IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3 ... 15 ... 29  Next
AutorWiadomość
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 6 Paź - 18:02:38

Pokoje, którymi błądził, nie były bardziej rzeczywiste od tych, które czekały na niego na jawie, ale mimo to pozwolił, by z czasem ogarnęło go poczucie zagubienia. Jeden korytarz pełen niebieskich cieni nie różnił się żadnym szczegółem od dziesięciu kolejnych, splątanych ze sobą jak garść sznurków, które ktoś z jakiegoś powodu wepchnął sobie do kieszeni. Arthur nie miał cienia wątpliwości, że wszystko to, co mijał w jakiś sposób oznacza jego pochrzanione życie. Nie czuł potrzeby czerpania wiedzy z magicznej symboliki. Wiedział o sobie i swoim życiu tyle, ile potrzebował, żeby przedostać się do samego końca snu. Ignorował więc to, że ściany, które mijał, pokryte były wyszywanymi w srebrne nicie chorągwiami królestwa, wazon, ozdabiający parapet był tym samym, który stłukł kiedyś swojej fałszywej matce; że dywan pełen ruchomych wzorów to ten, który splamiła krew jego krewnego, a zasuszone śnieżne płatki pokrywające podłogę niosą wspomnienie dnia, w którym po raz pierwszy zebrał je z nieba swoim własnym zaklęciem. Wciąż trzymał śnieg w swojej kolekcji żywiołów, razem z deszczem, który padał w jego dziesiąte urodziny i lśnieniem gwiazd w tamtą bardzo nieodległą noc, gdy Król Pik rozkazał mu zostać swoją Królową. Gwiazdy kończyły zbiór. Postanowił, że nic więcej już do niego nie doda na znak, że Arthur Kirkland skończył się właśnie wtedy, pod wysoką gwieździstą kopułą, w wieku dwudziestu trzech lat. Jeśli kiedyś jeszcze będzie miał czas na takie płonne rozrywki, to założy zupełnie nową kolekcję, ale nie jako dziedzic martwego rodu, a jako najpotężniejszy król na świecie.
Wiatr wpadający przez otwarte okno wpychał do środka zasłonę; za każdym kolejnym razem Arthur czuł delikatne muśnięcie księżycowego jedwabiu na swoim policzku. Nieodmiennie jego wzrok kierował się później na jedyny symbol, którego jeszcze nie rozumiał, na czarne, opalizujące kamienie, będące jakby częściami popękanej całości. Leżały na całej długości wszystkich korytarzy jak porozrzucane okruszki chleba. Po pewnym czasie przyszło mu do głowy, że to spopielone kawałki meteorytu, ale w dalszym ciągu nie potrafił zrozumieć, czemu towarzyszą mu w drodze przez jego przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Drażniło go to coraz bardziej. Na początku szedł bardzo szybko, by mieć to za sobą i dostać się do tego jednego, najważniejszego momentu w swoim życiu. Ale teraz mijał ten sam korytarz po raz setny. Jego nogi krzyczały z bólu, a umysł zdawał się dochodzić do wniosku, że, zamiast biec, trzeba zwolnić i zrozumieć wszystko. Dojść do jakiegoś wniosku.
Ale po co? Wszystko już wiedział, był absolutnie pewny, dokąd idzie i po co tam zmierza. Wiedział też, że się nie zatrzyma. Zaczął więc ignorować kamienie, tak jak od początku odmawiał patrzenie w mijane lustro, doskonale świadomy tego, że najpewniej zobaczy w nim kogoś, kogo nigdy nie chciał zobaczyć. Patrzył już tylko prosto przed siebie, nawet gdy wydmuchiwana wiatrem firanka uderzała go w twarz.
W końcu poczuł, że zaczyna zbliżać się do celu. Korytarze wciąż były takie same, ale teraz za każdymi kolejnymi drzwiami wrażenie Arthura, że odnajduje właściwą drogę, rosło. Zaczął gratulować sobie determinacji. Wiedział, że to będzie właściwe wyjścia. W ten sposób dotarł do każdego innego celu w swoim życiu. A ten, który na niego czekał, być może, za kolejnymi drzwiami, był już prawie ostatnim.
Zanim jednak coś się wydarzyło, Arthur przeszedł ten sam korytarz jeszcze wiele razy. W końcu stanął jednak pod drzwiami, spojrzał na nie zamyślonym wzrokiem i odetchnął. Niebieska ciemność... Czuł, że zostawia ją za sobą. Zamknął oczy, przekręcił klamkę i przeszedł przez próg.
Pomieszczenie było teraz inne. Bardziej grobowe, szersze, pełne wysadzanych klejnotami oczu posągów, a po głębokiej ciemności przesuwały się i przemykały fioletowe promienie. Arthur wkroczył w nią pewnie, rozejrzał się. Nagle zaczął coś sobie przypominać i odkrył, że patrzy na ten sam pokój z całkiem innej perspektywy. Nie stał już w drzwiach, a leżał na kamiennym podeście w swoim ciele, które położono tutaj parę dni wcześniej. Pierwszy raz od tego czasu odetchnął płucami; poruszył się za sprawę obleczonych mięśniami kości. W swoich uszach słyszał szum krwi, a w piersi biło jego przepełnione magią serce. Skoro wrócił, to był gotowy, a skoro był gotowy, to wszystko inne również powinno być już od dawna przygotowane. Świat miał czekać tutaj na jego powrót i dać zmienić się nieodwracalnie chwilę po tym, gdy to nastąpi. Innymi słowy, nadszedł moment, na który Arthur czekał całe swoje życie. Teraz, wiedział, podnosząc się i zmuszając do pracy protestujące mięśnie, powinna go tutaj przywitać setka ludzi. Nie było nikogo.
Coś było nie tak. Coś było cholernie, bardzo i nie w porę nie tak.

***

W korytarzach wiał zimny wiatr. Zewsząd zniknęły okna i wyjścia do olbrzymich balkonów, do wiszących ogrodów, na mosty i podniebne schody. Arthur znów czuł się jak w labiryncie, idąc samotnie i nie słysząc niczego poza odgłosem własnych kroków. Rozważył opcję, że wcale się nie wybudził, ale zaraz potem musiał ją wykluczyć. Tam był sam, ale tutaj nie. Nigdzie nie dostrzegał rozgwieżdżonego nieba Astry, ani strażników pałacu, brakowało mu zapachu kadzideł i ukochanych przez króla róż. Co chwilę odnosił wrażenie, że rzeczywistość zamknęła się na szczegóły i przeszła w fazę surowej obrony. Była teraz tylko korytarzami, twardymi posadzkami i drogami prowadzącymi dokądś. Ale on wyczuwał wokół siebie wiele żyć i magię, tętniącą, rozpaloną i groźną. Liczniejszą, niż normalnie. To mogło oznaczać tylko jedno.
Przypomniał sobie, jak pod koniec podróży korytarzami zaczął czuć się zagubiony. Teraz nagle dopadło go podobne uczucie niepokoju, więc przyśpieszył kroku, zaczynając rozumieć, przed czym ostrzegała go podróż. Każda z widzianych rzeczy – i wazon, krew i śnieg – była małą jego małą cząstką w momencie, gdy dotychczasowe życie roztrzaskiwało się w nim na kawałki. I teraz też... teraz też coś się działo, coś będzie próbowało odebrać mu to, na co tak długo pracował.
Arthur poczuł narastającą w nim wściekłość. Pojawił się ruch, coś drgnęło, choć jeszcze nie w zasięgu jego wzroku, to już w zasięgu jego intuicji. Zbliżał się do kogoś. Tak jak zawsze w swoim życiu, nie zamierzał zwlekać. Uspokoił oddech. Zwolnił nieco kroku i wyczulił zmysły.
Nic nie istniało. Ani świat snu, ani to, co przyszło po nim. Wszystko było nierealne. Nawet ja pomyślał Arthur blado. Jeszcze.
Nie pozwolił swojej ręce się zawahać.

***

— Gdzie jest król? – Arthur zdał sobie sprawę, że to on wykrzyknął to pytanie.
Czerwone oczy patrzyły na niego szyderczo i arogancko, patrzyły tak, jakby widziały większość rzeczy na świecie, a wiedziały znacznie, znacznie więcej. Wszystko, oprócz tego, jak się bać.
— Gdzie on jest?! – powtórzył wściekle pytanie i potrząsnął wiotczejącym ciałem. – Mów. Natychmiast!
Ale świat się zatrzasnął, świat się zakołysał, a Arthur miał dłonie we krwi i świadomość, że się spóźnił. Cokolwiek działo się za zamkniętymi drzwiami, zdążyło się dokonać, a życie w oczach jego wroga, tego drania, który przetrzymał go tutaj o sekundę za długo, właśnie zgadło. Nic nie istniało. Czerwień wykrwawiła się w czerń, czerń w fiolet, a później fiolet w wielką, nieograniczoną, rozgwieżdżoną pustkę.

***

Uśmiech, który dostrzegł po obudzeniu, był tak szeroki, wspaniały i zaraźliwy, że w sekundę, nie znając jeszcze tego człowieka, Arthur nie mógł pragnąć niczego bardziej, niż zmiażdżenia go z powierzchni ziemi. Błękitne oczy, jasne i czyste, w niczym nie przypominały czerwonych. Ale dlaczego myślał o czerwonych? Kto miał czerwone oczy? Co się działo?
Dochodziło do niego, że, gdziekolwiek się teraz nie znajduje, jest mu ciepło i wygodnie. Jego ciało zdradzało objawy jakiejś niecodziennej słabości, a głowa była zupełnie pusta. Arthur nie pamiętał, co działo się wcześniej. Mozolnie zastanawiał się tylko, czemu wisi nad nim jakiś obcy chłopak, piękny, dziwnie z siebie zadowolony. A na dodatek wis tak, że nie miał jak usiąść bez uderzenia swoją głową w jego twarz.
Niedobrze, Arthur skarcił się leniwie. Myślenie to moja najsilniejsza strona, a, póki co, w ogóle nie potrafię o niczym pomyśleć.
Gdy to do niego doszło, na jego gładkiej twarzy pojawiło się skrzywienie. Mieszanina bólu typowego dla nadużycia magii i irytacji z braku zrozumienia sytuacji. Pokoju Arthur też nie rozpoznawał. Sufit był dziwny, jakby zamazany. Na tle chłopca wszystko wydawało się zresztą bardzo niewyraźne, jakby istniejące za zamgloną szybą.
— Kim jesteś? – zapytał gburliwie. "Jak śmiesz być" dodawał samym swoim tonem.
Pytań istotniejszych, takich jak, gdzie oni są i dlaczego oni tutaj są, co się wydarzyło, nie zadawał, bo to było poniżej jego honoru. Ale próbował zrozumieć. W sercu czuł tylko dziwaczną, bolesną, wściekłą pustkę, taką, która świadczyła o zmarnowanej szansy. Coś mu odebrano. Miał zostać Królową, wszystko było gotowe do wykonania, musiał tylko przejść przez ostatni rytuał i obudzić się w noc ceremonii. I wszystko zrobił jak należy. Oczywiście, że tak. Ale...
W jednej sekundzie to do niego wróciło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 7 Paź - 17:50:56

Nigdy nie śnił – to znaczy od kiedy tylko sięgał pamięcią. Może nocą zagłębiał się w drugi świat i błądził korytarzami myśli, ale czy było tak na pewno, nie umiał stwierdzić. Nie pamiętał. Zawsze sen kojarzył mu się z czernią i pustką. Zamykał oczy, jego umysł odpływał, a on sam jakby tonął w głębokiej, nieprzeniknionej ciemności. Przestawał słyszeć, czuć i widzieć. Jego umysł znikał, zsuwał się równią pochyłą w dół.
A potem po prostu otwierał oczy, a nad nim wisiał już nowy dzień.
Niczego pomiędzy nie było.
Czasami Alfred lubił wyobrażać sobie, że to znak. Wiele osób miało symboliczne sny, koszmary pełne ukrytych znaczeń, które miały mówić o przyszłości. Ale Alfred nie miał niczego, bo – jak sam twierdził – nic nie decydowało o jego przyszłości.
Nic, tylko on sam.

Alfred zwiększył strumień wody. Szum w miedzianych rurach wzmógł się, zadudniło. Chłodna ciecz ochlapała mu dłonie, zmiętą koszulę, postrzępiony, stary płaszcz. Napełniła płytką balię, z którą oplatała winna latorośl inkrustowana złotem. Gdyby Alfred nie był zajęty szorowaniem dłoni z ciemnych, czerwonych plam, zapewne zauważyłby czerniejące liście, opadające i gnijące owoce, cofające się pędy. Dostrzegłby złoto, które uciekało z królewskiej umywalki, pozostawiając prosty, brązowy kadłub.
Ale Alfred nie zwracał na to uwagi, tak samo jak zdawał się nie dostrzegać, marmuru, który ciemniał pod jego stopami, rozlewającą się na całą posadzkę plamą czerni. Jak ignorował fakt, że lustro, do tej pory wtopione w perłową ramę o kwiecistym ornamencie, zmienia się w prosty, prostokątny, ostro wycięty kawałek cienkiej tafli.
Zamiast tego Alfred ściągnął z grzbietu zabrudzoną cudzą krwią koszulę. Zzuł osmalone buty. Przetarł miękkim ręcznikiem twarz. Spojrzał na swoje odbicie i uśmiechnął się ku niemu szeroko i promiennie.
Drobne zmiany w łazience były niczym w porównaniu z tym, co Alfred planował dla całej pięknej Astry.

- Jestem Alfred – przedstawił się bezczelnie Alfred.
Uważał, że to oznacza zakończenie formalności. Przynajmniej póki co. Nie dodał nic więcej, nie rozwodził się nad własną osobą, podarował sobie nawet uściśnięcie (wymuszone) ręki Arthura. Przede wszystkim dlatego, że swoją całkiem lubił i nie chciał ryzykować jej utraty.
Nie oznaczało to jedna, że się odsunął. Ciągle pochylał się, patrzył, taksował wzrokiem.
To dziwne uczucie, móc nareszcie ujrzeć tę twarz z bliska. Przyjrzeć się temu grymasowi irytacji, tym ognikom zniecierpliwienia w zielonych oczach, groźnie zmarszczonym brwiom. Alfred uznał, że lubi ten wyraz, że bawi go cała ta powaga i złość, którą Arthur zamykał w okowach surowej twarzy, choć z wyglądu nie różniło ich wiele.
(W rzeczywistości Arthur był starszy o dobre kilkanaście lat.)
Sfrustrowana twarz była zaledwie pierwszą warstwą i Alfred wiedział, że chce dotrzeć głębiej. Ale nie teraz. Za chwilę. Pomału.
Odetchnął.
Noga drgała mu niecierpliwie. Spojrzeniem skakał po całym Arthurze, wyraźnie powstrzymując ekscytację. Promienny uśmiech nie znikał z jego twarzy.
Spokojnie, po kolei, za chwilę.
Odsunął się niechętnie.
- A ty jesteś Arthur i miło nam siebie poznać – podsumował, rozkładając ręce.
Znajdowali się w królewskiej sypialni, obszernej i przestrzennej, choć pozbawionej okien. Na gołych ścianach wisiały sięgające posadzki arrasy, niegdyś zdobione w kwiaty, owoce i nimfy, teraz proste, geometryczne, z motywem czerni i gwiazd. Alfred zdawał się tego nie dostrzega, a przynajmniej nie zwracał uwagi na nic poza Arthurem.
Jeszcze chwila.
- Spałeś długo i głęboko, ale skoro się obudziłeś, to świetna okazja, by pokazać ci coś ważnego. Chodź, nie mamy czasu do stracenia, za długo kazałeś na siebie czekać, Arthurze Kirkland.


Ostatnio zmieniony przez Alfred dnia Pią 7 Paź - 18:53:55, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 7 Paź - 18:14:05

Rozmyte zielone spojrzenie wyostrzyło się, gdy napotkało na swojej drodze obcą twarz. Stało się wściekłe, pełne zranionej dumy... i zaskoczenia, takiego, jakie ma się, gdy nagle zobaczy się kogoś naprawdę pięknego. Nawet w tak nieodpowiedniej chwili jak ta Arthur zawiesił się nad tym, akceptując fakt, że nieznajomy przeciwnik posiada wszystko, czego można by pragnąć w ludziach. Czego on pragnął w ludziach. Jasnobłękitnych oczu koloru nieba nad rozgrzanymi słońcem preriami; delikatnej skóry, szlachetnych rysów twarzy i wspaniale doprowadzającego do szału uśmiechu. Choć nie. Nie tego ostatniego.
Gdy chłopak się pochylał, roztaczał woń krwi i jeszcze czegoś nieświeżego, ale nie do końca nieprzyjemnego. Tylko jego marny i niedbały ubiór nie pasował do nikogo poza przedstawicielem plebsu
— To nie ma znaczenia – przerwał mu Arthur władczym, choć chrapliwym głosem. – Za kogo się masz?
Spróbował gwałtownie się podnieść, zatrzymując się jednak tak, żeby nie uderzyć w tą tępą ludzką przeszkodę. Wsparty na łokciach, patrzył na chłopaka przeszywająco i szukał w nim słabości albo jakiejś podatności na złamanie. Niczego takiego nie było. Alfred – to imię chyba coś mu mówiło – był jednocześnie kompletnie obcy i niemal znajomy. Arthur czuł, że próbuje się nim bawić, że chce go podrażnić swoim uśmiechem, swoją twarzą i swoją kompletną, głupią, irracjonalną otwartością. To był błąd.
Arthur już wiedział, że na pewno nie rozmawia ze służącym. Ale kim on mógł w takim razie być?
To pytanie wydawało się równie głupie, co "Gdzie jest król?". Obydwa sprawiły, że jego wnętrzności wstrząsnęły się wściekle jakby zamierzały wydostać się z jego ciała i wybuchnąć. Magia ponownie wypełniła go rozżarzonymi iskrami.
— Zaraz się o tym przekonamy. – Kąciki jego ust drgnęły. Jeśli miało mu być miło z jakiegoś powodu, to z takiego, że łatwiej będzie zabić mu kogoś, kto brał udział w tej zdradzie stanu, kto, co gorsza, namieszał w jego własnych planach.
Ładna buzia cię nie uratuje, pomyślał Arthur, ale jeszcze się powstrzymał. Może czegoś najpierw się od niego dowie, a dopiero potem... Kimkolwiek jesteś, jeszcze poznasz swoje miejsce.
— Czy to rozkaz?
Teraz Arthur poczuł w sobie samym zgrzyt, ale tylko zacisnął zęby. Nieważne, co widział i czego się domyślał, nikt poza nim samym nie powinien znać jego myśli. To przypomniało mu, by bardziej panować nad swoją mimiką i właśnie to zrobił. Choć jego wzrok wciąż okazywał niezadowolenie, to z twarzy zniknęły ślady zmęczenia.
— Zresztą i tak żądam wyjaśnień.
Leżąc czuł się zależny i słaby, więc czym prędzej, ale zachowując elegancję, postanowił wstać. Przy okazji zauważył, że wciąż nosi na sobie strój, w którym miano koronować go na Królową. Odświętny płaszcz w królewskich barwach w ferworze walki został raz nadpalony, a innym splamiony krwią. Podobne plamy zaschły na spodniach. Arthur nie zamierzał sprawdzać, jak wygląda reszta jego stroju.
Podniósł wzrok i dostrzegł zmiany w pomieszczeniu: te wszystkie czarne gwiazdy i ogołocone z ozdób ściany. Pokój wyglądał jakby obdzierano go żywcem ze wszystkiego, co czyniło go pięknym. Ze wszystkiego, co miało należeć do Arthura Kirklanda, a należało teraz do...
Nieważne, do martwego człowieka.
Wyprostował się. Nie było tutaj nikogo innego niż Alfred, a i on wyglądał na jeszcze mniej zdenerwowanego, gdy Gilbert, że stoją twarzą w twarz. Arthur był pewien, że zna wszystkich ludzi o sile charakteru wystarczającej, by mu zagrażać, a to oznaczało, że się w czymś pomylił.
— Zaprowadź mnie do króla.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 7 Paź - 19:11:45

Alfred zastanowił się nad jawnie retorycznym pytaniem. Właściwie było całkiem rozsądne i sam Jones często się nad nim pochylał. Za kogo się uważał? Mógł za wiele osób, albo aspektów jednej osoby. Mógł się na przykład uważać za syna króla – ale po prawdzie nigdy go to nie interesowało. Mógł się uważać za przywódcę rewolucji – o, to brzmiało już lepiej. Może był bohaterem? Nie, to zbyt pompatyczne. Kimś kto zmieni ten kraj? Tak, to całkiem nieźle brzmiało. (Co z tego, że też było pompatyczne.)
Alfred uśmiechnął się do Arthura.
- Cóż. Zazwyczaj uważam się po prostu za Alfreda – odparł prosto.
Nie chodziło mu nawet o zirytowanie rozmówcy. No, może trochę. Było coś fascynującego w tych przepełnionych irytacją oczach, w tym skrzywieniu prostych, wąskich warg. Twarz Arthura przyciągała wzrok Alfreda jak słodki lep, różniła się jednak od niego głównie tym, że Arthur w żadnej mierze nie był słodki. Raczej kwaśny, ostry i pikantny.
Alfred uznał, że chyba jest głodny. Kiedy jadł po raz ostatni? Trochę się zapomniał. Ostatnimi dniami był zdecydowanie zbyt zajęty. Zerknął gdzieś w bok, rozważając ten problem. Jedzenie. Tak. Musi o nie poprosić i, ach, zaraz. Arthur. Niespodzianka. Twarz. Mina. Tak!
Alfred przypomniał sobie o istnieniu Arthura i ponownie skierował spojrzenie na jego twarz. Wyszczerzył się pogodnie, może z cieniem przekory w młodych, błękitnych oczach.
To pełne determinacji i ambicji oblicze. Alfred wiedział, że chce poznać wszystkie jego odcienie.
- Och, na pewno! – stwierdził wesoło i z przekonaniem.
Alfred nie mógł doczekać się chwili, w której się przekonają. Chciał zobaczyć wyraz twarzy Arthura w chwili, gdy zrozumie, że coś poszło nie tak.
Dużo coś.
- Jak wolisz to sobie ująć. – Alfred wzruszył ramionami, rozkładając ręce. – Albo jak ci wygodniej. Ludzie twojego pokroju lubią mieć władzę nad sytuacją, prawda? Więc możemy uznać, że zmuszasz mnie do ujawnienia ci dramatycznej prawdy. No, przynajmniej coś w tym guście. – Alfred roześmiał się perliście.
Odsunął się i wycofał się, nie patrząc za plecy. Spojrzenie nadal skupiał na Arthurze, podziwiał jego dumną, wyprostowaną sylwetkę i siłę, która wyparła zmęczenie, widoczne na obliczu jego rozmówcy jeszcze chwilę temu. Alfred poczuł znajomy ucisk podekscytowania w żołądku. Był już tak blisko. Jeszcze chwila.
Otworzył drzwi, wysokie, szerokie, hebanowe. Okute prostym srebrem, a nie jak dawniej – złotem.
- Dobrze, jak sobie życzysz, Arthurze. Chodź za mną. – Uśmiechnął się, opierając się plecami o jedno z drewnianych skrzydeł. – Król cię oczekuje.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 7 Paź - 20:13:16

Arthur wykrzywił usta z niezadowoleniem. Tylko na tyle mógł sobie pozwolić, ale coraz bardziej przytłaczały go myśli o tym, że pozwolił sytuacji wyrwać się spod kontroli. Myślał, że wie o wszystkim, ale przegapił rewolucjonistów zamierzających zaatakować Astrę w dzień jego koronacji na królową. Przegapił ludzi, którzy zniszczyli cały jego dotychczasowy świat. Teraz coraz dotkliwiej odczuwał chłód pomieszczenia i rozpalające go od środka pragnienie zrobienia czegoś temu Alfredowi. Póki co obrzucił go tylko pogardliwym spojrzeniem.
— Nieważne. Dobrze, że chociaż nie uznajesz się za kogoś wartego uwagi. – Wykrzywił usta i jeszcze raz mu się przyjrzał. Z takim wyglądam Alfred mógłby być cudzą zabawką, ale jego charakter, jego arogancja i otaczająca go aura sprawiała, że Arthur czuł w nim raczej konkurenta. Tylko dlatego w ogóle odpowiedział na irytująco żenującą uwagę, teraz jednak postanowił milczeć jak głaz i tym sposobem przyśpieszyć moment, w którym dowie się czegoś więcej. Najpierw musiał jednak zostać zaprowadzony do pułapki jak jakiś więzień, choć, jednocześnie, bez żadnego strażnika z wyjątkiem Alfreda. Może to naprawdę był tylko test.
Chłopak będzie cierpiał podwójnie za każdą sekundę swojego śmiechu. Arthur milczał, zaciskając wargi. Powiedział sobie, że zerwie z każdą próbą kontaktu z tym niekoniecznie inteligentnym chłopczykiem, dopóki nie dowie się, kogo ma zabić w pierwszej kolejności... jak źle wyglądały sprawy... I co właściwie się wydarzyło.
Przełknął więc fakt, że sztuczna uprzejmość brzmiała w ustach Alfreda bardziej sarkastycznie niż cokolwiek, co słyszał od dawna. Mało kto miał odwagę odzywać się do niego w ten sposób, a jeśli już ktoś się trafiał, to zwykle był w jakiś sposób szalony, albo zbyt mało znaczący, żeby się nim przejąć. Nie odzywając się powiódł wzrok na drzwi i odczekał jeszcze krótką chwilę. Nie podobało mu się nawet to, że chłopak formował swoje wypowiedzi w rozkazy.
Jego kolejny błąd. A szkoda. To była naprawdę piękna buźka.
Po chwili krótkiego wahania, Arthur ruszył za chłopakiem, wychodząc prosto na wychłodzony korytarz pełen purpurowych cieni. Pomimo braku okien, Arthur czuł na swojej skórze noc znacznie prawdziwszą, niż jakakolwiek ostatnimi latami. Ta przeszywała kości i wyciągała po niego swoje długie, cieniste dłonie.
Król jest martwy, pomyślał Arthur. Ta myśl nie wzbudziła w nim żadnych uczuć związanych z samą osobą króla. Jego skronie ścisnęły się za to, a on sam z wściekłości poczuł niemal namacalny ból. Ktoś zabrał mu tę potęgę tuż sprzed nosa, wszystkie jego plany były pokrzyżowane, Astra – i całe królestwo Pik – znajdywało się teraz w rękach jakiegoś szaleńca. Już teraz miasto zaczynało formować się w coś nowego.
Korytarze były ciemne, obce i niedokończone. A w tym wszystkim jakiś głupi chłopak miał czelność wyprzedzić go tak, że Arthur widział tył jego złotowłosej głowy. Co za bezmyślność i głupota... Ale nawet, jeśli mające swoje źródło w wielkiej pewności siebie, to niczego to nie zmieniało. Arthur nie bał się o siebie nawet w najmniejszym stopniu. Wychodził z założenia, że to wszyscy inni powinni obawiać się jego.
Pod jego stopami skrzypnęła deska.
— Nie boisz się, że zaatakuję cię od tyłu?

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 7 Paź - 21:57:04

Alfred zerknął na Arthura. Coś w jego wyrazie twarzy zahaczało o zadziorność. Może to odpowiednie wygięcie ust, błysk w oku, albo zwichrzone pośpiechem włosy. Może to po prostu złudzenie, tworzone przez młodzieńczą pewność siebie. A może właśnie w tej chwili Alfred pomyślał, że Arthur jeszcze nie wie, jak bardzo się myli.
(To może być zaskakujące, ale tak – chodziło o tę ostatnią kwestię.)
- Och, tego nie powiedziałem. Osobiście uważam, że jestem Alfredem – odparł lekko, zupełnie niezrażony słowami Arthura.
W końcu wszystko było przed nimi, prawda?
(Nadal był głodny.)
Alfred mknął korytarzem. Podekscytowanie sięgało zenitu, wypełniając dno jego żołądka przyjemnym dreszczem, który nie pozwalał mu się zatrzymać czy zwolnić. Szedł energicznie, szybkim krokiem, narzucając ciężkie tempo. Jego twarz jaśniała od uśmiechu, oczy rozjaśniała radość, a cała sylwetka zdawała się kontrastować z otoczeniem, które górowało nad Alfredem, przestrzenne i puste.
Żebrowe sklepienie wysokiego korytarza, którym szli, ginęło w półmrokach mętnych cieni, które rozlewały się po kamiennych, chłodnych ścianach, wyciągając ku nim palczaste dłonie. Brak okien potęgował wrażenie chłodu, ale nie ciemności – rozpraszanej przez purpurowo-złote, dogasające ognie, tlące się jeszcze tu i ówdzie, rzucające upiorne cienie na ich twarze – ostatnie myśli zmarłego króla zamknięte w tańczących ognikach. Echo ich kroków rozbrzmiewało w ciszy, której Alfred nie przerywał, skupiony na setkach myśli, jakie przemykały mu przez palce. Nie próbował ich łapać już od dawna – to nie miało sensu, wiedział o tym doskonale.
- Hę?
W ciszy głos Arthura wydał się mu jeszcze bardziej władczy i potężniejszy. Alfred miał ochotę zaklaskać z podziwu, ale wbrew pozorom znał granice, których przynajmniej póki co zamierzał przestrzegać.
- Ach, wiesz… - Odwrócił głowę i zerknął na Arthura, obdarzając go uśmiechem. – Oczywiście, że nie. Głupio jest bać się czegoś, czego się spodziewasz. Zresztą i tak chyba nie chcesz robić tego tu i teraz, prawda? Nawet nie doszliśmy do króla! Poza tym… - Alfred zrobił usta w dzióbek i cmoknął z konsternacją. – Myślałem, że w myślach poddajesz mnie bardziej wyrafinowanym torturom niż po prostu cios w plecy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 8 Paź - 12:20:28

— Twoje czyny już poświadczyły o twojej pewności siebie – rzucił sucho. – A teraz przejdź do rzeczy.
Miał dosyć tematu Alfreda, co okazał patrząc na niego w taki sposób, by tym spojrzeniem go zgnieść i odrzucić na bok jak pospolitą przeszkodę. W myślach jednak musiał się z nim zgodzić: czarne gwiazdy, które zastąpiły serca Pików, twarz i przekraczająca granice głupoty odważna pewność siebie czyniły go Alfredem. Jedną z ważniejszych zasad Arthura było jednak to, żeby nigdy do końca nie zdradzać tego, ile wiedział i jak daleko zabrnął ze swoimi myślami. Alfred, który traktował go tak, jakby nie był dla niego żadnym zagrożeniem, powinien jeszcze bardziej pogłębiać to przekonanie, bo Arthur miał w tym momencie wiele innych zmartwień. Myśli piętrzyły się pod jego czaszką jak opadające jesienią liście, podczas gdy kości też zdawały się próchnieć jak wysuszone drzewo. Przy zgięciu i prostowaniu nóg Arthur czuł zakwasy, jego dłonie były słabsze, niż powinny, ale za to od nowa wypełniała go wzburzona magia. Mógł się poruszać nieco wolniej niż zwykle, ale za to będzie uderzał silniej.
Patrzył na oddalający się od niego kark Alfreda, ale nie pozwolił sobie nadać innego tempa niż własne. Wiedział tylko tyle, że to nie będzie dobre, że zabił Gilberta Beilschmidta, a Królestwo Pik miało nowego króla.
Coś ugrzęzło mu w gardle. Arthur zacisnął mocniej zęby, a później odetchnął.
Dokładnie obserwował ciemne ściany w poszukiwaniu jakiś oznak tego, gdzie prowadzi go Alfred. W korytarzach nie było jednak żadnych zapachów, ludzi ani śladów walki. Arthur mógł tylko zgadywać, na czym polega pułapka, w którą właśnie idzie, co nie miało najmniejszego sensu.
Odwrócił wzrok i dostrzegł, że Alfred obrócił się i znowu patrzy mu w twarz. Arthur odpowiedział tym, czym powinien wykazać się jako Król: zimną dumą i brakiem jakiegokolwiek lęku.
— Ludzie, którzy uważają, że wiedzą już o wszystkim, są najłatwiejsi do zaskoczenia.
Dlatego właśnie znalazłem się w takiej sytuacji, pomyślał z irytacją. To moja wina. Mogłem temu zapobiec. Gdybym tylko wiedział więcej.
Arthur był coraz bardziej wściekły również na siebie. Jeśli on nie potrafił ogarnąć rzeczywistości wokół siebie, to po co w ogóle istniał?
Musiał to naprostować. Musiał szybko zaprowadzić własny porządek.
— Mam nadzieję, że wiesz też, dlaczego nie robię tego teraz i czemu jestem spokojny – odetchnął. – Czekają cię konsekwencje.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 8 Paź - 14:42:51

Alfred czuł na swoim karku palące spojrzenie Arthura, które zdawało się przewiercać go na wylot. Domyślał się, że myśli Arthura skupiają się teraz na jego osobie i rozumieniu sytuacji. Nawet jeśli w umyśle Arthura tylko umierał na setki sposobów – i tak mu to schlebiało. Nie chodziło o to, co o nim myślał Arthur. Liczyło się to, że myślał.
Alfred odchrząknął – we własnych myślach, zbierając się do porządku. Arthur Arthurem, ale istniały też inne sprawy, o których musiał pamiętać.
Nie zastanawiał się nad tym, dokąd idzie, od kiedy zamieszkał w pałacu, ten zmienił swój układ już kilka razy, ale Alfred zawsze trafiał tam, gdzie chciał. Jakby pokojem usłużnie zbliżały się do niego, posłusznie otwierały swoje drzwi. Jak pies, który chce przypodobać się nowemu panu, albo całujący buty sługa – w końcu psy bywały znacznie bardziej lojalne poprzednim właścicielom.
- Och, wiem. – Uśmiechnął się szeroko, z błyskiem rozbawienia w oczach.
Zapewne pomyśleli o tym samym, ale Alfred łaskawie nie powiedział tego na głos. Dzięki temu jeszcze bardziej bezczelnie wypadnie w oczach Arthura. Co było zabawne. Nie, żeby Alfred… Ach, w sumie nie. Robił to z ogromną dozą premedytacji i wielkim zapasem przyjemności.
Wreszcie nastał moment, na który czekał, miał prawo na drobną nagrodę.
- Oczywiście, że wiem. Myślę, że za chwilę nie będziemy mieć tego problemu. – Podrapał się po policzku. – Mój ojciec mówił to samo. Myślę, że to modne stwierdzenie u osób, które wierzą w swoją potęgę. Zabawne i trochę starte. Ale możesz zabić czas i opowiedzieć mi, co ze mną zrobisz. Brzmi ciekawie. – Uśmiechnął się do Arthura, po czym ponownie odwrócił się twarzą do korytarza.
Nie musiał skręcać, nie musiał się zatrzymywać i zastanawiać nad obraną trasą. Niezależnie od tego, czy Arthur przychylił się do jego prośby, czy może zamilkł dumnie, Alfred doszedł wreszcie do potężnych drzwi z kutego żelaza, które uchyliły się, ledwie musnął je opuszkami palców. Alfred uchylił je powoli i ostrożnie, po czym wkroczył do środka. Znaleźli się w dużej sali ze srebra, złota i kryształu, obwieszoną granatowymi proporcjami z czarnym, ażurowym pikiem. Na wysokim żyrandolu, który górował nad pomieszczeniem tliły się dogasające purpurowe płomienie. Złoto i srebro spływały z niegdyś malowanego freskami sufitu, tworząc brzydkie, spłowiałe zacieki na obitych królewskimi tkaninami ścianach. Całe pomieszczenie wyglądało, jakby topniało pod naporem ognia, którego nigdzie nie dało się dostrzec. Na białej, marmurowej posadzce pojawiały się pęknięcia, z których wypływała czerń, pożerająca powoli jasną barwę. Na platynowym tronie, wysadzanym agatami i szafirami wielkości gołębiego jaja, siedział mężczyzna dobiegający pięćdziesiątki o poszarzałym obliczu i przymkniętych powiekach. Usta zastygły w przedśmiertelny skrzywieniu, palce jak szpony, opierały się na wyciosanych w tysiącletnim drewnie gałkach, zdobiących podłokietniki siedziska. Mężczyzna ubrany był po królewsku, w bogate, pyszne szaty, spływające po posadzce, zaplamione zaschłą, rdzawą krwią. Powietrze śmierdziało zgnilizną, choć mężczyzna wyglądał tak, jakby umarł przed godziną lub dwoma, w rzeczywistości minęło już siedem dni.
- Jak obiecałem, oto król – oznajmił Alfred spokojnie, niemalże z cieniem czegoś miękkiego w głosie. – Magia nadal chroni jego ciało, to niesamowite, prawda? Część tego zamku nadal jest mu posłuszna, pewnie dlatego tak wygląda… - Alfred podszedł do wysokich stopni, prowadzących przed tron, przeszedł nimi na samą górę i oparł się o murszejące drewno i patynujący metal tronu.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 8 Paź - 17:34:40

Serce Arthura zaczęło szybciej bić. Stawiał krok za krokiem, równo i jednostajnie. Więc, kiedy on tworzył plan, realizował własną historię, gdzieś równolegle rozgrywała się inna, o szalonym chłopcu, który zabił własnego ojca. I ona wydarzyła się szybciej niż jego własna.
— Uważasz, że to zajmuje mi teraz myśli? – zmarszczył wrogo brwi.
Następnie zobaczył jak Alfred widowiskowo otwiera drzwi. Zachowywał się jakby był centrum jakiegoś przedstawienia, a swoją rolę przeznaczył równo po połowie na próbie wyprowadzenia Arthura z równowagi i zaimponowania mu wszystkim: począwszy od twarzy, przez słowa i zachowanie, na tym, co chciał mu pokazać kończąc. Odetchnął i przekroczył próg. Byle by spokojnie. Dumnie. Jeszcze przez chwilę spokojnie i dumnie, bo wszystkiemu trzeba było dać czas, wszystko chociaż przez chwilę znosić. Nawet teraz, kiedy sytuacja była tak niebezpieczna i nierealna, że Arthur dziwił się temu, jak prosto ją zaakceptował. Ale potem rozumiał, że wcale nie o to chodziło.
Po prostu wciąż nic nie było realne. Ani on i Alfred, ani śmierć króla, ani nikt inny w Podniebnym Mieście. W tym momencie wszystko wciąż było snem. Z tą myślą Arthur wszedł przez żelazne drzwi i pozwolił, by stężona magia buchnęła mu w twarz.
W sali brakowało powietrza. Dwóch królów walczyło tutaj ze sobą, wypełniając przestrzeń zapachem zgnilizny i narodzin. W górze na wysokim tronie siedział Król Pik, ubrany tak, jakby za chwilę miał przyjąć do swojego życia Królową. Dopiero na widok złotych schodów do Arthura doszło, że Alfred zaprowadził go do sali tronowej. Wszystko zmieniło się tak bardzo, że nie poznał drogi ani miejsca, którym miał zostać przeprowadzony w starej rzeczywistości. Teraz zaś doszło do niego, że chłopak zaszydził z niego na wiele sposobów, a teraz pewnie stoi i z jaśniejącym uśmiechem obserwuje jego twarz w oczekiwaniu na bolesną reakcję.
Dlaczego?
Arthur przestąpił krok do przodu i zatrzymał się. Czuł, że zaczyna drżeć z wściekłości. To on miał zabić tego króla. To on miał przejąć tę moc, od której drżała sama kurtyna rzeczywistości.
Uderzyła w niego ta myśl. Patrzył, nie zatrzymując jednak Alfreda, gdy ten wspinał się po złotych stopniach. Coś Arthura skręciło.
— Więc to wszystko twoja wina – nie zwrócił się do nikogo w szczególności.
Przestąpił kolejny krok. Pod jego stopami marmurowa posadzka zaczęła pękać, tworząc rosnącą sieć pęknięć. Wydawała się krucha jak najświeższa z warstw lodu w zimowy poranek. Nikogo tutaj nie było oprócz nich i króla, który wyglądał szaro, mgliście, jakby utkano go z księżycowego światła. Oplatała go magia, która ostatkami sił powstrzymywała nowy dzień przed nadejściem. Ale wszystko było już stracone.
Nagle Arthur stanął w miejscu.
— Dlaczego? – zapytał silnym głosem. – Zniszczyłeś serce tego królestwa... myślisz, że możesz je zastąpić? Nie. Wciąż jesteś niczym!

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 9 Paź - 12:46:27

Arthur zacisnął zęby. To nie było wytrącenie go z równowagi, a wciśnięcie w armatę i wystrzelenie za horyzont. Oprócz wściekłości, czuł napierający na niego wstyd, a to wszystko musiał sobie wstrzymywać, żeby doczekać odpowiedniego momentu. Najbardziej niepokojące było to, że Alfred, Blackstar, nowy władca Królestwa Pik, nie zdawał się niepokoić nawet na tyle, żeby pilnować go wzrokiem. Lekceważył go, lekceważył wszystko. Pojawił się znikąd, osiągnął to, na co Arthur pracował całe swoje życie, a teraz był bezgranicznie bezczelny. Robił co chciał i nie obawiał się, że spotka go za to jakakolwiek kara. Dlaczego? Co sprawiało, że był aż tak pewny siebie? Czy uważał Arthura za niegodnego przeciwnika? Czy prowokował go do walki, albo ukrywał jakoś tych swoich popleczników? Na czym polegała sieć, którą teraz rozplatał?
Nie było mądrej odpowiedzi na żadne z tych pytań. Arthur mógł na to zareagować stoickim spokojem, albo utratą cierpliwości i z radością postanowił wybrać drugą opcję.
— Okaż mu szacunek. – Jego głos zabrzmiał niczym kolejne pęknięcie w głębokim marmurze. – Nie dorastasz mu do pięt i będziesz najwyżej marną namiastką. Przybyłeś znikąd i zawsze pozostaniesz nikim, choćbyś uważał, że twoja podła zdrada coś zmieni.
Tak było, ale oto stał teraz w samym centrum królestwa i górował nad niknącymi zwłokami króla, którego zamordował. Moc wkrótce będzie w całości należała do niego, a póki co, stał i przeżywał to, co należało się Arthurowi za te wszystkie lata, gdy prześcigał innych ludzi, przerastał samego siebie i robił wszystko, żeby zmienić świat. To on powinien był zabić króla. Ten uśmiech przepełniony satysfakcją i królewska magia należały się jemu.
Arthur łapał każdą iskierkę swojej złości i rozniecał coraz większy pożar, aż w końcu wydawało mu się, że każda jego komórka płonie, że każde włókno w jego ciele przesiąka magią. Sieć pęknięć sięgała coraz dalej, a moc wokół niego stawała się namacalna; gorąca, duszna, zaczęła otaczać go złocistym blaskiem. Płomienie podchodziły mu już do gardła, a zaklęcia, która plótł, napinały się jak cięciwa. Były gotowe, by zaistnieć. Żeby zranić, żeby zniszczyć, żeby nagiąć świat do jego woli.
— Mylisz się.
Arthur lubił myśleć, że każdy mag jest królem, ale tylko jeden może być Królem Pik. Aon przewidział zabicie jakiegoś króla już dzisiaj. Więc jeśli nie tamten – to będzie musiał być ten. Plany się nie zmieniły, stwierdził, wpatrując się nieruchomo w Alfreda, z oczami błyszczącymi wściekłością i magią, z całym światem czekającym na jego rozkaz.
— Jestem jego królową... I zawsze będę. Nie mam ci niczego do powiedzenia, ale mogę spełnić twoje drugie życzenie...
Wypuścił pierwsze zaklęcie. Wyleciało z niego jak strzała, sprawiając, że z ziemi oderwały się z hukiem okruchy i połacie marmuru, liczne bezkształtne masy o ostrych końcach. Uniosły się ponad jego głowę i wystrzeliły w stronę Alfreda. Arthur stał w miejscu jakby sam był kamienną figurą, niewzruszoną ani przez latające w powietrzu skały ani przez tułamy pyłu i kurzu, które osiadały na dolnych warstwach jego purpurowego płaszcza. Ostry zapach wdarł mu się w nos, a od wysiłku przez sekundę nie miał czym oddychać, ale był zbyt zajęty próbą skierowania każdego kamienia tak, by uderzył w odpowiedni punkt.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 9 Paź - 17:19:45

POST WCZEŚNIEJ

Alfred uśmiechnął się do siebie, gdy poczuł, jak metal ustępuje pod naporem jego dotyku. Odetchnął pełną piersią zapachu, który zionął na nich obu, choć w przeciwieństwie do Arthura, nie czuł woni zgnilizny. Dla niego istniał tylko zapach narodzin, młodej trawy, świeżej rosy, pierwszych promieni słońca o brzasku. Jego oczy widziały czarny marmur posadzki, wysokie, szerokie okna, wpuszczające nocny blask. Girlandy niebieskich dzwonków, zwisające u sufitu. Proporce czarnych gwiazd. To wszystko nakładało się na obraz dawnej sali jak dwie kartki papieru. Nie mieszały się jednak, bo dla Alfreda nie istniały dwie płaszczyzny. Nie było już starego króla, był tylko on.
- Zależy co masz na myśli – odparł Alfred, przekraczając kolejne białe schody. W jego oczach posadzka pomieszczenia była biało-czarną szachownicą pól. – W pewnym sensie – tak. W innym, oprócz mnie jest jeszcze całkiem spora grupa.
Pochylił się nad królem. Jeśli było jakieś podobieństwo między ojcem i synem, Alfred go nie dostrzegał. Widział tyko starca na tronie. Po śmierci wyglądał nawet starzej, niż wyobrażał sobie Alfred. Uśmiechnął się z czymś na kształt smutku.
- Zabawne. Myślisz, że się rozwieje? Rozpadnie? Wygląda mniej realnie niż na początku… Wczoraj miałem wrażenie, że zaczynają zanikać mu stopy. Och? – Alfred uniósł brwi i wyprostował się.
Przeciągnął się leniwie jak kot.
- Oczywiście, że nie – parsknął. – Nie zamierzam go zastąpić. Będę czymś znacznie lepszym! – Roześmiał się.
A potem przyszedł ból. Och, tak. Alfred zapomniał o tym drobnym szczególe. Śmiech zamarł mu na ustach i zastygł w jasnych oczach. Obrócony plecami nie dał po sobie tego poznać. Opuścił za to ręce i podparł się pod boki, na moment nie kontynuując swojej jakże głębokiej myśli. Odetchnął.
A potem poczuł delikatne, narastające drżenie pod swoimi stopami. Spojrzał z dół.
- Och – westchnął. Na głos lub w myślach. Nie miał pewności i nie był to obecnie jego największy problem.
Zwłaszcza, że już po chwili delikatne drżenie zmieniło się w prawowite trzęsienie. Posadzka rozpękła się pajęczyną, ze stropu opadły resztki złotych ozdób.
Alfred uśmiechnął się szeroko, odwracając się na pięcie do Arthura.
- Nareszcie to wygląda jak ty! Powiedz mi, Arthur…
Alfred przeskoczył trzy stopnie, jednak zamiast opaść na kolejny, ledwie musnął go palcem. Poły poszarpanego płaszcza uniosły się wraz z nim, utrzymywane podmuchem powietrza.
- Ile zamierzałeś poczekać, zanim być go zabił? Jak bardzo zdeterminowany byłeś, a jak bardzo niecierpliwy? Ciekawi mnie to! Porozmawiaj ze mną. A potem możemy się pobawić, co ty na to? – Rozłożył ręce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 9 Paź - 17:32:06

Alfred roześmiał się perliście. Poły płaszcza trzepotały naokoło niego jak macki z materiału, ciemne i starte. Młody mężczyzna rozłożył ręce, to wznosząc się, to znów opadając na delikatnych powiewach wiatru. Jego rozczochrane włosy sterczały we wszystkich kierunkach, choć nawet ponad nimi wystawał samotny kosmyk, bezczelny jak sam Alfred, który patrzył teraz z góry na Arthura (bardziej w dosłownym niż przenośnym sensie).
- Po co udawać? – spytał niemalże z cieniem rozczulenia. – Nikogo tu nie ma tylko my i śmierć. Inni wciąż śpią, a przecież ja wiem, Arthur. Tylko ślepi nie widzą tak oczywistych rzeczy. Twoja determinacja to coś więcej, niż chęć bycia królową, prawda? – spytał retorycznie.
Podziwiał narastającą pajęczynę, która objęła całą podłogę i rozrastała się w zastraszającym tempie. Złoty deszcz metalowych opiłków spadł na nich, skrząc się w dogasającym świetle purpurowych płomieni. Część z nich opadła na włosy Arthura i Alfreda, błyszcząc jak brokat.
- Chciałeś go zabić, ale cię ubiegłem. Jakie to uczucie? – Alfred rozłożył ręce. – Mieć tak ważny cel w życiu, tak istotny, jedyny, główny. Mieć go na wyciągnięcie ręki, a jednak…
Alfred wystawił przed siebie dłonie, ugiął palce. Część kamieni zmieniła się w ptasi puch, który otoczył go wirującą chmurę. Niektóre odłamki musnęły go, nie czyniąc mu większej krzywdy. Na jeden z większych kamieni Alfred przyskoczył, wciąż unosząc się na podmuchach powietrza i odbił się, lekki jak cień. Na jeden moment nadał sobie niewyobrażalny ciężar, który wbił kamień w posadzkę. Potem, znowu nic prawie nie ważąc, Alfred obrócił się wokół własnej osi.
- Okłamujesz mnie czy siebie? – spytał wreszcie Alfred, przekrzywiając głowę. – Chciałeś być królem. Od zawsze. Widziałem to w twoich oczach. Widzę to teraz. Ale nie mogę ci na to pozwolić. Kiedy uda ci się to osiągnąć, staniesz się tylko pustą skorupą, prawda? Nie będzie już niczego, co pcha cię do przodu. Poza tym… Mam inne plany. – Uśmiechnął się szeroko.
Machnął lewą ręką. Proporce zdobione w czarne gwiazd ożyły i wystrzeliły w stronę Arthura, próbując owinąć się wokół jego tułowia, kostek i nadgarstków, ściskając mocno i boleśnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 9 Paź - 19:33:38


Im więcej pytań pojawiało się w głowie Arthura, tym bardziej miał ochotę skrzywdzić osobę, która znała odpowiedzi. Rozedrzeć ją na pół, zmienić w szkło i rozbijać kawałek za kawałkiem, złapać i zamknąć gdzieś na wieki wieków. Doszło do niego, że tego chciał od niego Alfred; żeby zaczął myśleć o tych wszystkich sposobach, na które go zabije. Wściekło go to jeszcze bardziej i zaczął formować w głowie zaklęcie jeszcze szybciej, jeszcze mocniej, aż stały się w jego głowie ostre i jaskrawe. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie stworzył w sobie zaklęcia tak szybko. Emanował magią, wpływał na otoczenie, czuł ją płynącą w żyłach, jeszcze zanim kształtował ją w cokolwiek. Przestrzeń wokół niego wydawała się być bardziej ruchoma niż on sam; złociła się i wyginała jak w pobliżu dzikiego pożaru.
— Myślisz, że wiesz cokolwiek o mnie? – zapytał i podniósł wysoko głowę. – Nie waż się do mnie zwracać, jakbyś wiedział.
Wtedy Alfred pozbył się skał magią tak samo szyderczą i obraźliwą jak on sam. Arthur nie przejął się tym pierwszym, wiedział, że skały niczego nie zdziałają, a przeciwnik będzie trudny. Sprowokowało go za to te drugie. Nigdy nie tolerował zachowań ludzi, które mu nie pasowały, a Alfred już dawno przekroczył jakąkolwiek granicę. Arthur nie zaatakował od razu, wysłuchał kolejnych obraz (Skąd on to wie? Kim, do cholery, jest?!) i oddychał swoją magią, plótł ją intensywnie, aż paliła go od środka, aż parzyła się i wyrywała do ataku. Pozwolił przeciwnikowi wykonać ruch.
— Zapłacisz za to wszystko. – Jego głos przeszyła furia, lodowata i mrożąca. Kiedy jednak oplótł go materiał, wokół pojawiły się iskry i dym. Sponiewierane flagi i proporce zajęły się płomieniami tak szybko jak tylko dotykały jego ciała. Zaciskały się, ale już pokrywało je więcej płomieni, krwistych, pomarańczowych i czarnych, aż po krótkiej chwili Arthur strzepnął je natarczywym gestem, jakby odganiał od siebie rój komarów. Wokół niego ostał się czarny dym, a resztki materiałów barwy atramentu i purpury płonęły u jego stóp. Magia jego przeciwnika znów zdała mu się bardziej figlarna i przekorna, niż prawdziwie nastawiona na walkę. Poczuł się, jakby Alfred tylko się z nim bawił.
A w walce nikt nigdy nie bawił się z Arthurem Kirklandem.
Podniósł władczo dłoń i znowu skorzystał z otaczającej go ziemi. Skały podniosły się, ale tym razem zaczęły formować się w kształty, stając się tak wysokie, że rzuciły na posadzkę długie cienie. W końcu urosły w dwóch rosłych, kamiennych strażników, każdy z nich miał potężne, zaciśnięte pięści. Podnieśli głowy, pustymi oczodołami spojrzeli przez siebie i zaczęli iść, ciężkimi, przerażającymi krokami. Wbrew pozorom nie sprawiali wrażenia powolnych, przepełniała ich siła. Wgniatali nagie kamienne stopy w posadzkę, a prosta magia nie mogła ich powstrzymać. Później Arthur opuścił dłoń, aż spoczęła mu swobodnie wzdłuż ciała; kolejne zaklęcie sprawiło, że z czterech stron zerwał się wiatr, silny, porywisty i pachnący zimą. Uniemożliwiał, a przynajmniej utrudniał, kontrolę nad lewitacją.
— Żadne plany nie wyglądają na wielkie w twoich aroganckich ustach. - Jego głos wydał się jakby odbity i spowielony przez wysokie kamienne ściany i otaczającą go magię.
— Na żadne nie masz pozwolenia.
Jego kamienni strażnicy nie poddadzą się łatwo. Byli odporni, silni, a jedynym celem ich istnienia było podzielenie Alfreda przynajmniej na dwie części.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 9 Paź - 20:48:13

Alfred zawsze traktował magię jak coś naturalnego. Od małego czuł ją, jak płynie w jego żyłach i jest jednym z jego ciałem. Towarzyszyła mu w życiu od zawsze, rozwijając się wraz z jego wyobraźnią. Alfred nie pamiętał już pierwszego zaklęcia, jakie stworzył, ale pamiętał, że miało związek z popołudniowym piknikiem w otoczeniu służby z mamą – drobną, bladolicą kobietą o oczach jak dwa kawałki lodu. Oczy Alfreda były ciemniejsze, bardziej miękkie, co kobieta zawsze postrzegała jako wadę.
„Jesteś za miły na ten świat, Alfredzie”, mówiła.
Alfred nigdy do końca się z nią nie zgadzał. Już wtedy był krnąbrnym dzieciakiem, przekonanym o własnej racji.
Roześmiał się ponownie, choć jego śmiech ginął w huku wiatru, odrywających się płyt marmuru i odgłosu rozpadającego się świata. Przyglądał się Arthurowi jak miotającemu się w potrzasku kociakowi, który próbuje drapać, prychać i syczeć, ale jest w tym wszystkim niezwykle rozkoszny.
(Choć gdyby miał parę metrów więcej zapewne rozerwałby mu gardło.)
- Och, to wcaaale nie jest standardowy tekst każdej innej osoby, którą spotkałem w moim życiu – zapewnił Arthura Alfred, obdarzając go promiennym, rozbawionym uśmiechem.
Jego oczy iskrzyły się rozbawieniem. Coś zakłuło go w pierś, ale Alfred zignorował to uczucie. Magia była jego przyjaciółką, ból był czymś, do czego musiał przywyknąć. Nie różnił się niczym od nocy spędzonych w chłodzie czy od obtartych kolan. Kolejna niewygoda na drodze do pełnej wolności. Mógł być kim chciał i nawet jego samopoczucie nie mogło stanąć mu na drodze.
Przyglądał się ogniu, który trawił proporce. Swąd spalenizny połaskotał mu nos. Alfred przyglądał się z nieskrywaną fascynacją płomieniom, które trawiły materiał. Nie był jednak przerażony. Zaabsorbowany – to prędzej.
O, właśnie. Był też głodny.
- No, na pewno nie. Ale co z tego? – spytał retorycznie Alfred, wzruszając ramionami. Zerknął od niechcenia na tworzące się kolosy. Podmuch wiatru zepchał go do poziomu gruntu, który Alfred musnął palcami. Nadął policzki.
Lubił lewitować, a tu proszę.
Nie umiał długo udawać nadąsanego, zwłaszcza po takich… Takich słowach! Alfred roześmiał się głośno i złapał się za brzuch.
- Och, Arthur! – Otarł niedostrzegalne łzy z kącików oczu. Pierwsza kamienna pięść napotkała mydlaną bańkę, która rozbryznęła się, oblepiając monstrum kwasem, który z sykiem zaczął rozpuszczać skałę. Dotknięty cieczą marmur pod stopami lewitującego Alfreda zaczął korodować w podobny sposób.
Alfred opuścił sztywno ręce. Rozpostarł palce, odwracając dłonie wierzchem do dołu. Odetchnął głęboko i zaczął powoli unosić je do góry. A wraz z nimi, pomiędzy pęknięciami gruntu, wystrzeliły strumienie wody, które zaczęły wślizgiwać się w przerwy i wyrwy pomiędzy marmurami obu istot, zamarzając i blokując ruchy monstrów. Alfred odetchnął ciężko.
- Nie potrzebuję pozwolenia i o nie nie pytam. Nie rozumiesz? Jestem tak wolny, że… - urwał.
Nie, to za wcześnie. Uśmiechnął się tajemniczo.
„Że gdyby nie ty, nie miałbym nawet celu.”
Alfred odsunął ręce ugięte w łokciach do tyłu i z impetem wyprostował je przed siebie. W tej samej chwili unoszące się nad jego głową resztki pierza z furkotem ruszyły w stronę Arthura, zmieniając się w cienkie ostrza z brązu, srebra i żelaza.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 9 Paź - 22:13:41

Alfred wciąż i wciąż się nim bawił, przeskakując z jednego miejsca w drugie, unikając ataków i odpowiadając swoją chochlikową, dziecinną magią na jego zaklęcia. A przy tym wiedział tak wiele, że ostatecznie zaczął sprawiać wrażenie złośliwego ducha. Arthur dostrzegał jego potęgę, ale to tylko sprawiało, że coraz bardziej go nienawidził. Nie zamierzał nikomu pozwalać igrać ze sobą w ten sposób. Jeśli słowa tylko bardziej prowokowały Alfreda, to żadnych już nie dostanie. Zresztą Arthur poczuł, że nie ma temu robakowi już niczego do powiedzenia: teraz wystarczyło go stosownie przydeptać powierzchnią buta.
A potem przygniatać i gnieść, miażdżyć aż do skutku.
Wielka kamienna pięść zamachnęła się na Alfreda. Drugi strażnik zrobił dokładnie to samo i tak oba stwory atakowały, nie przestając w momencie, gdy kwas zaczął je topić, a lód przymrażać do ziemi. Walczyły nie zauważając, że umierają. W końcu jednemu udało się zacisnąć topniejącą rękę na piórach płaszcza Alfreda. Strażnik zacisnął palce i pociągnął go do przodu, a w tym czasie Arthur, który kupił sobie wystarczająco wiele czasu. Zamknął oczy i pozwolił sięgającej po niego ciemności chwycić go i połknąć. Na ułamek sekundy znalazł się w miejscu, którego istnienia niewielu mogło doświadczyć. Wieczna noc, która otaczała i tworzyła Astrę, normalnie znajdowała się w innym świecie niż w rzeczywistym. Tutaj wszystko – nawet ciemność i gwiazdy – istniały tylko potencjalnie. Podobnie jak sama przestrzeń, więc Arthur przekroczył ją i, gdy otworzył oczy. Stał twarzą w twarz z Alfredem, bliżej niż na wyciągnięcie ręki. Na odległość oddechu.
Bardzo wyraźnie widział jego twarz, jego oczy, jasne jak niebo nad sybiliańską pustynią, skórę, czystą, bladą i piękną. Serce wściekle waliło Arthurowi w piersi, złocista magia otaczała go osiadającym mu na twarzy blaskiem, a on stał, dumny i wyprostowany, z ciemnym spojrzeniem rozjuszonego boga.
— Jesteś wolny – powiedział, po raz pierwszy, z cieniem humoru. A potem pochylił się prawie tak, jakby chciał Alfreda pocałować. Zamiast tego chuchnął mu w twarz swoim oddechem.
Mag mógł wpływać na świat myślą, ale nic nie było tak potężne, jak część jego samego: jak dotyk, jak krew, ślina albo oddech. Ten dotknął Alfreda w sam środek nosa i nagle pojawiło się tam pierwsze, bladoróżowe cięcie. Stróżka krwi pojawiła się ułamek sekundy potem.
Arthur wydmuchał z siebie kryształy: lśniące jak lód odłamki, ostre, srebrzyste i liczne. Zdawało się, że przeleciały znaczną odległość, zanim pierwszy z nich przebił skórę Alfreda. Zakręciło mu się w głowie, od przekroczenia granicy światów, od zaklęcia, od skuwającego mu gardła lodu. Jego wargi pokryły się szronem, a jego płuca zapiekły. Jednak widok dziesiątek odłamków wbijających się w miękką skórę jego wroga przyprawił go tylko i wyłącznie o gorące uczucie rozlewające się po ciele.
W tej samej chwili włożył w swoją dłoń resztę magii i wyciągnął ją, by chwycić za gardło Alfreda i ostatecznie z nim skończyć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 10 Paź - 0:59:37

- Och! – Wyrwało się Alfredowi, gdy jeden z kamiennych tworów złapał go za kołnierz. – Lubiłem te pióra! – Parsknął z przerysowaną dezaprobatą, marszcząc komicznie brwi. Pozwolił lodowym okowom rozsadzić od środka pierwsze kawałki skał, a czarny pył opadł mu na głowę i ramiona. Zdawał się doskonale bawić, choć nie zauważył chwili, w której Arthur zniknął. Zresztą było to mgnienie oka, nic więcej. Alfred w pierwszym ułamku sekundy nie pomyślał nawet o tym, że Arthur znajduje się tak blisko. Nie zdziwiło go to, nie zaskoczyło. Nie. Pierwszym uczuciem jakie poczuł, nie był nawet cień strachu. Zamiast tego… Zafascynowanie. Tak. Był zafascynowany, bo pierwszy raz widział coś takiego. Dopiero potem przyszło zrozumienie.
A wraz z nim ciepły oddech, który omiótł mu twarz, przynosząc ból. Pierwsze rozcięcia zapiekły, to było zaledwie drgnięcia. Ale kolejne, następne, coraz więcej. Krew powoli sącząca się wąskimi strumykami. Rozcięty łuk brwiowy, który zaczął zalewać Alfredowi oko. Dał się złapać, zaskoczyć. Coś skręciło się w jego żołądku, na myśl, że nie przewidział czegoś tak… Tak pomysłowego, frapującego i niesamowitego! Ale nie miał teraz czasu na rozbawienie czy ekscytację – z twarzy Alfreda po raz pierwszy w tej walce znikł uśmiech, zastąpiony czymś na pograniczu zamyślenia, zacięcia i spokoju. W oczach zaczaił się cień irytacji, ale Alfred był zły na siebie, że dał się podejść.
Nie spodobało mu się tu. Przeszkadzało. Nie tak. Czekał na tę chwilę od tak dawna, że to nie powinno być tak.
Na jedno oko przestał już widzieć, gdy spłynęła na nie gęsta, lepka krew. Prawym wciąż przyglądał się Arthurowi, jego dłoni. Bolało, piekło, kłucie. Magia wymykająca mu się z rąk, jakby obstawiała zakład. Więc to o nim sądziła? Ha, jej nie doczekanie.
Alfred zebrał w sobie siłę i, cóż, jak zawsze – nie myślał. Nie mógł myśleć – piekła go twarz, obraz Arthura rozmazywał się mu przed oczyma, czuł też gorejące powietrze od magii i aury, otaczającej Kirklanda. Więc teraz musiał coś zrobić. I zrobił. Odruchowo, instynktownie. Jak zwierzę.
Twarz. Dłoń. Czerwień na palcach. Ciepła posoka. Magia. Arthur mu podpowiedział. Alfred zadziałał. Cień Alfreda wystrzelił do góry, utkany z dymu, śmierci i przemijania. Był ciemny, gęsty, namacalny. Schwycił Arthura od tyłu, drżąc w roztańczonych, umierających płomieniach. Zacisnął swe szponiaste palce i cisnął nim w ostatku sił, przyjmując zapłatę krwi, której Alfred teraz miał sporo, by ją zaoferować. Coś zakłuło mięśnie Alfreda, zabolało w płucach. Alfredowi zakręciło się w głowie, kolana miał miękkie jak z waty.
- Wolność – powtórzył, czując językiem krew, spływającą mu po wargach.
Nie uśmiechał się już.
- Ten kraj pozna wolność, Arthur. Dlatego wybacz, ale nie mogę póki co umrzeć. Choć to miłe… - Urwał, odkaszlnął. – Że tak się o mnie… Troszczysz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 10 Paź - 13:06:26

Kryształy cięły jego skórę. W niektórych przypadkach wpadały w ciało głęboko jak pociski, ale głównie raniły płytko, krótko i ostro, ot, przebłyski jasnego bólu i wypływająca spomiędzy szram ciepła krew. Ten widok usatysfakcjonował Arthura, w końcu coś w nim zelżało, a w duszy pojawiło się jakieś przekonanie, że Blackstar robił większe przedstawienie, niż pokaz umiejętności. Mógł oszukać ludzi, ale nie Arthura Kirklanda.
Sięgnął więc do gardła Alfreda i ścisnął je jedną, przepełnioną magią, dłonią. Uścisk miał nieludzko silny, a jego palce wydawały się emanować lodowatymi płomieniami, gryzącymi, wypalającymi i jednocześnie mrożącymi. To będzie koniec, pomyślał impulsywnie. Zwiększył nacisk tak, żeby zabić chłopaka szybko i nagle – i właśnie wtedy poczuł, jak coś chwyta go od tyłu. Świat uciekł mu spod stóp, przewrócił się na drugą stronę, nagle rozmazał. Następne, co poczuł Arthur, to ból, który zaczął się w plecach i wybuchnął na całe jego ciało. Oślepiający, miażdżący i całkowicie dojmujący. Zalał go jak nagła fala.
Kiedy Arthur odzyskał przytomność, poczuł, że na wpół leży a na wpół siedzi oparty o ścianę, jego żebra emanują bólem, a oddech grzęźnie mu w ustach. Dusił się, z jego gardła wydobył się charkotliwy kaszel, plecy i klatka piersiowa zabolały tak, że na moment pobielało mu przed oczami. Nawet jego ramiona były tak sparaliżowane chwilowym bólem, że nie był w stanie podnieść leżących mu luźno wzdłuż ciała rąk. Jego magia rozpierzchła się we wszystkie strony, zostawiając wokół Arthura ślady srebrzystego szronu.
Dopiero po chwili coś w jego przełyku przepuściło do obolałych płuc oddech. Arthur zakrztusił się powietrzem, ale jednocześnie, świadomy zagrożenia, którego teraz nie miał siły odszukać wzrokiem ani nawet usłyszeć, spróbował się obronić. Wszystko, co przyszło mu teraz na myśl, to ogień, więc myślał o nim najintensywniej, jak potrafił, wiedząc, że to nie będzie idealna ani skuteczna magia. Ale przynajmniej będzie. Niech ogień go ochrania, gdy będzie ratować się przed tonięciem w szumiącym bólu.
Znów zaczął wzywać do siebie swoją moc i, choć ta przypływała zbyt powoli, to zaczęła go wzmacniać. Odgradzała go coraz bardziej od zranionego organizmu. Odetchnął z trudem, a kiedy jego wzrok zaczął się wyostrzać, poczuł, że również łzy bólu wyparowały z jego twarzy. Wszędzie wokół płonęły wysokie kolumny szalejącego ognia.
Przesunął się tak, że klęczał na kolanach, a następnie spróbował wstać. Jedynym rozsądnym wyjściem było teraz uciec, ale nie miał gdzie. Astra była całym osobnym światem, zamkniętym w szklanej kuli, a Alfred miał ją w swojej dłoni. Nie było gdzie ukryć się przed królem, więc, cholera, będzie musiał go zabić. Zresztą wcale nie chciał być rozsądny. Nawet, gdyby mógł, to zostałby tutaj, żeby wykończyć Alfreda.
Przytknął więc dłonie do rozgrzanej posadzki i zaczął mozolnie formować kolejne zaklęcie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 10 Paź - 18:16:31

To nie były mordercze i głębokie rany, ale było ich wystarczająco dużo, by twarz Alfreda okryła czerwona skorupa. Najwięcej posoki uciekało z rozcięcia ponad łukiem brwiowym, zalewając jego prawe oko. Alfred działał połowicznie na oślep. Pieczenie było koszmarne, aż chciało zdrapywać się je paznokciami, choć w niczym by to nie pomogło. Wszystko co zrobił potem było odruchem, a cisza, jaka zapadła w następnych sekundach, cennym czasem pozwalającym na oddech. O ochłonięciu nie było mowy.
Arthur leżał, odrzucony jak szmaciana lalka, ale Alfred byłby głupi, uważając, że to koniec. Zresztą sam nie był pewny, co właściwie mu zrobił, a więc jak bardzo ranił Arthura. Nie chciał go zabijać, co było głupotą. Wiedział o tym, ale nie chciał! Gdyby zrobił to… Nie, Arthura nie dałoby się tak łatwo zabić. Wiedział to.
Odetchnął.
Uspokój się, kretynie, nakazał sobie. On żyje i zaraz pewnie spróbuje cię zabić.
To była dość racjonalna myśl, pomyślał Alfred. Chwilę później zaś skrzywił się, zgiął w pół i zwymiotował ślinę i krew. Wąską stróżkę, która szybko zniknęła, pochowana pod marmurem. Nie, nie mógł skupiać się na słabości, choć gardło, ściśnięte magią i dłonią, bolało jak diabli, a Alfreda w następnej chwili zaatakował związany z tym atak kaszlu.
To nie był koniec.
Zrobił kilka kroków. W ciszy, która pęczniała umierającym światem, zniszczonymi magią resztkami dawnego królestwa pików. Wszystkie dźwięki łamania i pękania dochodziły do Alfreda jak stłumione. Wszystkie swoje zmysły skupił na Arthurze, przyglądając się jednym okiem drgającemu wokół magia powietrzu.
- Bogowie, ale jesteś uparty – wychrypiał szeptem. Poczuł dreszcz na dnie żołądka. Sama obserwacja woli walki i celowości Arthura dostarczała mu dziwnej ekscytacji, mieszającej mu wnętrzności.
Odetchnął ciężko i zamrugał, resztki krwi lepiła mu rzęsy.
- To wspaniałe – przyznał cicho, tak, że Arthur mógł tego nie dosłyszeć. Nadal dzieliły ich metry, a Alfred szedł wolno, z trudem, krztusząc się i kaszląc raz po raz.
Wiedział jednak, że to nie koniec. Czuł w kościach nadchodzącą falę, ostatni atak.
Cóż.
Chciałby stwierdzić, że nie tak sobie to wyobrażał, ale byłoby to kłamstwo. W swoich wyobrażeniach po prostu był bardziej zajebisty.
Teraz zaś po prostu strzepnął z dłoni kropelki puchu, zmieniając je w ciemne pióra, które zaczęły zlepiać się ze swobodą, tworząc całun. Płachta piór o metalicznym zapachu krwi, opadła na Arthura, przygniatając go do ziemi ciężarem. Gdzieniegdzie zatliła się ogniem i do nozdrzy Alfreda doszedł swąd spalenizny. Tłumił pożar w zarodku, choć nie wiedział, czy to zadziała. Cofnął się, gdy jęzor ognia wystrzelił na moment pomiędzy czarnymi piórami, by potem zamrzeć, pogrążając ich znowu w dziwnej, nie do końca zdefiniowanej ciszy. Alfred znowu zbliżył się chwiejnie do Arthura.
- Słuchaj, to nie ma sensu, więc powiedzmy, że to był remis? A potem możesz znowu próbować mnie zabić, czy coś, ale teraz jestem głodny i trochę zmęczony. Wszyscy mogli spać przez ostatni tydzień tylko nie ja i uważam… - Urwał, pozwalając sobie na atak kaszlu. Mówił cały czas zachrypniętym szeptem. – Że to bardzo nie w porządku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 10 Paź - 20:50:38


Coś opadło na niego i przylepiło mu się do pleców, przylgnęło do ramion, a na końcu przygniotło do podłogi. Arthur poczuł, jak jego magia rozpierzcha się znowu na wszystkie strony, zostawiając go obolałego, rannego i słabego. Razem z nią rozmyła się ostrość umysłu i znowu myślał wolniej, ciężej, a właściwie to w ogóle nie myślał. Kierował nim instynkt, emocje i to, co już sobie ustalił wcześniej. To, że nie skończy klęcząc przed kimkolwiek, że nie przegra, duma, wściekłość i jeszcze więcej dumy. Spróbował się podnieść i zrzucić z siebie gumiastą, lepką magię Alfreda. Próbował też pochwycić z powrotem swoje własne moce, ale problem polegał na tym, że teraz cały świat był przeciwko niemu, a pod władaniem jego wroga. Nie walczył tylko z Alfredem: walczył z magią Króla Pik.
Ktoś mógłby powiedzieć, że nie wstyd jest z nią przegrywać, ale Arthur był na siebie wściekły. Wstawaj, myślał, podnieś się, no już, rusz się!
W końcu podniósł na Alfreda rozjuszone spojrzenie. Twarz miał zmrożoną w masce dumy i nienawiści.
— Nie przestanę... dopóki nie umrzesz – wycedził. Każde słowo i każdy oddech powodowały ból w jego klatce piersiowej, więc przychodziły mu z zauważalnym trudem. Nie przerwał jednak i zmuszał każdą komórkę swojego ciała do napięcia, walki z zrzuconym na niego płaszczem.
— ...chyba, że zabijesz mnie... pierwszy...
Przerwał. Drżał na całym ciele, ale teraz jakby znieruchomiał. Powietrze wokół niego drżało, ale nie potrafił pochwycić swojej magii. Nie potrafił nawet wstać, przygniatany magią Króla Pik.
W tym wszystkim postanowił jednak wykrzywić wargi w coś, co tylko w teorii mogłoby przypominać uśmiech.
— Czego nie możesz zrobić, mały, cuchnący śmieciu. – Zimno i dobitne.
Opuścił głowę i zamknął oczy, próbując jakkolwiek się skupić. Napływały do niego tylko różne sygnały bólu, które dalej zagłuszały rozsądek. Zmarszczył groźnie brwi.
— Nie jesteś królem. Nie... będziesz potrafił...
"Ja jestem królem. Ja muszę zostać królem."
Po tym Arthur parsknął pojedynczo, co bardziej przypominało szczeknięcie niż próbę szyderstwa. A później zamilkł, świadomy tego, dalsze słowa nie miały sensu, nie wiedział, od czego miałby z nimi zacząć. Spróbował skupić się na zrzuceniu z siebie peleryny, ale, chociaż walczył, to ona ciągnęła go w dół, fizycznie i psychicznie, z taką łatwością, że siły uchodziły z niego jeszcze szybciej. Odetchnął z trudem. W jego płucach nie było miejsca, ale chłopak też był zmęczony, szkło i kryształy w jego skórze były zatrute. Więc, gdyby tylko teraz dokończyć sprawę... zanim naprawdę urośnie w siłę...
— ...kontrolować. Niczego. Zgni...jesz od środka. Zo...baczysz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 10 Paź - 22:57:46

Alfred zerknął na Arthura jednym okiem. Na drugie już nie widział i nawet nie próbował go otwierać, zalepionego warstwą zeschniętej krwi. Miał jej krople wszędzie – na brwiach, we włosach, zrosiło mu strój – świeże wykwity obok starych. Cała jego twarz była czerwona od ran. Alfred pomyślał, że to szkoda.
Lubił swoją twarz.
- Tak, wiem – stwierdził po prostu, pocierając policzek, który zabolał go od tego jeszcze bardziej. Skrzywił się lekko, po czym wydął usta.
Zrobił coś, co chyba miało przywodzić na myśl nadąsaną minę, ale średnio mu wyszło. Bolało, ale Alfred nie czuł się zły na Arthura. Spoważniał tylko dlatego, że zaistniało ryzyko. Arthur był dobry. Arthur był świetny. Alfred nie spodziewał się niczego mniej, a i tak pozwolił sobie go nie docenić. Jak to świadczyło o tym magu!
Och, Alfred był nim zachwycony. Wiedział, że nie pomylił się tyle lat temu. Choć w tej chwili Arthur był zaledwie kolejnym trybikiem jego planu. Musiał myśleć dwojako. O swoich wszystkich pragnieniach. A miał ich tak wiele jak możliwości i myśli, które nawiedzały jego głowę. W tej samej chwili rozważał, że wszystko go boli, że może jednak faktycznie umrze, a ponad to, zastanawiał się co zjeść, czego się napić, jak upamiętnić Gilberta i co dokładnie zrobić z Arthurem.
Przy okazji uznał też, że przyda mu się nowe ubranie.
I twarz.
Odchrząknął. W gardle nadal nieznośnie go drapało i ledwo mógł mówić, przełykając intensywnie ślinę (krtań piekła go od wymiotów). Jednak nie powstrzymywało go to przed odpowiedzią.
Alfreda nigdy nic nie powstrzymywało od mówienia.
- Zrozumiałem to za pierwszym razem, wiesz… - Alfred przysiadł w niewielkiej odległości od Arthura. Za jego plecami wyrósł szary, granitowy filar zupełnie przypadkiem, ale Alfred chętnie oparł o niego plecy. – Fakt, nie mogę – przyznał obojętnie Alfred.
To była ta cięższa sprawa, zwłaszcza przy przekonaniu Arthura. Alfred od początku wiedział, że sama rewolucja bez wsparcia wyższych warstw umrze w zarodku. Nie był idiotą ani stuprocentowym naiwnym marzycielem (był nim w pięćdziesięciu procentach).
- Może tak, może nie. Zobaczymy jak sam powiedziałeś. Co z tego? – spytał retorycznie. – Każdy od czegoś umiera. Mogę zgnić od środka, byle mieć dość czasu i dobrze się bawić, prawda? – Uśmiechnął się. Prawie. Nie do końca mu to wyszło, bo twarz miał ciężką od bólu i zakrzepniętej krwi. – To moja wolność, ale dość już o mnie. Porozmawiajmy o tobie. Co ty na to? Bo mam dla ciebie propozycję. Zamiast cię zabijać, co jest mało ekonomiczne i koszmarnie głupie, możemy pójść sobie na rękę. Ty udzielisz mi wsparcia, a ja z kolei… Hm, głównie dam ci szansę zabić mnie na wiele bolesnych sposobów przez cały czas moich rządów?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 11 Paź - 7:56:47

Chłopak mógłby mu teraz wyjawić, że tak naprawdę jest jego dobrą wróżką i będzie słuchał jego wszystkich rozkazów, a Arthur i tak chciałby go zabić. Przyglądał mu się właśnie takim spojrzeniem, rozdrażnionym, morderczym i jednocześnie rozkojarzonym. Przed sobą widział bardziej plamy i kontury; czerwonej i spuchniętej twarzy Alfreda, jego wymiętych ubrań i pozycji, w jakiej usiadł niedaleko. Nie potrafił skupić się bardziej, pachnący krwią i skórą płaszcz ciągnął go do ziemi, czaszka pulsowała tępo, magia ulatywała. Starał się ją łapać, przyzywać, jej obecność stłumiłaby fizyczne objawy i pozwoliła mu myśleć, ale równie dobrze mógłby być zwyczajnym człowiekiem próbującym pochwycić wiatr. Nienawidził siebie takiego, tak słabego, ludzkiego, tak brudnego i wyrwanego ze swojej roli... Ale jeszcze bardziej nienawidził Alfreda za wszystko, co mu zrobił.
— Zamknij... się – wymamrotał niewyraźnie. – Gdy...byś miał odwagę przyjść... do mn..ie... przed... mocą króla... Zgniótłbym cię. Jak ro...baka, którym je...steś.
Wykrzywił z wściekłością wargi na sugestię, że Alfred mógłby go zabić. Coś się w nim wzburzyło i choć nie było wystarczająco silne, to objawiło się w jego oczach. Arthur Kirkland nie bał się śmierci. Był zły, że ktoś mógłby mu ją sugerować, tak bardzo zły, że obiecał Alfredowi zemstę bez względu na wszystko. Prychnął też pogardliwie, rozważając słowa, które dochodziły do niego bardzo powoli. Rozmowa między nimi bardziej przypominała Alfreda mówiącego, a Arthura nieprzytomnie patrzącego na niego z niemym przekleństwem. Na jego wysokim bladym czole pojawiły się kropelki zimnego potu, pod oczami zalęgły się głębokie sine cienie. Emanował, jeśli nie magią, to wściekłością.
Przez chwilę wydawało się jednak, że niemal rozważa słowa Alfreda. Później jednak wydął pogardliwie wargi i odparł, tym samym niskim, groźnym tonem:
— Pluję na ciebie. Dalej... spróbuj. Pora...dzić sobie... beze mnie, ty... głupcze.
Urwał gwałtownie, żeby jakoś złapać oddech. Wciąż przebywał w pozycji, w której w połowie klęczał, a w połowie kucał, opierając się dłońmi o posadzkę. Jego świat kołysał się jednak na wszystkie strony jak łódź na rozszalałym morzu. Mdłości gryzły go w żołądek i sięgały aż do przełyku.
— Pieprzyć two...je rządy... – dukał z trudem, ale z wielkim poświęceniem i zacięciem. Sam nie był nawet pewny, co mówi, w ogóle nie myślał. Po prostu wyrzucał z siebie złość i furię i zaraz wyrzuci też coś bardziej namacalnego. Póki co przełykał żółć, próbował trzymać wszystko w żołądku. Wymioty były znacznie poniżej dumy Arthura Kirklanda.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 11 Paź - 14:59:00

Alfred siedział przez chwilę w ciszy, obleczony w postrzępiony, starty płaszcz, który i tak nie potrafił go rozgrzać. Chłód przesiąkał palce i kości Alfreda, wraz z opadającą adrenaliną i obezwładniającym spokojem. Powietrze pachniało świeżą rosą i rozkwitającymi pąkami kwiatów, co kontrastowało z czernią i półmrokiem wielkiej hali. Alfred przyglądał się jej w dłuższej ciszy, zapominając o tym, że powinien coś zrobić – albo przynajmniej odpowiedzieć. Choć przecież do Arthura i tak nic nie docierało. Ciężka decyzja.
- Nie zwróciłbyś na mnie uwagi – zauważył bardziej do siebie niż do Arthura. Jakby stracił wreszcie nadzieję na sensowną rozmowę.
Zresztą sam był zmęczony, obolały i zraniony. Wiedział, że to koniec walki, ale jeszcze czekało go tak wiele do zrobienia…
Miał ciężkie powieki.
- Tak, tak. Wiem. – Pokiwał głową. – Nie obrazisz się, jeśli obaj zaśniemy? Wydaje mi się, że to dobry pomysł. Jestem zmęczony. Ty chyba też. To tylko chwila, a potem dalej możemy się mordować, czy coś.
Piekła go twarz, choć teraz nie docierała do niego pełnia bólu, jego ciało zamykało się na wszystkie bodźcie, a zimny pilar był nawet wygodny.
- Tylko chwila – burknął, zamykając oczy.
Miał szczerą ochotę na kanapkę z kurczakiem.

Pomieszczenie niewiele się zmieniło od ostatniego razu. Nadal było duże i przestronne. Nadal nie miało okien. Wciąż nagie ściany zdobiły geometryczne arrasy. Tylko światło karminowych płomieni tliło się jaśniej niż poprzednio, żywiej niż królewska purpura, która dawniej oblewała twarze mieszkańców zamku sinymi cieniami.
No i Alfred trzymał w dłoni kanapkę, co też było istotną zmianą – wreszcie nie był tak strasznie głodny. Prócz tego jego twarz była niedbale obwiązana nadmierną ilość powydzieranego z materiału bandaża, który nasiąknął krwią. Alfred niezbyt zdolnie czy starannie owinął się pasami po całej głowie, zostawiając otwór na jedno oko, nos i usta, a także gdzieniegdzie kępki jasnych włosów. Wyglądał groteskowo.
Ale kanapka była smaczna.
Tym razem też nie stał, ale siedział w głębokim, miękkim fotelu, otoczony bańką mydlaną, której cienka powierzchnia błyskała w niespokojnym blasku płomieni. Alfred uśmiechał się, ale nie do końca szeroko. Twarz piekła go żywym ogniem i trawił ją ból. Każda z ran żyła własnym życiem i Alfredowi udało się zamknąć tylko te najpłytsze. Nigdy nie był dobry w leczniczej magii. Miał za mało cierpliwości. Poza tym czuł przemieszczające się pod skórą, rwące mięśnie drobinki kryształu, które raz po raz powodowały, że Alfred krzywił się nagle i bez ostrzeżenia, albo jego twarz nawiedzał upiorny, nieświadomy grymas.
Poza tym wydawał się prawie spokojny i prawie zadowolony, pałaszując niewielkimi kęsami kanapkę.
Tymczasem jego żołądek skręcał się z bólu.
- Cześć, Arthur. Jesteś już trochę bardziej spokojny? - spytał uprzejmie pomiędzy jednym kęsem a drugim.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 11 Paź - 16:33:37

Nagle bezmyślnie patrzył się w śliwkowy, powiewający sufit. Ból przypominał rojowisko os, był skupiony, bzyczący, kąsał i przesuwał się po skórze, nasilając przy kręgosłupie i rozlewając na boki. Arthur zdał sobie sprawę z tego, że sufit to tak naprawdę baldachim królewskiego łoża, a on leży wśród poduszek, na śliskiej, jedwabnej pościeli. Natychmiast usiadł, zaciskając zęby i krzywiąc się z irytacją. Przy oddychaniu wciąż czuł kłucie, ale teraz wszystko wydawało się bardziej przytłumione: wiedział, że to dlatego, że jego magia wróciła do niego, wypełniając wnętrze i kości, ale jednocześnie czuł, że nie jest jedyna. Coś oprócz niej lśniło i oplatało go od środka. Nie czyniło cudów, ale niedbale próbowało robić cokolwiek. Arthur rozpoznawał tę magię.
— Ty.
Myślało mu się jaśniej, ale rzeczywistość i tak go przygniotła. Poczuł zmęczenie na skraju wyczerpania, bo nie pamiętał, kiedy ostatni raz cokolwiek było normalne albo szło po jego myśli. Najpierw ceremonie przed mianowaniem go na królową. Walczył przed oczami króla, żeby pokazać mu siłę swojego ciała i magii, a następnie uśpiono mu i kazano stawiać czoła różnym problemom mistycznej natury, co miało wzmocnić jego ducha. Przebrnął przez to wszystko z zacięciem, nie mając wyboru i nie wiedząc, jak beznadziejnie bezużyteczne to wszystko będzie, kiedy się obudzi. Teraz przekroczył chyba jakiś własny limit, bo poczuł, jak staje się wypruty ze wszystkiego, spokojniejszy, oczyszczony.
A potem zobaczył Alfreda i w środku znowu trafił go szlag. Tym razem Arthur utrzymał to w sobie, choć jego oczy zabłysnęły zimno. Wyglądał przez to jak rozczochrane i udręczone bóstwo podziemi: pół siedząc na wspaniałym łożu w swoich zniszczonych ceremonialnych szatach, ze skórą barwy świeżego śniegu i głębokimi cieniami pod oczami.
Było tak samo jak poprzednio, tyle, że teraz zdrajca nosił bandaże i jadł kanapkę. Arthur odetchnął. Walka odegrała się na nowo w jego głowie i uświadomił sobie, że ostatnie, co pamięta, to moment, w którym zaciska dłonie na gardle Alfreda, a coś szarpie go od tyłu. Cokolwiek się wydarzyło, był teraz tutaj i miał ochotę zamordować go nawet bardziej. Mimo to odetchnął i milczał, podczas, gdy informacje w jego głowie zaczęły układać się w jakąś całość. Przede wszystkim, zaakceptował to, że świat się zmienił, a razem ze światem, wszystkie dotychczasowe zasady. Skoro nie pokonał chłopaka za pierwszym razem, a teraz czuł się słaby, to jaki był sens próbować zabijać go już teraz? Żaden. Żaden, więc...
Przesunął palcami po jedwabnej pościeli, delikatnie i z namysłem. Popatrzył na Alfreda. Już drugi raz budził się tutaj, w jego towarzystwie, żywy. To oznaczało, że obaj doskonale wiedzieli, że Arthur Kirkland jest w praktyce istotniejszy niż jakikolwiek król pik.
— Nie wiem, co próbujesz osiągnąć... tymi bandażami, ale to nie zadziała – zaczął Arthur powoli. – Gdzie są twoi medycy?
Pierwszy raz odezwał się do niego niemal zgodnym tonem. Choć nie było w tym ani krzty ciepła ani prawdziwego zainteresowania, to i tak poczuł się jakby zmuszony do przełknięcia czegoś gorzkiego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 11 Paź - 23:48:12

- Ja. – Alfred pomachał Arthurowi kanapką, w którą wgryzł się, choć ból wręcz paraliżował mu twarz. Jakoś jednak udało mu się uszczknąć kolejny kęs. Zaczął go przeżuwać bardzo powoli, kontemplując widok bladej, zmęczonej twarzy Arthura i jego intensywnie zielonych oczu, w których widział cień płomienia, którego doświadczył wcześniej.
Fascynowało go to.
Sam Alfred w porównaniu do Arthura, który nawet wyczerpany prezentował się dumnie, wyniośle i wspaniale, wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy. Postrzępiony, wytarty, mimo to wyprostowany – ale znowu, z twarzą przykrytą stertą niedbale założonych bandaży, przez co nie było widzieć nawet resztek jego przystojnej twarzy (teraz i tak makabrycznie napuchniętej, zaczerwienionej i pełnej resztek skrzepniętej krwi).
Nawiasem mówiąc to ostatnie gwarantowało, że odrywanie pasów materiału będzie bardzo bolesne.
Alfreda zastanawiało, co zrobi Arthur. Czy będzie spokojny i opanowany, czy jednak potrzebuje jeszcze czasu? Rozumiał, że z perspektywy Arthura zrobił coś niewybaczalnego, ale oczywiście, nie żałował tego ani trochę. Na wszelki wypadek wzmocnił bańkę, która go otaczała i skupił spojrzenie oraz uwagę na Arthurze. Co było łatwe, bo Arthur był jedynym ciekawym elementem otoczenia.
Mimo to Alfred już po chwili złapał się na tym, że przy okazji rozważył jeszcze, co powinien zrobić z resztą osób. Czy skoro Arthur obudził się, oznaczało to, że i inni wkrótce otworzą oczy? Pewnie było coś na ten temat w księgach czy innych zapiskach, ale Alfred naprawdę nie miał do tego cierpliwości. Uznał, że jeśli poczeka to w końcu wszyscy się ockną. W końcu ilu uzurpatorów nie wiedziało o tym małym szkopule? A przecież miasto jakoś funkcjonowało.
- Póki co nawet zdaje egzamin. Jako coś przechodniego… - urwał i zastanowił się. – Śpią? Ty też spałeś. Długo, ale krócej od innych. Wstałeś jako pierwszy, ale nie oczekiwałem po tobie niczego mniej, tak? Reszta… Cóż. Nie śpieszą się. – Zrobił sztucznie oburzoną minę. – Więc póki co nie będziesz próbował mnie zabić i wyzywać? To miłe. – Skinął głowa. – Wybacz, ale z tego powodu tobie też póki co raczej nie mogę zagwarantować czegoś lepszego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 12 Paź - 9:41:38


Arthur wykrzywił twarz tak, jakby coś go zabolało.
— Nie wiesz nawet jak wybudzać ludzi? – zapytał pogardliwie.
Alfred wyglądał teraz żałośnie, tak normalnie i ludzko, z tymi nierówno związanymi bandażami przesiąkniętymi krwią, z kanapką, w starych i brudnych ubraniach. Jego twarz nie była już tak piękna ani zajmująca. To wszystko było dla Arthura zbyt uwłaczające. Zupełnie jakby jego przeciwnik ani razu się nie starał, a i wszystko do tej pory uchodziło mu na sucho. W przeciwieństwie do niego. Przez całe swoje życie Arthur nie robił niczego poza staraniem się i... oto była jego nagroda. Rzeczywistość przewróciła się do góry nogami, podwinęła pod nim jak dywan i zostawiła go z siniakami i stłuczoną kością ogonową.
— Więc co ty w ogóle wiesz o tym, co zrobiłeś i czym się stałeś? – zapytał spokojniej. Tym razem zamierzał zachować przynajmniej jakąś godność. Zmarszczył brwi i poruszył się, przechylając do przodu i powoli kładąc nogi na podłodze. Król preferował turkusowe i ciemne marmury, teraz było tutaj drewno. Arthur nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz ściągał te buty. Czuł jakby ubrania obrosły mu skorupą na obolałym ciele. Wyprostował się, najpierw spojrzał na Alfreda, a później zwrócił uwagę na wnętrze swojego ciała. Zamilkł, wydawało się nawet, że przestał słuchać swojego przeciwnika. W praktyce próbował wzmocnić i naprawić swoje ciało, plótł więc zaklęcia rozważnie, a następnie wypuszczał je tak delikatnie jakby wydmuchiwał w powietrze mydlane bańki. Pierwsze z nich rozwinęło się w ciemności jak świetlista nić. Jego myśli uspokoiły się, choć wciąż pędziły przed siebie, głos, którym wyszeptywał zaklęcia, mieszał się z tymi, które próbowały zrozumieć sytuację, a wraz z nią, Alfreda, nowego króla Pik.
Po chwili ponownie otworzył oczy.
Nie wybuchnął. Nie widział sensu. Coś niedobrego działo się z jego organizmem, a w swobodnych ruchach i oddechach pomagała mu teraz magia Alfreda. Tego samego Alfreda, który, kimkolwiek był, zniszczył Astrę, stał się Królem Pik, doprowadził go do nieprzytomności ("wygrał" nie było słusznym słowem), zrujnował wszystkie jego plany, ale nie zabił. Tak, nie zabił. A to znaczy, że naprawdę nie był aż tak głupi, na jakiego wyglądał. — Nie potrzebuję pomocy – zaczął powoli, z namysłem stawiając każde słowo.
Zmierzył Alfreda spojrzeniem, prostując się przy tym nieco bardziej i unosząc podbródek.
— Ale ty potrzebujesz mojej. Nie ma wytłumaczenia na twoje zbrodnie, ale mimo to cię wysłucham.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
 
Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 29Idź do strony : 1, 2, 3 ... 15 ... 29  Next
 Similar topics
-
» Nauczyciele fabularni
» Tysiąc reakcji na tysiąc sytuacji
» Kronika rodu Bolton
» Ludzie Baratheonów
» Ludzie Tully'ch

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Cardverso-ms-
Skocz do: