IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 16 ... 27, 28, 29
AutorWiadomość
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 8 Kwi - 9:59:19

Alfred otworzył szeroko oczy. Świat naokoło niego rozpływał się w barwne, mieszające się ze sobą plamy, otaczające go ze wszystkich stron, zaciskające się na jego zmysłach w niewyraźnej, niemalże ślepej klatce. Wciąż widział światło, kolory i życie, nie było w tym jednak zbyt wiele pocieszenia. Mógł patrzeć na twarze znanych mu od dziecka osób na odległość oddechu i nadal nie widzieć niczego. Ich rysów, piegów, zarostu na brodzie, wyrazu oczy. Wszystko to zostało mu odebrane.
Dobrowolnie, o czym musiał pamiętać. Choć nie pamiętał.
Alfred zacisnął mocniej palce na śliskim materiale spodni. Siedział po turecku na aksamitnej, obszytej srebrem poduszce w granatowych barwach pików. Pochylały się nad nimi osoby, które potrafił nazwać, ale nie wskazać. Słyszał znajome głosy, choć w tej chwili wszyscy dla niego byli jedną masą, która tłamsiła go swoją jednorodną egzystencją.
Alfred wystarał się o uśmiech.
- Trochę lepiej – zauważył pogodnie.
Żałował, że nie widzi wyrazu oczu. Chyba za tym tęsknił najbardziej. Mówił mu zawsze tak wiele.
Ktoś położył dłoń na jego ramieniu. Alfred doskonale znał ten dotyk. Obrócił głowę. Kolejna, kremowa tafla bez niczego. Nie mówiąca mu nic, nie wywołująca żadnych odczuć i wspomnień.
- Alfred, nie ma sensu, żebyś kłamał. Musimy wiedzieć, jeśli mamy coś na to poradzić – zauważył cicho i cierpliwie lekarz, który towarzyszył mu od małego i ze wszystkich zgromadzonych naokoło niego osób znał go najlepiej.
Alfred drgnął. Jego plecy nieznacznie zgarbiły się pod naporem ciążącego mu bardziej emocjonalnie niż fizycznie nacisku. Nadal się uśmiechał.
- Nie ma sensu, żeby tak bardzo to przeżywać. Dam sobie radę – odparł spokojnie.
Kłamał. Był ślepym królem. Rozgrzany magią pierścień piekł skórę na jego palcu przy każdym dotyku drugiego ciała. Mimo to Alfred nie zamierzał się poddać, choć wątpliwości nadchodziły zawsze wtedy, gdy zostawał sam.
Ostatnio nie widywał Matta.
Odtrącił od siebie tę myśl.
- Będzie dobrze. Cokolwiek się stało, na pewno jest jakiś sposób, a jeśli nie ma, wynajdziemy go, tak właśnie to działa, nie?
Alfred dopowiedział sobie, że lekarz zmarszczył brwi. Nie umiał tego stwierdzić.
- Alfred…
Młody król roześmiał się.
- Tak, wiem, że brzmię naiwnie. Ale to dobrze, wtedy tym bardziej zaskoczę tych, którzy już postawili na mnie krzyżyk, prawda?

Alfred nie szedł. Nie do końca. Jechał w powozie, osłonięty bańką niedostrzegalnej magii, wyprostowany i dumny, jakby nie był wcale ślepy. Spojrzenie miał zamglone, ale nie niewidzące, bardziej zamyślone – a przynajmniej tak przekonywano go, gdy wsiadał na wyściełaną drogim materiałem, rzeźbioną w czarnym drewnie ławę. Duże koła o złoconych osiach zaczęły toczyć się przez wybrukowaną szarym kamieniem ścieżkę, podskakując lekko. Niewygodna była odczuwalna nawet na miękkim siedzeniu władcy, choć Alfred czuł się jak ostatni idiota, jadąc jak jakaś lalka. O niebo bardziej wolałby siedzieć teraz na koniu, nawet iść na piechotę, ale wiedział, że byłaby to najgłupsza decyzja w jego życiu. Może druga – zaraz po sprzedaniu swojego wzroku.
Gdyby pamiętał coś więcej z tego spotkania. Czy chodziło tylko o to?
Zmarszczył brwi, pozwalając myślom odpłynąć, unieść się ponad jego głową, rozproszyć – nadając autentyczności wyrazowi jego oczu.
Nie odprowadzały go radosne okrzyki, raczej ponura, miejscami grobowa cisza. Nie wiedział, czy ktokolwiek w tłumie się uśmiecha. Może nieliczni. W tym miejscu jednak z całą pewnością nie był bohaterem. Nie był królem tych ludzi, których jedynym bohaterem był Vertis, człowiek, który pozwolił wzbogacić się ich miastu, pomógł tak wielu ludziom, a w rzeczywistości przez lata przeżywał swoją nieszczęśliwą miłość.
Ale czy tylko on tak miał? Alfred przypomniał sobie o dziewczynie. Nadal nie wiedział, co zrobił z nią Arthur i choć powinien się tym interesować, czuł, że go to nie obchodzi. Dziewczyna nie miała już znaczenia, a jednak poszła posłusznie za Arthurem bez słowa. Nigdy nie przestała go kochać.
Czy był taki sam?
Przypomniał sobie słowa Arthura. Czy to o to mu chodziło? Że Alfred jak inni bezwolnie podda się urokowi Arthura i nic ponadto nie będzie umiał zrobić.
Alfred bawił się nieświadomie złocistą, okrągłą monetą. Nawet nie wiedział, kiedy znalazła się w jego palcach. Pewnie sam ją stworzył. Takie rozwiązanie przeszło mu przez myśl. Moneta była ciężka i chłodna w dotyku, zręcznie – bo w odruchu – przemykała przez jego palce, pozwalając zająć dłonie.
Z czystej przekory chciał powiedzieć, że nie będzie taki jak inni. Nawet ślepy był Alfredem.
Aż Alfredem.
Dobry żart. Przypomniał sobie twarz w srebrzystej, przepełnionej oddechem śmierci tafli.
Po raz pierwszy zastanowiło go, jakim królem faktycznie był jego ojciec. Jak doszedł do władzy? Jak rządził przez pierwsze lata?
W końcu nikt już tego nie pamiętał.
Zamrugał. Za późno zrozumiał, że zamieszanie pojawiło się po jego lewej stronie, nie widział go, a jedynie słyszał… Coś. Krzyki. Spojrzał niewidzącą w tamtą stronę, nie rozumiejąc co się dzieje. Dostrzegał tylko granatowe mundury, falujące przy gwałtownych ruchach kolorowe sylwetki, siłujące się z barwami szarości, czerni i beżu.
Alfred zamrugał. Pochylił się w tamtą stronę. Ledwo powstrzymał zmrużenie oczu, które zbyt wiele by zdradziło. Nie mógł tego zrobić.
- Chcieliśmy…! – Kobiecy głos przebijał się gdzieś ponad wrzawą. Czy to ona wyrywała się z objęć strażników? A może ktoś inny? Jej mąż, syn, brat. Przyjaciel? A może inny obserwator, nieznany jej zupełnie?
Skąd miał wiedzieć. Nie potrafił nawet powiedzieć gdzie stoi.
- Chcieliśmy tylko bezpieczeństwa, nie kolejnego potwora!
Alfred drgnął. Zacisnął usta w wąską linię. Więc tak go widzieli? Jako kolejnego, po jego ojcu, potwora?
Otworzył usta odruchowo, choć nie miał pojęcia, co chce powiedzieć. Co mógłby? Może kobieta miała rację? Wszystko już zaczynało się zacierać. Alfred nie zamierzał poddać się wątpliwością, ale był tylko człowiekiem. Czasami brały górę, tak jak teraz, pod naporem zbyt wielu wrażeń z ostatnich dni.
Z powodu tak dużej straty.
- Ten mag to potwór nie człowiek! Jest potworem, najgorszym z nich wszystkich!
Alfred zesztywniał, nadal oparty o lewe drzwiczki powozu, z ustami rozwartymi do odpowiedzi.
Dopiero po chwili zrozumiał, że kobieta nie krzyczała o nim.
Krzyczała o Arthurze.

Okulary zsuwały mu się z nosa. Były za duże, niedopasowane. Nieskuteczne. Nie do końca. Nieznacznie wyostrzały obraz, nadawały sylwetkom bardziej ograniczone kształty, ale Alfred nadal poruszał się w świecie cieni barw, a nie ludzi i przedmiotów.
Nie zaczynał też do tego przywykać, choć po części oczekiwał takiego rozwoju wypadków. Za późno zrozumiał, że w rzeczywistości ma więcej w sobie naiwnej nadziei niż się spodziewał.
Do tej pory zawsze jakoś się udawało, więc dlaczego teraz nie miało? To nie mieściło się w jego umyśle. Alfred, wbrew pozorom, nie nawykł do porażek.

Morska bryza uderzyła go w twarz. Alfred stał na obszernym balkonie, patrząc na otaczający go mrok. Pocieszał się, że w ciemności i tak nie dostrzegłby kształtów, przez co czuł się tylko odrobinę lepiej, wzdychając pachnące algami i butwiejącym drewnem wody, ponad którymi unosił się też dziwny, ulotni, nieznany Alfredowi zapach. Młody król zmarszczył nos i wychylił się mocniej za poręcze, dłońmi mocno chwytając rzeźbione drewno barierki. Noc była chłodna, tonąca w odgłosach wielkiego festynu, który niósł za sobą zapach płonącej sośniny. Przytłumiona muzyka docierała do uszu Alfreda wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej. Bez wzroku musiał polegać na innych zmysłach, ale w rzeczywistości tylko jeden z nich zaczął faktycznie rozumieć.
I nie był to żaden z tych fizycznych.
Alfred przymknął oczy i w ułamku sekund zatopił się w ciężkiej, lepkiej, smolistej rzeczywistości magii. Czuł się tak, jakby jego dusza oderwała się od ciała. Unosił się jak świetlista, blada postać pośrodku nicości. W tym świecie nie potrzebował wzroku, widział wszystko wyraźnie, znacznie lepiej niż do tej pory. Zastanowiło go, jak długo nie myślał o tym, bo zaprzątało go wszystko inne, teraz jednak dostrzegał znacznie więcej niż do tej pory. Nie tylko ogniki magii, których na samej wyspie było dużo – przez świtę Arthura. Widział zarówno mocne płomienie jak i drobne zaczątki. Widział skrzącą się złotem, piękną zieleń Arthura, która zbliżała się w jego stronę.
Alfred uśmiechnął się mimowolnie.
Dopiero po jakimś czasie zaczął dostrzegać nitki wychodzące z jego ciała. Cienka jak włos pajęczyna magii oplatała go ze wszystkich stron. Gdy Alfred próbował ich dotknąć, na jedno uderzenie serca potrafił odetchnąć magią kogoś innego.
Jednak jak do tej pory nie udało mu się znaleźć magii Arthura.
Może kiedyś…
Otworzył oczy i po omacku skierował się z powrotem do komnaty, opierając się o światło rozpalonych ogników świec. Zamknął za sobą drzwi, co zajęło mu więcej czasu, niż chciałby. Radził sobie ze wszystkim wolno i nieporadnie. Okulary nadal były zbyt mało skuteczne, by pomóc mu w codziennym życiu.
Arthur otworzył drzwi w chwili, w której Alfredowi udało się opaść na poduszki szezlongu. Po drodze trafił nogą na nóżkę stolika i teraz łydka Alfreda pulsowała nieznośnym bólem. Młody król zignorował go jednak.
(Chciał wyglądać dostojnie, ale i tak wychodziło jak zawsze.)
- Możesz mi o niej opowiedzieć. Powinienem wiedzieć więcej – zauważył spokojnie Alfred z łagodnym uśmiechem.
Na ślepo poruszył dłonią w zapraszającym geście. Nie umiał zbyt dobrze wskazać na miejsce, które mógłby zająć Arthur, bo nie dostrzegał go zbyt dobrze.
- Bo widzieć raczej póki co nie dam rady – dodał żartobliwie.
Był to okropny żart. Coś ścisnęło się od niego w żołądku Alfreda. A może to na widok Arthura? Tęsknił. Cholera, czy tego chciał czy nie. Pozbawiony Matta (dlaczego?) i Arthura (dlaczego??) czuł się źle, dziwnie. Jakby nie miał do kogo otworzyć ust. A teraz, przy własnej ślepocie, czuł się nawet bardziej samotny i znudzony niż do tej pory.
- Nie udałeś się na święto. Nie przepadasz za nim? Myślałem, że jesteś z tych stron… - urwał. – Ludzie zachowują się tak, jakby było to coś naprawdę istotnego. Napijesz się czegoś? Odesłałem wszystkich, żeby się dzisiaj zabawili, ale przy pomocy czarów raczej dam radę być znośnym gospodarzem. Mam nadzieję. – Uśmiechnął się nieco szerzej. Trochę nerwowo.
Nie był jednak póki co w odpowiednim stanie, by ukrywać wszystko, co kotłowało się w jego ciele, sercu i umyśle.
Cudownie, Alfred, pomyślał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 8 Kwi - 13:54:20

Gdy Arthur wszedł do środka, zobaczył jak niezręcznie Alfred próbuje udać, że od dłuższego czasu siedział wygodnie, swobodnie i elegancko. Tyle, że drzwi do balkonu były uchylone, wpuszczając zimne powietrze i huki dochodzące z wyspy, w pokoju panowała ciemność, a Arthur nie potrafił sobie wyobrazić Alfreda siedzącego w spokojnej bezczynności. Oczywiście, niektórzy ludzie w ten sposób myśleli, ale sugerowanie, że Alfred należy do gatunku istot myślących było śmiechu warte.
Mimo to Alfred posłał mu zdecydowanie nieprzyzwoity uśmiech. Z każdym przejawem takiego optymizmu Arthur odczuwał chęć, by go zgnieść. Wbić w niego kciuk jak w robaka i rozmazać na ścianie. Ale z drugiej strony nie teraz. Na widok tak żałośnie bezradnego Alfreda Arthurowi chyba nawet robiło się trochę przykro. Czy ktoś idiotycznie w nim zakochany, podejmujący jedną nieprzemyślaną decyzję za kolejną, schorowany i zagubiony w swojej roli, mógł w ogóle uchodzić za przeciwnika? Doprawdy... Arthur porzucił te myśli, w końcu były raczej bezwartościowe. Wiedział już, że to on dzierży władzę w ich relacjach. Teraz nawet bardziej niż normalnie.
Milczał przez chwilę, tak po prostu stojąc w drzwiach i czując, że nie ma odpowiedniego humoru na żarty. Przy Alfredzie bardzo rzadko go miewał. Głównie się irytował.
- Nie jestem z tych stron – odparł w końcu spokojnym, znużonym tonem.
Gdyby był, Vertis wybrałby całkiem inną część świata.
- Urodziłem się w górach po drugiej stronie Jeziora, a to zupełnie inny świat. Poza tym, gdy miałem dziewięć lat, moja matka wróciła do stolicy i zabrała mnie ze sobą.
Ruszył się z drzwi, przelotnie wątpiąc w to, że coś niezwykłego się dziś wydarzy. Alfred wyglądał po prostu samotnie, na znudzonego, zirytowanego, słabego zakochanego głupca. Czyli tak jak zwykle.
Arthur parsknął.
- Pomoc królewskiej magii nie uczyniłaby cię nawet znośną istotą ludzką. Bycie dobrym gospodarzem jest i zawsze było daleko poza twoim zasięgiem – stwierdził nieco kąśliwie. To była jedna z wielu uwag, która cisnęła mu się na myśl, ale nie było sensu ciągnąć tego tematu. Tego ani żadnego innego.
- Cóż. Jak wszystko, właściwie. A szkoda, bo miałeś potencjał nadawać się do czegoś.
Rozejrzał się i z łatwością dostrzegł barek z alkoholami. Podszedł do niego i pobieżnie przejrzał butelki w poszukiwaniu czegoś wartego uwagi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 8 Kwi - 18:26:17

Alfred nie widział błędów, jakie popełnił. Może jedynie przy jednym, mocniejszym powiewie wiatru, poczuł oddech chłodnej, słodkiej bryzy na swoim karku. Drgnął, ale nie zmienił pozycji. Na wpół siedząc, na wpół leżąc, wodził spojrzeniem na sylwetką Arthura. Pierwszy raz docenił okulary, które niezręcznie zsuwały mu się z nosa – dopasowywanie ich do twarzy Alfred nie miało sensu, dopóki faktycznie nie mogły mu pomóc. Teraz zaś widział zarysy kończyn i tułowia, resztę zaś dopowiadał sobie w myślach. Złocista plama to włosy Arthura, zaskakująco miękkie w dotyku jak na swój szorstki wygląd. Gdzieś tam czaiły się także zielone oczy, które pewnie posyłały mu kpiące spojrzenie, na które Alfred w obecnej chwili mógł tylko odpowiedzieć uśmiechem. Arthur przyszedł, choć nie musiał. Udawał, że ma ważniejsze sprawy na głowie, ale obaj wiedzieli, że gdyby chciał, mógłby w ogóle nie ruszyć się ze swojej pracowni. Tym razem Alfred nie włamałby się do jej środka. Najpewniej minęłoby zbyt wiele czasu zanim by do niej trafił, a na dodatek, po spotkaniu z wieloma przedmiotami na swojej drodze, wyglądałby jak siedem nieszczęść.
(Nadal jednak istniało wysokie prawdopodobieństwo, że i tak próbowałby to zrobić.)
- Ach – odparł Alfred. Co brzmiało bardziej jak westchnięcie niż słowa. – Cóż, pierwszy raz jestem w tym miejscu – przyznał spokojnie. – Nie wiedziałem, że aż tak bardzo różni się od siebie. Opowiesz mi o nim? – zasugerował.
To nawet nie było pytanie. Ani prośba. Propozycja? Może. Tym razem Alfred powstrzymał się od dodania, że w inny sposób raczej tego miejsca nie zobaczy. Nie było sensu mówić oczywistości.
Uśmiech Alfreda drgnął. Było coś zawsze słodko-gorzkiego w takich złośliwościach Arthura. Wszystko zależało od okazji i nastroju. Czasami Alfred brał je do siebie, czasami uważał za coś nieodzownego od towarzystwa Arthura. Wtedy niemalże go to rozczulało. Teraz, zawieszony gdzieś po środku, powiódł uśmiechem za Arthurem.
- Ciebie też miło widzieć. Zawsze wiedziałem, że nawet w twoim oczach wyróżniam się na tle innych. Chociażby przez to, jak bardzo jestem nieznośny. – Poruszył się.
Nie mógłby teraz nawet zauważyć, gdyby Arthur wyjął nóż i podszedłby z nim do jego gardła. Ta samotna myśl nie wprawiła go w lepszy nastrój. Przynajmniej Arthur nadal był ograniczony ich umową, ale inni…?
Zaczynał popadać w jakąś paranoję? Wszystko bez brak wzroku, czuł się bez niego dziwnie nagi i bezbronny. Nieświadomie potarł sygnet na swojej dłoni.
- Uważasz, że teraz się nie nadaję? To dobrze. Usypianie czujności to istotna rzecz, nie? Poza tym zdziwiłbyś się, jak wiele rzeczy można odkryć, będąc ślepym. Nie, żebym zamierzał wchodzić teraz w oświecony ton… - Przymknął powieki.
Nie mógł sobie pozwolić na rozkojarzenie w poszukiwaniu nici Arthura, choć kusiło go to bardzo mocno. Może przy tak małej odległości, połączenie między królewską magią, a magią Arthura byłoby łatwiejsze do odnalezienia.
(A co do rzeczy, które Alfred nadal mógł zrobić, to sprawy łóżkowe chyba byłyby nadal całkiem dobre z jego strony.)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 8 Kwi - 19:55:13

Między nimi zapadła krótka chwila milczenia wypełniona niewypowiedzianą rozmową: o tym, że Alfred wie, że Arthur nie musiał tu przychodzić i, że Arthur nie życzy sobie, by mu to wypominać. I że sam powstrzyma się od wspominania o otwartych drzwiach balkonowych, tym, że Alfred w ostatniej chwili usiadł w swobodnej pozie i, że zaprosił go tutaj, bo samotny, rozbity i zagubiony, a nikt poza Arthurem nie mógł go w tej kwestii zrozumieć. A może po prostu nie chciał, by ktoś inny to rozumiał.
Zakochani głupcy...
Ale Alfred i tak wypominał mu to wszystko swoim maślanym uśmiechem. Dziwnie to wyglądało w połączeniu z zamglonymi, rozproszonymi oczami. Arthur wcisnął mu szklankę i odwrócił się, rozglądając po pokoju. Był lepszy niż ten, który oddano do użytku jemu, ale jednocześnie znajdował się na najwyższym piętrze, więc nie posiadał zejścia do ogrodu. Czubki drzew kołysały się w zasięgu wzroku rwane wichrem, a na horyzoncie jaśniała żółtawa łuna miasta. Odgłosy wiatru mieszały się z dźwiękami sztormu i wrzawą dobiegającą z daleka; ledwo słyszalną, ale dziwnie fascynującą na tle atramentowej, burzliwej ciemności.
Wrócił, pochylił się nad Alfredem, spojrzał mu z bliska w twarz, a później wyciągnął w jego kierunku szklankę z aligwiańskim rumem.
- Nie. Dla ciebie nie ma różnicy, w jakiej części kraju akurat jesteśmy. Zwłaszcza teraz, gdy jesteś ślepy – ukrócił temat. - Sprawiasz naprawdę żałosne wrażenie w tym konkretnym momencie historycznym i w każdym innym też. Sprawujesz się okropnie jako król.
Arthur podszedł bliżej balkonu, stając plecami do Alfreda. Miał czas, więc równie dobrze mógł się popastwić i nie doprowadzić do tego, by to spotkanie układało się słodko, miło i przyjaźnie.
- Ja byłbym lepszy – dodał z ponurym rozbawieniem. - Przyznaj to.
Rum pachniał inaczej niż większość, wiekiem i luksusem. Arthur posmakował go i milczał przez chwilę, po części dając Alfredowi czas, żeby ten zaprzeczył, a po części rozkoszując się po prostu możliwością powiedzenia czegoś tak otwarcie. Przez całe swoje życie nie mógł być szczerym wobec nikogo, nawet, jeśli zamierzał go zabić. Ale Alfred wiedział już wystarczająco dużo... I nieważne, ile by nie wiedział, nie powie tego nikomu.
- Jeśli tylko uznajesz to za osiągnięcie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 9 Kwi - 6:22:05

Alfred nie oczekiwał tak prostego gestu. Przyjął jednak szklankę, oplatając ją czujnie palcami, ze strachu przed tym, jak łatwo mógłby ją wypuścić. Brak wzroku odbierał pewność siebie nawet jemu, choć próbował z tym walczyć. Było jednak zbyt wcześnie, by skutecznie udawać. Nadal dopiero przywykał do tej nowej sytuacji, już zdążył ją znienawidzić, ale nikt nie pytał go teraz o zdanie. Alfred rozumiał, że sam podjął tę decyzję. Musiał teraz przełknąć cierpką pigułkę, podnieść dumnie głowę i najpewniej przyrżnąć w coś czołem.
- Dziękuję – powiedział tylko. Spodziewał się, że Arthur wróci na swoje miejsce, ale ten nagle i bez ostrzeżenia odwrócił się w jego stronę. Chyba. Alfred trochę podchodził do tego z niepewnością, choć z takiej bliskości potrafił… Cóż, widzieć nieco wyraźniejsze zarysy. Ale okulary nadal nie były dobre. Dostateczne. Przyglądał się więc pochylającemu się nad nim cieniowi pusto.
Tęsknił za widokiem twarzy Arthura. Za jego oczami.
- To nie do końca prawda. Oczy to nie wszystko. Skoro się tu wychowałeś, wiesz o nim więcej niż księgi… - urwał. – Ale nie zamierzam cię zmuszać do zwierzeń. – Dodał szybko, przesuwając nerwowo opuszkami palców po chłodnym, śliskim szkle.
Opuścił wzrok. Nie musiał teraz patrzeć na Arthura. I tak niewiele w nim widział. Przynajmniej mógł śmiało powiedzieć, że wygląd nie był wszystkim. Nawet teraz czuł mocniejsze bicie serca i uścisk w żołądku. Tęsknotę do dotyku, wspomnienie pocałunku, napiętnowane ostatnią samotnością, pustką i ciemnością.
Arthur miał rację, to było cholernie żałosne.
Alfred podniósł głowę.
- Kto wie. Na pewno byłbyś lepiej przygotowany – przyznał. – Myślę, że po prostu bylibyśmy dwoma bardzo różnymi królami.
W głowie zakołatało mu wspomnienie okrzyków z Arkadii. Odległe, mgliste i nieprzyjemne. Śliskie, lepkie uczucie, przesuwające się po jego kręgosłupie.
„Potwór.”
- I, tak, wiem, że to bardzo dyplomatyczna odpowiedź, ale nie zamierzam nie doceniać twojego… Przygotowania. I zdolności. Nadal jednak uważam, że mnie nie doceniasz. Co chyba jest dobre dla mnie… - Roześmiał się zdawkowo.
Chciałby faktycznie umieć zaskoczyć Arthura. Zrobił to raz, ale tym samym udowodnił pustość własnych gróźb. Przynajmniej na razie. Zresztą na ślepo i tak nie mógł zrobić wielu rzeczy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 29 z 29Idź do strony : Previous  1 ... 16 ... 27, 28, 29
 Similar topics
-
» Nauczyciele fabularni
» Tysiąc reakcji na tysiąc sytuacji
» Kronika rodu Bolton
» Ludzie Baratheonów
» Ludzie Tully'ch

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Cardverso-ms-
Skocz do: