to i dobrze. – Uśmiechnął się szeroko.
Odłożył szklankę chłodnej wody i póki co przerwał jedzenie, splatając przed sobą dłonie. Spojrzał na Arthura intensywnie, z zastanowienie. Nieskrywany uśmiech nadal malował się na jego twarzy, choć spojrzenie Arthura na moment stało się mniej obecne. Jego myśli uciekły na moment do kwestii wykorzystania podobnego pokrewieństwa i sytuacji, a także spraw, które zamierzał przedstawić Arthurowi za chwilę, pod koniec tej miłej pogawędki. Uśmiechnął się przez to jeszcze szerzej.
- Lubię, jak uparcie mnie obrażasz od chwili, kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy – przyznał Alfred bez oporów. – Jest w tym coś zabawnego, zwłaszcza, że z nas dwóch, to ty ciągle próbujesz mnie zabić – zauważył lekko. – A jednak uważasz, że to ja jestem winny… Wszystkiego. Aż tak o mnie myślisz. – Alfred cmoknął wymownie, ale nie umiał nawet udać powagi. Przekrzywił głowę. – Jakbyś myślał, że słowami zrobisz mi krzywdę… Czy czujesz się po nich lepiej? – Spytał ciekawsko
W rzeczywistości podobne stwierdzenie ubodło odrobinę dumę Alfreda. Owszem, rozumiał, że póki co Arthur jest wściekły zepsutymi planami i utratą pozycji, ale Alfred liczył na to, że z czasem doceni to, że są równi. Mogliby być nawet rywalami! Ale najwyraźniej Arthur wciąż był na to za dumny. Alfred westchnął.
- Jesteś na mnie wściekły, bo zepsułem ci plany. Rozumiem to… - urwał.
Choć jego planów nikt nigdy jeszcze nie zniszczył.
Nie zauważył zmiany w Arthurze, gdyby było inaczej, może by się czegoś domyślił. Może nawet zawstydziłby się faktem, że popełnił błąd.
- I skłamałeś. I kłamiesz nadal. Ale zostawmy to… Zrozumiałem już, że z jakichś przyczyn nie powiesz mi prawdy. – Wzruszył ramionami. Dostrzegł spojrzenie Arthura.
Zastanowiło go.
- Kiedy? Dzisiaj? Ogólnie? Sprecyzuj. – Rozłożył ręce. – Z nas dwóch każesz mim odpowiadać na pytania, a sam nie jesteś ze mną szczery.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 22 Paź - 19:50:23


— To bez znaczenia. Obu zdefiniuje to, co zrobią ze swoim talentem – odparł już nieco lekceważąco. Nienawidził gadaniny o równych szansach. Gdyby narodził się w biednej rodzinie, nie pozwoliłby, by coś go powstrzymało. Owszem, miałby do przejścia znacznie dłuższą i trudniejszą drogę, ale to tylko przeszkody do pokonania, a nie wyrok śmierci. Ludzie zasługiwali na to, co im się przytrafiało, jeśli tylko pozwalali sobie na słabość. Mogli być mądrzejsi, silniejsi, bardziej zdeterminowani, mogli przygotować się lepiej przed, albo skuteczniej radzić sobie po. Urodzenie się z niskim statusem nie oznaczało przegranej; to załamanie nad tym rąk było porażką każdego prymitywnego śmierdzącego świniopasa.
— Możemy przerzucać się przykładami, które niczego nie dowiodą. Generał Thierry, jak pewnie wiesz, uratował życie tysiącom naszych ludzi w bitwie pod Ihon. Możesz nie za wiedzieć, że jego ojciec nigdy nie osiągnął wyższego statusu niż urzędnik pocztowy. W Alcyone przebywają kobiety, które zaczynały jako pomocnice zielarza i córki drwali, a skończą w naszych klinikach, szkołach i obserwatoriach, a w Astrze znajdziesz wielu ludzi, którzy skuteczne rządzenie królestwem odreagowują tworzeniem sztuki. Ja – zawiesił na chwilę głos z zastanowieniem. – Myślisz, że byłbym dzisiaj pomocnikiem bibliotekarza albo jakimś służącym, gdybym nie miał na nazwisko Kirkland?
Znowu na chwilę zamilkł. Poświęcił chwilę na pogardliwe myśli, zarówno o ludziach, którzy urodzili się z talentem, a później pozwolili go sobie zmarnować, a także o tych, którym los podsunął wszystko, a oni nie osiągnęli absolutnie niczego, może poza tuczą i zgniłym charakterem.
— Twoja malarka nie powinna była kraść. Mogła stanąć ze swoimi obrazami na placu w Ancretii i sprzedać je za chleb. Wciąż może nauczyć malować się drugą dłonią i zarobić na zaklęcie, które odtworzy jej pierwszą.
Jego oczy przez chwilę jeszcze błyszczały autentyczną irytacją skierowaną we wszystkich ludzi, którzy oczekiwali na to, że życie da im cokolwiek. W takich momentach Arthurowi trudno było powiedzieć, czy bardziej nienawidzi tych biednych, czy tych bogatych, mógł jednak z całą pewnością stwierdzić, że zawsze szanował mocniej tych ludzi, którzy zarobili na swoją pozycję. Był to dla niego temat tak palący, że na moment zapomniał nawet o tym, z kim rozmawia i jak bardzo go nienawidzi. Bawił się uwięzionym w kielichu winem, sprawiając, że zataczał półkola. W końcu wyrwał się jednak ze szponów własnych rozmyślań i spojrzał na Alfreda żywo i świadomie. Było bardziej niż oczywiste, że teraz ocenia go w swoich myślach.
— Mówiąc o niesprawiedliwości, pomyśl, że ktoś może stracić rękę za niewielkie złodziejstwo, a ktoś inny wkupić się we władzę po kradzieży całego królestwa. – Po raz pierwszy nie brzmiał jakby próbował kogoś zatłuc własnymi słowami, ale bardziej jakby kpił. Z Alfreda, z systemu, z całego świata, ze wszystkiego naraz. I chociaż się ożywił, to nie wyglądał, jakby poddawał się czemukolwiek związanemu z Alfredem. Jego mowa ciała sugerowała raczej, że nareszcie przygotowano dla niego warunki, które mógł zaakceptować. Arthur miał niezaprzeczalną zdolność do budzenia wrażenia, że to jemu cały świat powinien padać do stóp, do niego się dostosowywać i służyć. Jednym z sekretów była jego potęga, ale innym – po prostu to, że zdawał się nie słuchać ludzi do końca. Gdy patrzył na nich bezpośrednio, to zwykle z niecierpliwością albo naganą, a gdy nie patrzył wcale, wydawał się czekać, aż jego towarzystwo przejdzie w końcu do jakiś konkretów. Sprawiał, że ludzie czuli potrzebę, żeby coś mówić i robić, byle tylko nie okazać się marnotrawstwem przestrzeni, z której przypadkiem korzystał też Arthur Kirkland.
Na Alfreda to, oczywiście, nie działało. Na Arthura nie działało zaś to, że na Alfreda nic nie działa, więc dalej emanował swoją królewską, potężną aurą i wydawał się nie do końca poświęcać uwagę słowom swojego wroga. Jego magia ponownie napełniła winem kielich, a talerz po dziczyźnie zastąpiła niskim półmiskiem tak skonstruowanym, że udawało ruchomą taflę jeziora. Wypełniały je po brzegi skorupiaste owoce gorącego, południowego morza. Gdy Arthur dotknął naczynie opuszkiem palca, tafla wody zadrgała i przeszyła półmisek srebrzystą falą.
— Szczerze mówiąc, wolałbym zostać zabity w walce niż musieć akceptować twój żywot, ale to z mojej strony tchórzostwo i wybranie łatwiejszej drogi.
Popatrzył na Alfreda pogardliwie, kompletnie nie reagując na jego głupie i zmienne miny.
— Jeśli moje słowa niczego nie zmieniają, to lepiej, żeby zostały wypowiedziane, niż gniły w środku. Może jednak lubisz fałsz i chcesz, żebym zaczął udawać, że obchodzi mnie twoja opinia w jakiejkolwiek kwestii – zasugerował szyderczo. I zimno. Wyczuwalny w Arthurze chłód zawsze był objawem tego, że coś zirytowało go na poważnie, mimo tego, że jego reakcja sprawiała wrażenie lekkiej albo szyderczej. To było prawie jak wpis na liście "do zabicia".
I tak, był wściekły, że Alfred popsuł mu plany. Nie powiedział tego na głos, ale jego spokojne, nieruchome spojrzenie tego nie ukrywało, a pogardliwy, ledwo zarysowany na bladych ustach uśmiech zaznaczało jego wyższość. Czekał, by Alfred wreszcie doszedł do tego, do czego zamierzał, zapraszając go na kolację. Albo, żeby przynajmniej wyciągnął jakieś wnioski i wydusił z siebie to, co przerwał dramatyczną pauzą.
— Słyszysz z moich ust więcej prawdy, niż muszę wypowiadać.
W tym momencie Alfred nie jawił mu się już tylko jako potężny, groźny i niesamowicie denerwujący obcy przeciwnik. Zaczynał przybierać formę człowieka: takiego z historią i bliskimi ludźmi, z charakterem, a więc ze słabościami i bijącym sercem, które wystarczy zatrzymać, by skończyć z całą resztą.
Poza tym nie skłamał. Alfred, za pomocą swoich osądów i tego, co Arthur mu pokazywał, wiedział już i tak o wiele za dużo. Nie rozumiał jednak, że każde zdanie, które wypowiada na swój temat jest wielkim błędem. Bo Arthur wykorzystywał wszystko. Im mniej o kimś wiedział, tym bezpieczniej było dla tej osoby.
— Z nas dwóch to nie ja zastąpiłem Króla Pik przez morderstwo. Chcesz mojej pomocy, więc musisz mi odpowiedzieć... W czym? Do czego dążysz?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 22 Paź - 22:42:49

- Nie każdy może wywalczyć swoje. Pewne szczegóły mają jednak znaczenie dla nawet ponad przeciętnych ludzi. Jeśli jesteś biedny i tak nie przyjmą cię do szkoły magii, czy nie tak? A nie każdy może pozwolić sobie na, nawet nielegalne, usługi wędrownych nauczycieli. – Alfred przymrużył oczy i uśmiechnął się jak wyleniały, zadowolony kot.
Przynajmniej nie przeciągnął się do tego wymownie, ale i tak całą postawą – przygarbionymi plecami, głową opartą na dłoniach, łokciami na stole, wyrażał jak swobodnie czuł się w tej rozmowie i jak bardzo nie tracił gruntu pod stopami.
Najzabawniejsze w tym wszystkim było to, że w dużej mierze zgadzał się z Arthurem. Do pewnego stopnia. Wiedział, że są wybitne jednostki, które dojdą do wszystkiego, co sobie zaplanują. Arthur był jedną z nich i to właśnie sprawiło, że Alfred zaczął tak uważnie mu się przyglądać. Alfred też nie zamierzał się zatrzymywać i patrzeć za siebie.
Byli wyjątkowi, ale – właśnie – byli wyjątkowi. O ile Arthur mierzył innych swoją miarą, o tyle Alfred pobłażliwie (i paradoksalnie) patrzył na nich z góry. Z wyższego piętra. Był przy tym wyrozumiały, ale też nie wiązał się z nikim na dłużej. Potrzebował ludzi, którzy sprastali jego oczekiwaniom w tej kwestii. Jak Gilbert, który po prostu był zbyt wielkim egocentrykiem, by mieć większe plany, ale gdyby je miał…
Cóż, na pewno doszedłby do ich spełnienia po morzu trupów.
- Och, nie. – Oczy Alfreda błysnęły. – Wiem, że ty zawsze doszedłbyś znacznie dalej od innych. Masz to w oczach. Ale jesteśmy wyjątkami. – Wzruszył ramionami. – Nie każdy ma tak wielką determinację, że nigdy nie pozwala sobie na chwilę wytchnienia. Ale z drugiej strony Arthur, mamy wielu bogaczy, którzy nie zasługują na swoje stanowisko, nie robią nic w porównaniu do takiej praczki. A jednak mają swoją pozycję, bo się urodzili. Temu nie zaprzeczysz – zauważył łagodnie, kręcąc głową. – Nie nawołuję do powszechnej sprawiedliwości! – Roześmiał się. – Ale czas zatrząść tym porządkiem i zmotywować ich, by chociaż trochę zdali sobie sprawę z tego, że nic nie jest wieczne, że czas coś zrobić. – Alfred wyprostował się i rozłożył ręce.
Alfred parsknął.
- Subtelne, ale chciałeś zrobić to samo, więc nie trafione – zauważył niedbale. – Cel uświęca środki, prawda? Oczywiście nie wierzę w tę bzdurę, ale Astra uwielbia to powiedzenie. Po prostu zagrałem zgodnie z jej zasadami. – Wzruszył ramionami. – Mogłem sobie na to pozwolić.
Alfred dolał sobie wina i sięgnął dłonią po soczystą, czerwoną pomarańczę, którą rozkrojono na części tak, by można było wyssać jej sok bez kłopotania się skórką.
- Nie, nie chciałbyś umrzeć. Wręcz nie mógłbyś. – Alfred pokręcił głową. – Twój cel sprawia, że i tak będziemy musieli dojść do porozumienia. Opcjonalnie będziesz musiał się pospieszyć z zamordowaniem mnie… Jak się domyślasz wolę tę pierwszą opcję. – Alfred wyszczerzył się z rozbawieniem, które nieskrywanie rozjaśniało jego oczy od początku tej rozmowy.
Alfred udał, że się zastanawiała. Podrapał się nawet po nosie.
- Od początku mówiłem ci, że nie. Ale chcę pełną szczerość, a nie tylko ochłapy. Bądźmy poważni. – Skarcił Arthura mało przejętym tonem. – Doceniam to, ale wiesz jak to jest. Daj palec, a utnę ci rękę w łokciu. Niestety mam do tego tendencję, co pewnie zauważyłeś.
Znowu się roześmiał. Jego perlisty śmiech zatańczył odbity echem nachylonych, kamiennych ścian.
- Ale zrobiłbyś to. Jeden – jeden? Nie, Arthur. Nie odsłonię przez tobą moich kart. – Alfred złożył usta w dzióbek, przybierając przekolorowany, zawiedziony ton. – Zrobię za to coś innego. Ciągle udajesz, że nie wiem, jaki naprawdę jestem… - Westchnął. – Więc może postawimy sprawę jasno? – zaproponował.
I klasnął. Nagle za jego plecami wyrosły drzwi. W przeciwieństwie do głównych były jednak małe, niskie i wąskie, nie sięgając nawet dwóch metrów. Otworzyły się ze skrzypnięciem, ukazując niewielkie pomieszczenie, ukryte najwyraźniej w grubych murach zamku, w którym znajdowała się postać, póki co niewidoczna, skryta w półmroku. Sylwetka poruszyła się jednak i w blado-złocistym świetle zdradziła kobiece krągłości. Młoda szatynka, choć jej twarzy naznaczyły pierwsze bruzdy zmęczenia i zmartwień, wkroczyła powoli, z nieskrywanym lękiem do sali, nie ważąc się wydusić z gardła nawet słowa. Jej spojrzenie tylko przelotnie omiotło Arthura, zamiast złości, okazało lęk. Dziewczyna spuściła wielkie, sarnie oczy, podziwiając czubki swoich butów. Drżała, ubrana w piękną suknię. Palce jednak, a konkretnie skórki i paznokcie, miała zgryzione do krwi. Nawet teraz walczyła z pokusą, by je przygryźć, trzymając mocno dłoń za dłoń, choć jej ręce drżały.
- Poznajesz ją, Arthur? Powinieneś. Choć nie masz obowiązku… - Alfred zerknął bez większego zainteresowania na dziewczynę.
Liczyła się dla niego teraz reakcja Arthura, to ona była najważniejsza i po nią to przyszedł.
- Jestem pewien, że jeśli jednak ją pamiętasz, powiesz mi teraz, co powinienem z nią zrobić…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 23 Paź - 11:36:50



Tutaj Arthur parsknął.
— Ode mnie zależą przyjęcia do akademii – przypomniał Alfredowi takim tonem jakby stawiał kamień na jego grobie. – Każdego roku kilka osób przychodzi prosić mnie o stypendium. Dwóch lub trzech staje przed obliczem króla i udowodnia mu, że zasługują na królewskie stypendium. Niektórych polecam mistrzom, jeśli są tego warci, a nie mogę osobiście opłacić ich nauki. Naprawdę przyszedłeś robić z siebie obrońcę uciśnionych?
To ostatnie Arthur robił relatywnie rzadko. Nie zależało mu czynieniu drobnych przysług; ludzie szybko zapominali, dzięki komu dostawali pracę u mistrzów i możliwość szkolenia na maga. Jego zasługi w ich oczach istniały, ale szybko zostawały tłumione miesiącami służby u kogoś innego. On zaś potrzebował jak największej ilości magów świadomych tego, że wszystko zawdzięczają tylko i wyłącznie jego dobroci. Widywał się z podopiecznymi parę razy do roku, był świadomy ich postępów i zawsze okazywał im taki rodzaj charakteru, by wzbudzić w nich przywiązanie. Z drugiej strony zdarzali się adepci, których finansował inny bogaty dom. Takie przypadki Arthur również obserwował, a w odpowiednich przypadkach pociągał za sznurki. Nikt nie kontrolował systemu tak dokładnie jak on, a potęgę tego rodzaju dało bardzo łatwo się ukryć. Arthur był jedną z najpotężniejszych osób w kraju, zanim jeszcze ktokolwiek o tym wiedział. Choć Alfred wydawał się bardziej niż świadomy tego wszystkiego. Arthur rozumiał, że tak naprawdę wcale nie dyskutują o czymś tak beznadziejnie nieistotnym jak sprawy najgorszego rodzaju biedoty. Alfred nie mógł być aż tak głupi, kłamał z łatwością, a jego postawa króla plebsu była przykrywką dla jego prawdziwych planów.
Mógł go za to szanować odrobinę bardziej. Na głębokości dwóch oceanów w głąb swojej duszy. Przynajmniej pokonał go w wyścigu ktoś, kto również oszukiwał ludzi, a nie jakiś głupi, prostolinijny, prostacki gówniarz.
Trzask łamanego kręgosłupa morskiego żyjątka. Arthur rozłupał palcami skorupę i dostał się do bladego mięsa.
— Zabrać fortunę ludziom, do których należy zgodnie z prawem i oddać ją praczce. Plan bez skazy. Myślisz, że, gdy rozdzielisz cudzy majątek pomiędzy zamiatacza i dziwkę, to w rok podwoją majątek i każą mu pracować na rzecz królestwa?
Nic złego nie działo się w królestwie Pik. A przynajmniej nic nie potrzebowało Alfreda, by to naprawił. Arthur upewnił się w przekonaniu, że plany i poglądy jego wroga nie mogą być aż tak kretyńskie. Był po prostu tak arogancki, że nawet nie starał się wymyślić dobrego kłamstwa. Arthur przełamał kolejny mały kręgosłup. Włożył sobie do ust białe mięso i wytarł palce jeszcze bielszą chustką.
Przy okazji skrzywił się leciutko, słuchając, jak wielkie Alfred ma mniemanie o sobie – i jak, przy okazji, próbuje kupić go swoimi tanimi komplementami. Nawet nie spojrzał w jego kierunku, choć usłyszał, że Alfred parska śmiechem. Skupił się raczej na oglądaniu tego, co stało na stole i udawaniu, że bardziej zastanawia się, co jeszcze mógłby zjeść, niż, którym posiłkiem wylewitować w twarz Alfreda.
"Cel uświęca środki". Astra może lubiła to powiedzenia, ale Arthura ono bawiło. Doskonale wiedział, że absolutnie nic nie uświęca środków. Ludzie, którzy potrzebowali takich tłumaczeń, byli słabi z natury.
I Alfred też o tym wiedział.
Arthur pozwolił więc swojej irytacji wypłynąć na wierzch tak, by ułożyła jego twarz w grymas słusznego gniewu.
— Żaden cel nie uświęci morderstwa swojego króla i swojego ojca. Wciąż mylisz się co do mnie. Nie jestem potworem twojego rodzaju. – Podniósł wzrok. Jego oczy błysnęły zimnym złotem pomieszczenia. Sekundową ciszę wypełnił dźwięk przelewanego przez Alfreda wina. Arthur przyglądał mu się z irytacją i z pogardą człowieka, który nigdy nie zrobił niczego tak złego jak jego rozmówca i ze świadomością, że tal naprawdę uczynił rzeczy sto razy gorsze i zrobiłby też takie tysiąckrotnie okrutniejsze, gdyby pozwoliły mu dojść do celu. Oddychał nieco ciężej. Udało mu się ukryć prawdziwy powód jego nerwów: to, że nie miał pojęcia, ile Alfred naprawdę o nim wie i od jak dawna śledził jego posunięcia. Nie wiedział nic o swoim przeciwniku, podczas, gdy ten najwyraźniej dobrze przygotowywał się do tej momentu. Być może przez cały ten czas tylko się bawił.
Arthur nienawidził tej myśli.
— Mój cel? A czym jest mój cel?
Wyprostował się i odsunął odrobinę od stołu. Wyglądał na bardziej spiętego, ale nie na tyle, by wstać i z oburzeniem odejść od stołu. Tego nigdy nie robił. Arthur Kirkland nie uciekał przed niczym.
— Więc może nie powinienem był oferować mojej współpracy. Tylko głupiec pracowałby nad naprawieniem sytuacji nie wiedząc, w jakim celu to robi. – Wyglądało jakby miał coś dodać, ale urwał. Po części dlatego, że Alfred mu przerwał, a po części przez to, co stało się następnie. Już słysząc tę okropną teatralną nutę w jego głosie, coś w Arthurze zaczęło narastać w szalonym tempie. W momencie zrobiło mu się gorąco z wściekłości. A następnie coraz zimniej. Zesztywniał leciutko, skrzywił się i popatrzył na Alfreda bez wyrazu. Nagle stał się oceanem spokoju, tyle, że nie był wypełniony wodą, a ciekłą, morderczą, syczącą trucizną.
Jak on śmiał traktować go jak głupca; jak śmiał myśleć, że może się z nim bawić...
— Proszę bardzo. Pokaż mi jak zjednywać sobie przyjaciół, chłopcze.
Popatrzył na drzwi, które wyrysowały się na płaszczyźnie rzeczywistości. Już w tym momencie wiedział, że, ktokolwiek za nimi stoi, nie powinien nigdy się tam znaleźć. Później rozpoznał zarysy kobiety, może młodej dziewczyny. Nie poznał jej w pierwszym momencie, ale w jego sercu i tak coś na moment stanęło. Zupełnie tak jakby zobaczył swoją własność w obcych rękach. Alfred ukradł już jego potęgę, magię i koronę, ukradł mu wiele czasu i niezależności. Lata pracy. A teraz jeszcze trzymał w swoich dłoniach jedną z jego rzeczy.
Którą, Arthur przypomniał sobie dopiero wtedy, gdy stanęła w świetle jadalni. Jej miodowe włosy były znacznie ciemniejsze, niż kiedyś, wydawały się też lżejsze, jakby straciły większość ze swojej dawnej siły. Nie tańczyły w nich promienie światła, ponieważ kiedyś Arthur zebrał z nich je wszystkie. Była najmłodszą córką jednego z pomniejszych urzędników mieszkających przy samej granicy z królestwem Karo. Spotkał ją na jednym przyjęciu i zapraszał później do posiadłości, w której przebywał. Jej matka pochodziła z królestwa Karo, a ona sama nigdy w życiu nie spotkała jeszcze kogoś tak istotnego jak Arthur. Była nieśmiała i przez to urocza, ale szybko stała się nudna.
I teraz stała tutaj, przestraszona, stłumiona i zniszczona – a jednak wydawało się, że przepełnia ją cicha nadzieja, że niedługo znajdzie się znowu przy kimś bliskim, przy jakiejś małej części swojego życia, z której mogłaby uczynić dom. Arthur wiedział, że boi się sprawdzić, jakie uczucia wywołała na jego twarzy.
Ona sama nie wywołała niczego poza odległą nutką pogardy. Jak słaba była i jak żałosna, a poza tym – złamała nakaz, który jej dał. Miała zostać w miejscu, w którym ją zostawił na zawsze. Poza zasięgiem wzroku i myśli innych ludzi, tam, gdzie nie sprawiałaby mu kłopotu ani nie wzbudzała zainteresowania. Pozwoliła jednak zabrać się komuś innemu i – od razu to wyczuł – uwolnić się ze wszystkich zaklęć, które na niej zostawił.
Zaskoczenie na jego twarzy stężało w coś innego, nieokreślonego. Arthura wypełniła wściekłość całkiem innego rodzaju niż do tej pory, być może dlatego, że Alfred zrujnował jego plany, zabił króla, ale, do diabła, do tej pory nie wkroczył w tę prywatną część jego życia. A teraz uczynił jedną głupią, tępą dziewczynę nieposłuszną jego woli. Dlaczego? Jak wiele wiedział?
Pytania zakłębiły się w jego głowie, ale w tym momencie miały mniejsze znaczenie niż ona. A ona miała mniejsze znaczenie niż inni ludzie... Ale nie. Alfred przyprowadził tylko ją, a to oznaczało, że nie miał dostępu do tych, którzy faktycznie się liczyli. Chciał z nim zaigrać, nic więcej.
W końcu Arthur przemówił ostrym tonem:
— Ona nie jest niczyją sprawą. Nie wiem, czemu ją tutaj przywlokłeś, ale nie miałeś prawa.
Nie chciał jej tutaj. Była czystym problemem, nie potrzebował jej, ale jeszcze gorzej było widzieć ją w cudzych rękach.
— Oddasz mi ją. I przeprosisz za to, że mieszasz się w moje sprawy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 23 Paź - 19:52:32

Alfred uśmiechnął się łagodnie i cierpliwie. Oparł się, na tyle, na ile pozwalało mu sztywne, drewniane oparcie, zsuwając się na krawędź siedzenia. Splótł przed sobą palce i ułożył dłonie wygodnie na skraju stołu. Czekał, podziwiając twarz Arthura. Jego oblicze, które na moment zastygło, jakby kamienna maska stwardniała i lada moment miała rozpaść się na kawałki. Alfred tylko na to czekał. Odetchnął cicho w ciszy, która zapadła w pomieszczeniu, ciężkiej, ale nie dusznej. Raczej lodowato chłodnej. Dla Alfreda rześkiej i ożywiającej.
Dziewczyna go nie interesowała. Nie robiła na nim wrażenia. Nie poczuł do niej pociągu nawet wtedy, gdy zdjął już z niej zaklęcia Arthura – dla czystej przekory. Nawet gdy magicznie na ułamek sekundy odtworzył jej dawny blask, niczego to nie zmieniło. I wtedy, gdy widział ją z Arthurem, gdy jeszcze była piękna i świetlista, także nie potrafiła ująć jego uwagi. Była nudna. Wyprana z woli i chęci. Nawet teraz stanowiła żałosny widok.
Alfred odetchnął, tym razem wewnętrznie. Wiedział, że jest subiektywny z powodu Arthura. Nie był głupi, ani zaślepiony. Po prostu znał swój cel. Mimo to zawsze wolał ludzi ambitnych, walczących o swoje. A ona była wiotką mimozą, która stała tu tylko jako pionek ich gry. Alfred z zadowoleniem zauważył, że Arthura nie interesowała również.
Chodziło tylko o proste posiadanie. Jak…
Cóż.
On zamierzał być kimś znacznie więcej.
Póki co jednak zaskoczenie. Tak, zaskoczenie! Nareszcie coś innego. Delikatnie uniesione brwi, rozszerzone oczy. Alfred chłonął ten wyraz wszystkimi zmysłami, odmalowywał go w pamięci tak, by zachować go na zawsze. Tego chciał, tego oczekiwał, tego pragnął.
Kto by przejmował się biedną, uschniętą mimozą.
- Nie miałem prawa? – spytał uprzejmie Alfred, udając zaskoczonego. – Czemu? Ty miałeś prawo kradnąc jej blask? – Zerknął ukradkowo na dziewczynę, choć w rzeczywistości ledwie musnął spojrzenie jej bark. – Rujnując jej życie? Patrz na ten biedny, uschnięty kwiat, Arthurze. – Alfred uśmiechnął się przekornie. – Dowód na to, jak kłamliwy jesteś. Może to przekona cię, że przede mną nie musisz niczego taić…
Alfred rozpostarł ręce.
- Możesz być kim naprawdę jesteś!
Roześmiał się. Dziewczyna ledwie stała na miękkich z przerażenia nogach. Alfred nie współczuł jej jako osobie, ale potrafił ją zrozumieć. Tyle, że nie chciał. Za blisko podeszła niegdyś do Arthura.
- Znowu wymagasz. Od samego początku ode mnie wymagasz, a moje wymogi zbywasz. – Alfred pokręcił głową. – To tak nie działa, jesteśmy na tej samej stopie, Arthur. I rozmawiajmy adekwatnie, dobrze? – Spytał z szerokim uśmiechem.
Mimo to ukrył w sobie inne oznaki podniecenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 23 Paź - 21:04:00

Arthur wstał, jego krzesło odsunęło się same, a twarz wykrzywiła się w zdecydowany wyraz. W oczach zajarzyło się coś nowego i groźnego, zupełnie jakby morderstwo króla, zniszczenie Astry wraz z jego rodzinnym domem, nie było niczym osobistym w porównaniu do zabrania mu dziewczyny.
Powiew chłodu przeszedł przez pomieszczenie, zdmuchując ogień ze wszystkich świec i sprawiając, że każdy solidny przedmiot w jadalni zadygotał. Półmiski, krzesła, stół, podłoga i ściany, wszystko z wyjątkiem jedzenia i ludzi, drgnęło jak podrażniona tafla wody. Zrobiło się ciemniej, a dziewczyna zadygotała. Jedyna magia, jaką znała aż do dnia, gdy Arthur się znudził, była miękka i łagodna, złocista jak promyk igraszka. Później nauczyła bać się magów i wszystkiego, co było od niej potężniejsze. Choć Arthur nie potrafiłby nie pogardzać czymś takim, to pod pokładami przejmującego chłodu odczuwał przynajmniej nikłe zadowolenie. Nolani wiedziała, gdzie jej miejsce.
Tymczasem Alfred, który z twarzy nie był nawet starszy od dziewczyny, uśmiechał się bezczelnie. Przepełniała go pewność siebie, buta, złośliwa zarozumiałość. Ale to jakby przestało się liczyć. Arthur nie zamierzał wysłuchiwać ani jednego słowa więcej. Znaczenie miało tylko to, żeby go teraz powstrzymać. Bez żadnych pośredników, bez wstrzymywania nerwów i kontroli nad sobą. Pokazać mu jego miejsce. Sprawić, że zamilknie i przestanie dotykać jego rzeczy.
Zbliżył się do dziewczyny i chwycił ją stanowczo za jasne ramię. Wzdrygnęła się; nigdy dotąd nie dotknął jej tak sztywno i brutalnie, a teraz jego blada dłoń odcinała się na jej skórze w nieprzyjemny sposób. Arthur wyczuł jak jej mięśnie sztywnieją i poczuł tylko nikły gram ulgi, że teraz ma ją przy sobie. Nikt inny jej nie kontroluje, więc będzie mógł policzyć się z nią sam na sam.
Lekkim szarpnięciem zmusił ją, żeby stanęła po części za nim. Nie spojrzał w jej twarz. Odszukał za to spojrzeniem Alfreda. Magia wypełniała go tak, że w jego otoczeniu wciąż było ciemniej, zimniej i mniej stabilnie; naginał wokół siebie rzeczywistość, co nigdy nie stałoby się przy starym królu.
— Ten świat jest wciąż mierny i słaby – wycedził. – Tej magii, tak samo jak tobie, brakuje dyscypliny. Twoja władza nigdy nie stanie się prawdziwa, dopóki nie będziesz potrafił stworzyć prawdziwej Astry.
Krótko po tym, nie dając Alfredowi czasu na odpowiedź, dodał już całkiem innym tonem.
— Nie zbliżaj się więcej do mojego życia. To jest granica po której nie dam ci kolejnej szansy.
Popatrzył na niego ostatni raz, z pogardą, która sugerowała, że nigdy nie uzna Alfreda za kogoś równego sobie. Wprawdzie w tym momencie nie atakował go tylko i wyłącznie dlatego, że była tutaj ta głupia, bezwartościowa dziewczyna.
Bo to, że nie wygrał za pierwszym razem nie oznaczało, że nie wygrałby teraz.
Odwrócił się od Alfreda, nie puszczając dziewczyny ani przez chwilę.
— Idziemy – wycedził.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 24 Paź - 8:15:27

Alfred przyglądał się Arthurowi. Oddychał burzową atmosferą miejsca, w które zmieniła się jadalnia. Bardziej czuł niż widział, jak magiczna struktura jego otoczenia drży pod naporem wściekłości Arthura, ale prawda była taka, że swój wzrok Alfred skupiał przede wszystkim na twarzy swojego rozmówcy. Nie obchodziła go dziewczyna i jej strach. Liczyła się ta lodowata furia, ta wściekłość, która przebijała wszystkim to, co Arthur widział już na tej twarzy. Było to coś nowego, coś podniecającego i odbierającego oddech. Strasznego? Niewątpliwie, ale Alfred nie umiał się bać czegoś na co tak bardzo czekał.
Na fakt, że rzeczywistość poddaje się Arthurowi, zwrócił uwagę dopiero wtedy, gdy ten mu to wytknął. Alfred zamrugał i to była chyba najlepsza oznaka tego, że coś faktycznie go uderzyło. Skamieniał, zesztywniał, na moment napiął wszystkie mięśnie. Poczuł irytację z tak trywialnego powodu. Choć nie, to wcale nie był trywialny powód. O ile wcześniej uważał słowa Arthura, gdy ten próbował go obrazić, za doskonały żart, teraz faktycznie coś nim drgnęło, na świadomość, że nadal nie umie sobie z tym poradzić.
A był Alfredem Jonesem. Coś takiego nie miało się prawa stać.
Odetchnął głębiej i znowu zsunął się na skraj fotela. Wytrzymał spojrzenie Arthura, tłumiąc w sobie te negatywne emocje. Jeszcze tylko chwile, musi pociągnąć tę farsę ze swojej strony. Spojrzał przydługo na ciągnącego za sobą dziewczynę Arthura. Nie zamierzał ingerować, znał granicę i potrafił rozróżnić, że tym razem wściekłość Arthura była czymś niemalże zwierzęcym.
(Irytacja i podniecenie łaskotały go po żołądku.)
- Arthur – powiedział spokojnie, cierpliwie. Nie bał się. Musiał okazać Arthurowi, że mu pozwala, że to umowa, obopólna zgoda. – Potrzebujemy siebie, to wszystko, co chcę żebyś wiedział.
Po tych słowach Alfred nie dodał nic więcej. Po prostu poczekał, aż za Arthurem zamkną się drzwi.

Choć Alfred postanowił sobie za cel przewyższyć Arthura przynajmniej w tej materii do czasu ich kolejnego spotkania, nie szło mu to za dobrze. Okazało się, że władza nad królewską magią nie jest prostym zadaniem. Magia pikowa była kapryśna i frywolna. Wyzwolona z okopów poprzedniego, długoletniego władcy, teraz szalała i nie pozwalała zapędzić się w kozi róg. Alfred odkrył, że raz puszczając jej wodzy, praktycznie pozwolił, by wypadły mu one z rąk, a teraz nijak nie potrafił ich złapać. Próbował jednak coś z tym zrobić, choć na niewiele – póki co – się to zdawało.
Nie zamierzał też, oczywiście, przyznawać się do tego Arthurowi. Doskonale wiedział, że niektóre rzeczy należy zachować dla siebie.
(Poza tym Arthur nie mógł go widzieć jako gorszego, och nie, byli sobie równymi i to była podstawa, by ostatecznie mogli zmieniać świat razem. Albo przynajmniej żeby Alfred zmieniał, a Arthur próbował go zabić. Też dobry układ.)
W końcu jednak znalazł znacznie wygodniejszy pretekst, by na powrót odwiedzić Arthura. Po ich ostatniej sprzeczce, dał niedoszłej królowej chwilę wytchnienia, choć niecierpliwość narastała w nim w miarę upływających dni. Ciężko było mu skupić na czymś myśli, chodził podniecony, ale musiał pamiętać o królestwie. Dlatego mimo iż jego stan był ciężki, jeśli chodzi o skupianie się czy zebranie myśli, udało mu się zdobyć (wreszcie!) wymagany cenzus podpisów.
Alfred, idąc z listą do komnat Arthura, promieniował szczęściem jak skończony idiota.
(Czyli tylko nieco bardziej niż zwykle.)
Żeby kontynuować całe przedstawienie, w którym grał główną rolę, doskonale kontrolując swoją moc (oczywiście), zapukał tylko raz, a potem wsunął dłoń w warstwy rzeczywistości, przekraczając granicę pomiędzy oboma światami i otwierając drzwi do pomieszczeń Arthura. Niech ten widzi, że Alfred umie jednak nad tym władać.
Jakoś.
Przy okazji Alfred szczerzył się jak zawsze bardzo bezczelnie.
- Przyniosłem podpisy! – Oznajmił głośno od progu, wkraczając do środka.
Oczywiście, że nie czekał na zaproszenie.
Rozejrzał się dookoła, próbując dostrzec, czy coś zmieniło się od ostatniego razu, czy jednak Arthur stawiał na stabilność i nie nudził się tak często jak Alfred, który w najgorszym razie zmieniałby swoją sypialnię pięć razy dziennie. Przy okazji odniósł wrażenie, że czegoś mu brakuje, ale nie umiał stwierdzić, o co może chodzić. Miał to na końcu świadomości. Zmarszczył leciutko brwi.
- Mam nadzieję, że nie zastałem cię w kąpieli, ale nie za bardzo chciało mi się czekać.
Bardzo chętnie zastałby Arthura w kąpieli.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 24 Paź - 22:08:07


Drzwi otworzyły się przed Alfredem, a na granicy jego spojrzenia zajarzyły się światełka. Smutne, srebrzysto-sine. Mogłyby być powidokiem albo odbiciem blasku fosforyzującego jeziorka i zniknęły, zanim na dobre się pojawiły. W opustoszałej kamiennej komnacie panowały późnojesienne ciemności, ponure i niebezpieczne. Pod sufitem gnały burzowe chmury ze skradzionego kawałka nieba, a panujące w dole przeciągi zdawały się strząsać z drzew liście jakiegoś odległego lasu.
Arthur nie przebywał tu teraz, ale komnaty były niemal przedłużeniem jego własnego ciała, więc doskonale wiedział, co się w nich dzieje i kto do nich wchodzi. Usłyszał nawet oddech Alfreda, a później jego radosne oświadczenie. Wiedział, gdzie stawia swoje kroki, więc sam powoli podniósł się więc ze swojego szerokiego, zasłanego atłasami łoża, na którym odpoczywał. Przysiadł na skraju, naprzeciw iluzji nieskończonego morskiego wybrzeża, gdzie czarne fale uderzały łagodnie o skaliste wybrzeża północnego królestwa. Pozbył się jej teraz jedną myślą, by móc bardziej skupić się na głupim królu i na rzeczywistości. Więc nareszcie nadszedł ten moment, pomyślał i uśmiechnął się do samego siebie. Iluzja tchnęła w niego ostatnim powiewem bryzy i zapachu soli, rozmokłego drewna i zimnego poranka. Poprzez nią usłyszał jak Alfred stawia kolejne kroki, a drzwi za nim się zatrzaskują.
— Zostaw je na stole – powiedział w przestrzeń. W jaką, nie miało znaczenia; choć przynajmniej dwie widmowe ściany dzieliły go od sali wróżek, to tak naprawdę jego komnaty istniały w pożyczonej przestrzeni. Zabrzmiał tak, jakby stał tuż przy Alfredzie. – I chodź tędy.
Kazał wróżkom pokazać. W odpowiednich drzwiach rozległy się ciche chichoty zmieszane z dźwiękiem dzwoneczków; słabo rozbłysnęło i szybko zgasło sine światło. Arthur się nie śpieszył. Wstał, narzucił na ramiona jeden z pięknych płaszczy, które przysłał mu Alfred, a później – później zastanowił się, czemu nie zrobił tego szybciej. Czy aż tak bardzo nie chciał widzieć twarzy Alfreda, że to spowalniało jego ruchy?
Częścią świadomości śledził jego ruchy po komnatach, a drugą częścią próbował zrozumieć tę zimną, pogmatwaną przestrzeń w swojej duszy. Czuł się przecież pewny. Skomponował nowy plan względem Alfreda i całego królestwa Pik. Teraz miał tylko zacząć go wdrążać i – tak, o to chodziło, o to chodziło. To oczywiste.
Arthur nie chciał wdrażać tego planu w życie. Wiedział, że i tak to zrobi, że nie będzie mógł się powstrzymać, ale jednocześnie całym swoim sercem po prostu nie chciał uginać się pod wolą człowieka, który tyle razy kładł już ręce na jego własności. Więc, gdyby był tylko prostym nikim, to pewnie wolałby zgnić w celi, niż zaakceptować to, co Alfred wtedy powiedział.
Nie potrzebowali siebie. Wprost przeciwnie. Byli wobec siebie zbędni.
Arthur uśmiechnął się pogardliwie. Będzie wypełniał ten plan, czy tego chce, czy nie. To nie było zależne od niego. W końcu był tylko niewolnikiem samego siebie. Musiał... Musiał po prostu zamknąć oczy, a ciało samo ruszy.
Nie zamknął oczu. Kiedy się poruszył, wypełniła go jednak absolutna pewność do słuszności tych wszystkich decyzji. Spokój, taki niemal lodowaty i na swój sposób przyjemny. Choć nieprawdziwy.
— Więc przypuszczam, że chcesz teraz, żebym nauczył cię kontroli nad magią króla?
Arthur pojawił się w drzwiach po drugiej stronie przestronnej łaźni; woda w bogato zdobionym basenie wydawała się szmaragdowozielona, a sufit nad nią pokrywał w całości wczesny i przytulny złocisty zmierzch. Pora gdzieś pomiędzy latem i jesienią, gdy trawa jest bujna, a powietrze pachnie ciepłem, sianem i czymś przesyconym, ani nie słodkim, ani gorzkim. Ponad chmurami barwy i kształtu owczej wełny wystawał skrawek porażającego niebieskością nieba, które odbijało się i tonęło w wodzie.
Arthur podszedł nad skraj basenu i tam się zatrzymał, utrzymując od Alfreda majestatyczny dystans. Tym razem nie brzmiał na wściekłego. Nie brzmiał w ogóle na nic.
— Czy już wszystko opanowałeś?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 25 Paź - 13:56:12

Głos rozbrzmiał tuż przy Alfredzie, choć nigdzie naokoło nie dało się dostrzec Arthura. Alfred rozejrzał się, zmarszczył brwi, ale ni pozwolił uśmiechowi nawet na chwilę zblednąć na jego twarzy. Pomieszczenie nie zmieniło się gruntownie. Oczko wodne nadal tkwiło nieruchomą, martwą taflą, którą tak dobrze zapamiętał. Przywiązanie Pików do wody było powszechnie znane, nawet on pamiętał oczko wodne w posiadłości jego mamy. W nocy ciemna tafla odbijała jasne gwiazdy, a Alfredowi wydawało się, że nieruchoma woda po prostu pochwyciła jasne światła i nie chce ich oddać.
(Raz próbując je uratować, niemal się utopił.)
Zostawił posłusznie listę na stole i ruszył dalej, rozglądając się ciekawsko dookoła. Nie umiał skupić się tylko na jednym, więc teraz myślał o wszystkim naraz. O każdym szczególe komnat Arthura i co mogłyby świadczyć o ich użytkowniku.
Na pewno wiele.
(Już sam fakt, że Arthur używał wróżek był dość znaczący.)
Alfred nadal nie wiedział co mu nie pasuje, ale coś uparcie pukało do jego myśli od tyłu głowy.
Znalazł się nad skrajem basenu. Zerknął na turkusową wodę, na której tworzyły się delikatnie zmarszczki, a na powierzchni tańczyły refleksy słońca, rozlewającego się po sztucznym niebie w kołdrze z białego puchu chmur. Alfred uważał, że to przyjemne miejsce. Na parę minut. Potem zaczynało się dostrzegać ściany, zamykające pomieszczenie ze wszystkich stron, tłamszące i nijak mające się do prawdziwej potęgi wolności w naturze. Pokręcił lekko głową, gdy dobiegł go znowu głos Arthura. Coś w nim drgnęło, a prawda nie przecisnęła się przez jego gardło. Nie od razu. Alfred spojrzał bystro na Arthura.
- A więc jednak trafiłem na kąpiel? – spytał ze swoim idiotycznym humorem, posyłając Arthurowi uśmiech.
Podszedł do drugiej krawędzi basenu. Przykucnął i wsunął dłoń w ciepłą wodę. Chlapnął nią.
- Znasz odpowiedź na to pytanie, prawda? Przecież widzę to w twoich oczach. – Alfred wystawił Arthurowi język. – A więc nie, nie umiem jej okiełznać. Nie sądziłem, że będzie aż taka dzika… - Jego oczy błysnęły. – Ale to nie znaczy, że nie próbowałbym jej nadal wziąć za rogi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 25 Paź - 19:31:09

Alfred nie zmienił się od ich pierwszego spotkania. Choć Arthur nie mógł być pewien, ile właściwie czasu minęło – często bywał nieprzytomny, w Astrze nie istniał schemat dni i nocy, ale za to czas potrafił w niej płynąć inaczej niż w rzeczywistym świecie – to mógł bezpiecznie uznać, że zdarzyło się bardzo wiele. Alfred z chłopca znikąd, zwykłego zbrodniarza, stał się twarzą rebelii, zamordował króla i stał się nowym. Musiał codziennie mierzyć się z problemami, przeciwnościami i wrogami. Arthur podejrzewał nawet, z jakimi dokładnie. Na okazję swojego przejęcia władzy opracował już liczne plany na sytuacje, które mogły się zdarzyć. Wyobrażał sobie i kalkulował, aż w końcu uczynił ze swojej intrygi formę sztuki. W królestwie Pik nie było lepiej przygotowanego na królobójstwo zdrajcy niż on.
Był za to jeden szybszy.
— W pewnym sensie – odparł Arthur, poruszając się leciutko. Oświetlenie sprawiało, że jego twarz wydawała się bladozielona; trochę jak u topielca, a jego głos odbijał się mocno i wyraźnie od ścian pomieszczenia. Być może Alfred zabrał mu koronę, ale w swoich komnatach to Arthur był królem. I tak się zachowywał, nie zostawiając Alfredowi złudzeń.
— Magia króla nie jest dzika. Jest potężna i przedwieczna, to ty jesteś słaby. Nie myślałeś o tym, żeby przygotować się do jej posiadania. Pozbawiłeś tym wielu ludzi ich domów i dorobku. Często pewnie też żyć. – Tym razem powiedział to bez większej satysfakcji, a raczej tonem stwierdzającym fakt. Widział już podpisy, które przyniósł mu Alfred na dowód, że on ze swojej strony wypełnił wymagania. To oznaczało, że teraz była jego kolej na odrzucenie umowy albo na wypełnienie swojej obietnicy.
Zamiast podejść do Alfreda, odwrócił się i odszedł o kilka kroków. Przysiadł na niskiej kamiennej ławie wyłożonej białym tygrysim futrem i wyszywanymi srebrnymi nićmi poduszkami. Jego ozdobny płaszcz w barwie deszczu rozlał się wokół, spływając po jego ramionach i podkreślając jego dzisiejszy wygląd morskiego władcy.
— Nie będę dzisiaj zbytnio wnikał w twoją niekompetencję. Powiem tylko tyle, że mogłeś im to oszczędzić, gdybyś się przygotował.
Przesunął dłonią po futrze. Wszystko w jego komnatach było iluzją; to Alfred potrafiłby stworzyć coś, co miałoby szansę przetrwać w Astrze całe wieki i niczym nie różnić się od prawdziwych przedmiotów. W tym przypadku komnata zniknęłaby, gdyby Arthur odszedł od niej zbyt daleko.
— Wracając do kąpieli – urwał na chwilę. Pomimo ponurego humoru, poczuł iskierkę rozbawienia. – Rozbierz się.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 26 Paź - 13:58:59

Alfred nie przejmował się zachowaniem Arthura. Przyjął go już jako wyznacznik pewnej normy. Gdyby Arthur nagle zaczął zachowywać się inaczej, byłoby w tym coś niepokojącego. Bardzo zły i niebezpieczny omen. A tak widział, że u Arthura bez zmian. Może jedynie nakreślił już plan, jak owinąć sobie Alfreda wokół palca – stąd postanowił pomóc mu w kwestii magii. Dobrze, pomyślał Alfred, uśmiechając się mimowolnie. I to dość szeroko.
Prawda była taka, że Arthur nie musiał go nawet owijać wokół palca. Ale Arthur, oczywiście, nie musiał tego wiedzieć.
- Dzika – powtórzył spokojnie Alfred. – A przynajmniej łaknąca wolności. Każdy kolejny król ją zniewala, gdy więc może, stara się wyzwolić spod kontroli. To nieustająca walka… Ale nie skarżę się, raczej opisuję, jak to wygląda. – Uśmiechnął się uprzejmie. – Ona też miała prawo do chwili wolności, ale czas to ukrócić. To wszystko… - Zerknął ponad ramieniem Arthura, jakby dostrzegł tam coś interesującego.
Zastanowił się nad własnymi słowami. Nie wątpił w nie, ale gorzej było z tym, czy faktycznie dawanie takiej swobody magii było dobrym pomysłem. Czuł teraz, jak pod naporem samej jej potęgi skręcają się jego wnętrzności. Nie mówił jednak tego głośno. Arthur miał i nie miał racji. Alfred był przygotowany, ale ciało Alfreda nie urodziło się do tego ciężaru.
Pytanie tylko… I co z tego? Jeśli uda mu się ją kontrolować, jego ciało będzie musiało zrozumieć, że już nie ma odwrotu. Alfred nie będzie jego niewolnikiem.
Wyszczerzył się.
Alfred był ubrany wygodnie, w skrojonym na miarę, granatowym stroju do podróży z kobaltowymi wykończeniami. Król rzadko wybierał się poza tereny Astry (a przynajmniej ostatni tak mieli w zwyczaju), jednak wzorowany na strojach arystokracji strój wyszedł niezgorzej, jeśli chodziło o wplecenie w niego srebrnej oraz złotej ornamentyki, szytej grubymi nićmi, drobnymi perłami, oraz oszlifowanymi diamencikami, wielkości ziarnka piasku.
- Co? – spytał uprzejmie Alfred. Spojrzał na Arthura z zastanowieniem, czy ten żartuje.
Poczuł ukłucie, że to on ma się rozbierać a nie Arthur.
(W myślach rozplanował to już całkowicie inaczej.)
Uniósł więc brwi i zlustrował Arthura wzrokiem.
- Myślałem, że jednak nie chciałeś być moim małżonkiem, a tu takie rozkazy… - Uśmiechnął się przekornie i tylko z cieniem podenerwowania.
Nie zakłopotania. Alfred nie wstydził się siebie, ale sam moment był jak wycięty z jego… Mniej ambitnych planów. I póki co niepokojąco jednostronny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 26 Paź - 19:24:47

Siedząc na kamiennym podwyższeniu, ponad szmaragdowym basenem i pod złotym niebem, Arthur wyglądał jak wykuty w jadeicie posąg bóstwa osądzającego śmiertelnika. Jego twarz przypominała gładką i pozbawioną uczuć maskę, a oczy zdawały się sięgać wzrokiem znacznie dalej poza ludzkie sprawy. Długo pracował nad tym, żeby zdystansować się w ten sposób przed Alfredem. Musiał stłumić wiele nerwów, pogodzić się z porażkami, znaleźć ujście dla swoich emocji i, przede wszystkim, myśleć, myśleć i jeszcze więcej myśleć. Teraz udawało mu się, po raz pierwszy, naprawdę czuć się tak, jakby Alfred był malutki, wielkości drzazgi w palcu. On i ten jego obraźliwie promienny uśmiech, pewna mowa, prosty akcent i arogancki błękit oczu.
 Arthur wiedział, że drugi raz nie uda mu się zachowywanie swojej nienawiści skutej aż tak twardym lodem jak teraz, więc – prosto sprawę ujmując – napawał się sobą, dopóki jeszcze mógł.  
Chociaż wyglądał, jakby nie słuchał, to docierało do niego każde słowo Alfreda. Słuchał jak jego przeciwnik traktuje magię jak niesfornego człowieka, opisuje ją jako dziką. Jak mówi o wolności z prawdziwym przekonaniem w swoim głosie.
— Dałeś jej wolność – powtórzył, choć w jego ustach zabrzmiało to nieporównywalnie bardziej ironicznie. Musiał przyznać, że Alfred potrafił opisać swoją niekompetencję z mistrzowską dyplomacją.
— To znaczy, że pokazałeś się jej jako słabeusz. Jeśli ty nie kontrolujesz magii króla, to oznacza, że ona kontroluje ciebie. Jak pasożyt, czerpie z twojej głowy informacje, które pozwalają jej przybierać widoczną formę. Nie masz nad tym realnej kontroli. Prawda jest taka, że niewielu było królów, którzy władali tą magią prawidłowo. Częściej to ona rządziła nimi. Dlatego wyrwanie tego kawałka przestrzeni Astry nie sprawiło mi kłopotu, dlatego to miasto nie ma w sobie niczego z prawdziwej formy i dlatego jesteś jeszcze słabszy, niż sądzisz.
Jego głos brzmiał spokojnie i mocno, bez trudu wypełniając sobą całe pomieszczenie.
— Twoją pierwszą lekcją będzie przekonanie się jak potężna jest magia, która cię posiadła. Dlatego... – Urwał. Nie było to jednak wynikiem zawahania: pauza była gwałtowna i ostra, jakby ktoś odciął tasakiem połowę jego wypowiedzi. Arthur doskonale kontrolował swój głos i jeszcze doskonalej potrafił ciskać spojrzeniem pioruny.
Przez sekundę patrzył na Alfreda z milczącą dezaprobatą. Później odchylił plecy, rozsiadając się wygodniej.
— Nie masz niczego, czego nie widziałem już w lepszych wersjach, więc nie dziwię się, że się wstydzisz. Musisz ściągnąć ubrania i zanurzyć się w wodzie. Nauczę cię innego sposobu patrzenia na magię.
(Mógłby to zrobić bez rozbierania Alfreda. Mógł, ale nie musiał.)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 26 Paź - 20:43:36

Alfred zerknął na Arthura. Na alabastrową, długą szyję, którą podkreślało głębokie wcięcie narzuconego na ramiona, lejącego się płaszcza i zadarta głowa. Spojrzał w zielone oczy, które dopełniały wrażenia, że cała postać niedoszłej królowej miała w tym miejscu blady, zielony poblask. Był nieco zawiedziony tym stoickim, lodowatym spokojem. Irytował go, choć rozumiał, że Arthur musiał się przygotować. Mimo to żałował, że nie widzi czegoś więcej, nawet jeśli racjonalnie powinien się cieszyć – dzięki opanowaniu Arthura mogą wreszcie do czegoś dojść.
Odetchnął.
Cierpliwość okazała się jednak trudnym zadaniem, zwłaszcza, że Arthur niewątpliwie pławił się tą chwilą, odnajdując wreszcie haczyk na Alfreda.
I mając przy tym bezsprzeczną rację. To chyba było w tym najgorsze.
Mimo to Alfred zmierzył Arthura szelmowskim spojrzeniem i uśmiechnął się przekornie.
- Wolność – powtórzył i rozłożył ręce, jakby tym samym ofiarowywał wyjaśnienie na wszystko.
Wiedział, że Arthur nawet nie weźmie go pod uwagę.
- Umiałbym sobie z nią poradzić, po prostu za długo pozwoliłem się jej panoszyć – stwierdził dodatkowo, choć przypuszczał (wiedział), że Arthura mało obchodzą jego tłumaczenia.
Uśmiechnął się więc rozbrajająco.
(To na Arthura też działało w zupełnie odwrotny sposób.)
- Tak ci się tylko wydaje. – Alfred pozwolił sobie zafalować brwiami, odsupłując złote guzki, spinające płaszcz. Lekki materiał powoli zsunął się z jego ramion na posadzkę, a za nią poszła tkana jedwabiem i srebrem koszula. Alfred obnażył klatkę piersiową, na której życie wyrobiło cień mięśni, brzoskwiniową karnację i kilka blizn, które jednak znikły, gdy jego ciałem zajęli się nadworni lekarze. Teraz było gładkie, z jasnym puszkiem na piersi.
Alfred wsunął palce za pas spodni, przygotowując się do ich zsunięcia. Zerknął jednak na Arthura, jakby oczekująco, a jakby z rozbawieniem. - Poza tym pamiętaj, jestem aż Alfredem – powtórzył lekko, pozwalając spodniom opaść. – Nie musisz się wstydzić, że ci się podobam, przynajmniej estetycznie. – Alfred wyszczerzył się bezczelnie, zsuwając ostatnią, skąpą część garderoby.
Potem wyprostował się i przeciągnął.
- A ty nie dołączysz się? Będziesz robił za widownię? – Przekrzywił głowę i wystawił Arthurowi język.
W następnej chwili bez uszanowania całej magicznej otoczki miejsca wskoczył na bombę do basenu, rozchlapując turkusową wodę, bo zdobionych kaflach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 26 Paź - 21:35:08


Arthur nawet nie wziął tego pod uwagę.
— Nie interesują mnie twoje tłumaczenia – przerwał Alfredowi. Potraktował jego uśmiech obojętnym spojrzeniem i powtórzył sobie, jak niewiele ten chłopiec dla niego znaczy. Pchła na czubku głowy, drzazga w palcu, wrzód, chwilowy problem, który w końcu musi zniknąć. Westchnął z irytacją i znów delikatnie przesunął dłonią po tygrysim futrze.
Jego nienawiść do Alfreda bardzo szybko przekształcała się z lodowatej w parzącą. Arthur nigdy wcześniej nie czuł się tak w stosunku do nikogo. Różni ludzie wzbudzali jego pogardę, rozbawienie, zniecierpliwienie albo znużenie. Nawet przebywanie ze starym, żałosnym królem powodowało u niego najwyżej nieustanną irytację. Przy tym, co czuł do Alfreda, to było niczym swędzenie w porównaniu do posypania solą rany po zerwanym żywcem płacie skóry. Wszystko dlatego, rozumiał Arthur, że nikt inny nie rzucił mu takiego wyzwania. Alfred nie miał widocznych słabych punktów, a pomimo tego, że mówił o sobie dużo, to nie zdradził jeszcze żadnej informacji, która mogłaby być przydatna w uczynieniu mu krzywdy.
Kiedy Alfred się uśmiechał, ciało Arthura reagowało przeróżnymi nerwowymi tikami. Teraz jego żołądek aż wykręcił się z irytacji. Szczęśliwie teraz panował nad swoimi uczuciami. Przymknął na moment oczy, a później spojrzał na Alfreda z wystudiowanym brakiem zainteresowania – a jednak uważnie. Po chwili uśmiechnął się nawet leciutko pod nosem i okazał coś na kształt lichego zadowolenia.
Naprawdę był ciekawy, w którym momencie ten chłopiec powie mu "stop"; kiedy wydarzy się coś, co nie będzie mu aż tak obojętne. Na jego miejscu Arthur czułby się przecież upokorzony. Alfred jednak sprawiał wrażenie skomplementowanego. Jego ego musiało być większe od całej Astry.
— Próbujesz mi zaimponować, Alfred? – zapytał z cieniem kpiny w głosie.
Wiedział, że jego mały wrzód będzie miał piękne ciało. Przyglądał mu się nieruchomo, bez wstydu ani żadnego innego rozpoznawalnego wyrazu. W głębi duszy był zadowolony z tego, że wszystko idzie po jego myśli. I jednocześnie niezadowolony, bo wiedział, że dzieje się tak z dobrej woli tego pięknego idioty.
Współpracowali. A to komedia.
"Lepiej się ciebie ogląda niż słucha" pomyślał Arthur. "Masz zbyt wielkie ego."
— Twoje fizyczne atrybuty się dla mnie nie liczą. Mylisz mnie ze swoimi plebejskimi przyjaciółmi. Wszystko poza wyglądem jest w tobie zgniłe i obrzydliwe – zrobił krótką, uroczystą pauzę, którą wypełniło głośne pluśnięcie.
Kiedyś zabicie Alfreda sprawi mu naprawdę obrzydliwie wielką przyjemność. Ale póki co spokojnie, zimno, jeszcze nie ma na to wpływu...
— Pamiętaj. Nie muszę cię znosić.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
 
Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 29Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4 ... 16 ... 29  Next
 Similar topics
-
» Nauczyciele fabularni
» Tysiąc reakcji na tysiąc sytuacji
» Kronika rodu Bolton
» Ludzie Baratheonów
» Ludzie Tully'ch

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Cardverso-ms-
Skocz do: