IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5 ... 16 ... 29  Next
AutorWiadomość
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 26 Paź - 23:21:30

- Och, tak. Wiem – przyznał Alfred, zrzucając z siebie kolejne warstwy ubrania. – Ale i tak zamierzałem to powiedzieć.
Alfred czasami czuł wręcz potrzebę mówienia nawet o największych głupotach. Bez celu. Po prostu. Często zdarzało się, że cisza go drażniła i irytowała. Miał naprawę małą tolerancję na milczenie, więc zapełniał je najlepiej jak umiał.
I mówił.
Dużo.
Złość Arthura mu pochlebiała, ale powoli zaczynało do niego docierać, że nienawiść nie jest wszystkim, co chciał dostrzec na twarzy Arthura. Złość, zdenerwowanie. To wszystko było piękne i intensywne, było też wygodną alternatywą, jeśli nie wzbudzi niczego więcej w sercu Arthura (ciekawe czy ten posługiwał się w ogóle tym organem), ale mimo wszystko, dlaczego nie spróbować? Z jednej strony wydawało się to głupie. Alfred widział, jak Arthur potraktował dziewczynę – miłość mu obca lub zbyteczna. Z drugiej strony, czy Alfreda powstrzymywały takie trywialne szczegóły? Był przyzwyczajony dostawać to, co sobie umyślił.
Zmrużył oczy.
Dziewczyna! Ach, to o niej zapomniał. Zastanowiło go, co Arthur z nią zrobił, ale nie widział potrzeby pytać. Jeszcze nie. Była mało ważna, a w takiej chwili… Cieszyło go, że Arthur jednak dostrzegł potrzebę współpracy, choć pewnie trudno było mu ją przełknąć.
(Arthur teraz czuł cień tego, co musiało wypełniać Arthura, ale on szczerzył się jak głupi i świecił gołym tyłkiem.)
Alfred wyłonił się spod wody. Pod turkusową, zmarszczoną taflą widać było ledwie rozmazane, kremowe kontury jego ciała. Jasne, mokre kosmyki, opadły mu na twarz, zlepione wilgocią. Alfred przetarł je z oczu. Na jego twarzy i odkrytych ramionach błyszczały krople.
Alfred podpłynął do krawędzi basenu i oparł się o niego przedramionami. Podciągnął się tak, by dołączyć do rąk część piersi i brodę, po czym od dołu spojrzał na sztywnie siedzącego na swym tronie Arthura.
- Możesz tak mówić, ale estetyka to estetyka. A ja jestem całkiem niezłą estetyką. – Alfred wyszczerzył się, świadomy swoich walorów. Arthur też je zrozumie. Mają czas, a woda była przyjemnie letnia. – Przecież wiem. To konieczność, ale nie obowiązek. Każdy z nas idzie na ustępstwa, bla, bla. Rozchlapałem jakąś świętą wodę? Wybacz… Więc jak zamierzasz mnie uczyć nie wchodząc ze mną do basenu?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 27 Paź - 9:51:45

Tym razem Arthur nie zaszczycił Alfreda swoją odpowiedzią. Gdyby postanowił inaczej, to pewnie z ust nie wyrwałoby mu się nic mądrego. Skontrolował swój oddech i przyglądał się jak tafla basenu powoli wraca do swojej pierwotnej formy. Woda była mądra. Nie sprzeciwiała się, ale zawsze wracała do swojej pierwotnej formy; ale kiedy się wzburzała, stawała się nie do powstrzymania.
— Myślę, że nie ma sensu udawać, że nie jesteśmy wrogami i, chociaż obiecałem ci pomóc dla dobra królestwa, to kiedyś z chęcią przestanę. Chciałbym ci zaproponować, żebyś nie zmarnował większości z tego czasu na denerwowanie mnie, ale nie mogę cię zmusić. – Arthur uśmiechnął się leciutko. Jego postawa wyrażała teraz rozluźnienie i przekorny spokój. Wcale nie drażniło go, że nie może kogoś do czegoś zmusić.
Skądże.
Czasem Arthur mógł na krótko pożyć cudzym życiem, stać się jego częścią, ale zawsze zdarzał się ten moment, po którym trzeba było przejść dalej. Nie był jedynie częścią cudzej historii, tylko bohaterem swojej własnej. A historie miały to do siebie, że zawsze musiały iść do przodu w równym tempie. Chwila, w której zwalniały, była momentem ich śmierci.
Arthur był królem, potęgą, był magiem, z którym nikt nie mógł się mierzyć. Albo ktoś mu służył, albo był jego wrogiem.
— Jak łatwo przychodzi ci zrezygnowanie z twojego oddechu, Alfred? Najtrudniejsza rzecz w dotarciu pod taflę rzeczywistości Astry, to zostawienie na jej powierzchni swojej ludzkiej strony. Będziesz musiał utonąć.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 27 Paź - 10:34:30

Alfred rozważył słowa Arthura, choć były jasne i oczywiste. Poruszając leniwie nogami w letniej wodzie, która przyjemnie spowalniała jego ruchy, zastanowił się nad tym, czy faktycznie uważa Arthura za wroga. Owszem, wiedział, że ten zabije go bez wahania. To było oczywiste. Ale czy to wpływało na jego podejście? Cóż, jak można było zaobserwować od początku… Nie. Alfred, mimo wszystkich zachowań Arthura, nadal go uwielbiał i nadal się nim zachwycał. Teraz może nawet bardziej niż na początku. Dlatego w odpowiedzi uśmiechnął się rozbrajająco.
- Nie, nie musimy udawać, ale ja nie mam nic przeciwko tobie, Arthur. Wbrew pozorom, oczywiście. – Roześmiał się perliście.
Domyślał się, że po takiej deklaracji Arthur weźmie go za idiotę lub wariata, ale nie przeszkadzało mu to. Ludzie często tak mieli, a potem lubił ich zaskakiwać. Arthura już raz zaskoczył, więc pewnie będzie ciężej następnym razem, ale czemu ma nie próbować?
Powiedzieć, że w następnej chwili Alfred spojrzał na Arthura sceptycznie było zdecydowanie wielkim niedomówieniem. To, jakie spojrzenie posłał Alfred Arthurowi musiało przekroczyć pewną barierę braku wiary i wkroczyć już w jawny, rozkwitły ateizm, połączony z naukową pewnością.
- Arthur, ja rozumiem, że chcesz mi pomóc – zaczął ostrożnie Alfred. – Ale sam rozumiesz, że brzmi to mniej więcej tak, jakby król Trefl zaproponował nam wyborną herbatkę w swoich komnatach… - Urwał. – Nie za bardzo mam ochotę utopić się tego pięknego dnia, więc gdybyś mógł zagwarantować mi, że nie masz dzisiaj na stroju na mordowanie mnie, nawet jeśli masz go zawsze, byłbym wdzięczny. Pozwolisz na taką małą umowę? – Alfred wyszczerzył się.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 27 Paź - 18:31:11

To, że Alfred nie potrafił poczuć do niego zwykłej niechęci po dwóch próbach morderstwa i okaleczeniu, było tak deprymujące, że w duchu Arthur wzdrygnął się z irytacji. Przy wszystkim co ich dzieliło, powinien czuć do niego chociaż trochę niechęci, powinien czuć złość, powinno go obchodzić. Jego obojętność właściwie okazała gorsza od bezczelności. A, zresztą, nie. Wszystko w nim było tak samo okropne. Ale ta informacja sprawiła, że Arthur poczuł się nadspodziewanie wściekły.
Ten pogodny duch aż błagał o złamanie.
— Podpłyń na sam środek – zignorował uwagę Alfreda.
"Chciałbym powiedzieć to samo o tobie" pomyślał jednak. Byłoby mu prościej, gdyby mógł niczego do Alfreda nie czuć; gdyby nie musiał uginać przed nim karku, iść na kompromisy, udawać, że pomaga mu dla dobra królestwa. Za bardzo chciał go teraz zabić, a każda sekunda przyglądania się mu była irytującą męczarnią.
Arthur odchylił nieco głowę i spojrzał w górę. Niebo płynęło pod sufitem jakby w przyśpieszonym tempie; złoto przeplatało się z pomarańczą i błękitem, świeże chmury układały się i rozpływały w różne kształty. Przydałby się ciepły wiatr, pomyślał, a delikatny powiew przemknął po tafli wody i owiał mu twarz. Skontrolował jeszcze swój oddech, ale wcale nie poczuł się lepiej. Myśl o Alfredzie parzyła go od środka.
Znowu musiał na niego spojrzeć, a kiedy to zrobił, to na świecie zabrakło koloru nieba, który mógłby poprawić mu humor.
— Nam? – Arthur uśmiechnął się pod nosem. Był teraz bliższy zawarcia kontraktu z królem Trefl niż z Alfredem. Prawdę mówiąc – nigdy nie był przeciwko czemuś takiemu. Gdyby został królem Pik, Trefl interesowałby go bardziej niż Karo.
— Cóż. Gdybym chciał spróbować zdradziecko i z zaskoczenia cię zabić, to musiałbym mieć okazję – przyznał spokojnie. – Ale to ćwiczenie na mi jej nie da. Jeśli w ogóle coś uczyni, to bardziej otworzy cię na twoją moc, niż zamknie. A skoro przy tym jesteśmy...
Wstał i zszedł po niskich schodach z typową dla siebie elegancją. Lata ćwiczeń etykiety, własnych starań i obserwacji tego jak poruszają się ludzie, którzy budzą u innych przynajmniej podziw sprawiły, że Arthur poruszał się tak niemal zawsze. Prawda była jednak taka, że większość takich rzeczy nauczył się i traktował je jak formę gierki z innymi.
— Nigdy nie zwiążę się z tobą w żaden sposób, ale zgodzę się złożyć przysięgę, że nie spróbuję cię zamordować. Ty złożysz obietnicę, o której już rozmawialiśmy.
Podszedł na brzeg basenu. Stąd widział Alfreda znacznie wyraźniej – i korzystał z tego, przyglądając mu się swoim ciemnym, nieczułym spojrzeniem inteligentnego drania.
— Dobrze widzieć, że jednak traktujesz zagrożenie swojego życia trochę poważniej – uśmiechnął się.
W tej samej chwili coś niewidzialnego zacisnęło się wokół kostek Alfreda i pociągnęło go w dół z olbrzymią siłą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 27 Paź - 22:20:39

Gdyby Arthur wiedział…
Ale nie wiedział, a Alfred był na tyle pozbawiony empatii, jeśli nie chciał jej odczuwać, że nie wczuł się w sytuację Arthura i nie dostrzegł jego oburzenia, skrytego pod grubymi warstwami udawanego spokoju. Zresztą nawet gdyby to odkrył, najpewniej wybuchnąłby śmiechem, bo uznałby fakt za… Rozkoszny? Rozczulający?
A potem nie wyszedłby z tego basenu żywy. Może więc lepiej się stało, że jednak Arthur dobrze to ukrywał.
Alfred całkiem posłusznie, choć nadal rzucając Arthurowi wymowne spojrzenie, podpłynął pieskiem, bez większej finezji, w stronę środkowej części basenu. Pływał doskonale, dzięki spędzeniu części swojego życia nad ciepłym, południowym morzem. Umiał też nurkować na duże głębokości, ale po tym wszystkim został mu awers do stawów w pikowej krainie, tu wszystkie były chłodne, mrożące krew w żyłach i przenikające aż do kości.
A Alfred polubił słońce, które też wspaniałomyślnie odwzajemniło mu się zdrową cerą i złotem, tańczącym we włosach.
- Nam czyli Pikom. Akurat tym razem. Ale widzę, że już cię uczuliłem. – Alfred okręcił się w wodzie wokół własnej osi i odwrócił się twarzą w stronę Arthura. Pod stopami nie miał dna, woda – słodka a nie słona, ciągnęła go nieubłaganie na dół, przez co cały czas musiał pracować kończynami. I trochę magią. Ale robił to spokojnie, niemalże z dziecięcą igraszką.
- Ta jest całkiem niezła – zaoferował się Alfred. – A, no. Skoro tak uważasz. – Alfred wyszczerzył się bezczelnie. – Nie mogę w takim razie doczekać się, by zobaczyć, jaka sytuacja będzie dobra dla twoich standardów.
Przyjrzał się Arthurowi z zaciekawieniem. Jego krokom, doskonale wyliczonym, perfekcyjnym w każdym calu. Wyprostowanej sylwetce, równej linii ramion, wysoko uniesionej głowie. Arthur zdawał się być obrazem idealnym arystokraty – dumnym, pięknym i odległym. Miał w sobie chłód, który przyciągał jak magnes słabsze charaktery, ale Alfred nie czuł się słabszy, bo nie łapał się na lep gry Arthura. Och, nie. Jego pociągało to niebezpieczeństwo czające się gdzieś na obrzeżu zielonych oczu.
Przystojny dupek.
- Dobrze, dobrze. Cóż, to zawsze jakiś pierwszy krok, prawda? – Uśmiechnął się szeroko, jakby gdzieś po drodze zgubiła mu się wzmianka, że nigdy nie zajdzie między nimi coś więcej. – Och, po prostu… - zaczął Alfred, ale oczywiście nie dane mu było dokończyć.
Drań.
Jakaś nieznana siła wciągnęła go w głąb letniej wody z potężnym impetem, który zdusił oddech w jego piersi. Przez otwarte, zastygłe w słowach usta Alfreda wlała się woda, pieczenie wypełniło przełyk, płuca i nos Alfreda. Coś (śmierć?) ścisnęła jego skronie.
I tak Alfred odkrył, że się topi, co było mało komfortową sytuacją.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 28 Paź - 11:41:33

Arthur przyglądał się jak pod zburzoną zieloną wodą niknie cień głowy Alfreda. Woda rozchlapywała się głośno, wylewała z chlupnięciami na zdobione jadeitem boki basenu, wznosiła się i opadała jak pradawne stworzenie toczące walkę z niewidoczną bestią, ale w końcu zburzona tafla wygładziła się i znów zaczęła przypominać czyste, szmaragdowe lustro, w którym nie odbijało się nic poza pięknym niebem.
Przysiadł wtedy spokojnie na pierwszym z kilku schodków prowadzących do basenu i stamtąd przyjrzał się niewzruszonymi, ciemnozielonymi oczami ciału unoszącemu się tuż przy ułożonemu w zmyślne kształty morskim dnie. Znów pożałował, że nie może teraz zrobić niczego, żeby Alfreda zabić. Zamiast tego musiał mu pomóc.
Na koniec zamknął oczy. Z westchnięciem pozwolił swojej świadomości zanurzyć się w to samo miejsce i już po krótkiej chwili poczuł się tak, jakby wyślizgiwał się zwinnie ze swojego ciała. Musnął świadomością taflę wody i zanurkował razem z morskim prądem. Najpierw szmaragd, później głęboka zieleń, sugestia granatu, a na samym końcu lodowata, gęsta ciemność. Jednocześnie wciąż czuł, że siedzi na wilgotnym schodku daleko w górze innego świata i, że opada w mrok. To wciąż była Astra. W każdym kierunku i na każdej płaszczyźnie, nieskończona, żywa, oddychająca i ruchoma ciemność. Ocean pełen magii. Ocean, który należał do króla.
Arthur szybko go odnalazł. Alfred unosił się w cienkiej bańce przestrzeni, którą Arthur wytworzył dla siebie, ale cała rzeczywistość zdawała się zakrzywiać w jego kierunku. Część potęgi oceanu, bardzo mały skrawek jego całości, zdawał się przylegać do Alfreda jak doszyty do skóry płaszcz: ale to wciąż był tylko ułamek materiału.
Arthur wyraźnie odczuł, że Alfred mógłby z łatwością przebić jego bańkę i zalać ją własną magią. Było też widać, że panuje tylko nad tym, co bezpośrednio go otacza, więc w praktyce nawet nie dotknął jeszcze prawdziwego potencjału swojej nowej mocy. Co za głupiec. Ale teraz już wiedział.
Prawdziwa królewska magia, potęga Astry, otaczała ich jak cichy, przedwieczny potwór. Oni tylko znajdowali się w jego wnętrzu, nie kontrolowali go. W każdym razie tak od zawsze czuł się tutaj Arthur. Nie miał pojęcia, co myśli i czuje Alfred, czy widzi coś jeszcze ponad nagimi możliwościami i potencjałem, czy dostrzega obcą świadomość tuż obok siebie...
Czegokolwiek nie doświadczał, Arthur mu tego zazdrościł. Mieć przed sobą tak wielką potęgę i czuć, że mogłoby ją posiąść...
Nagle przez ocean przeszła jakieś drgnięcie; przypominało pojedynczy puls i przeszyło Arthura do samej głębi. Wypełniło każdą jego myśl, każde włóko świadomości jakimś dziwnym, niemal bolesnym zrozumieniem. Nigdy wcześniej nie poczuł czegoś takiego – i, gdy zrozumiał, co się dzieje, że ten puls pochodził od Alfreda i był Alfredem, otworzył gwałtownie oczy.
Wrócił tak gwałtownie, że gdy nagle znów musiał przeżywać wszystkie czynności fizjologiczne – krew płynącą w żyłach, bijące serce, pracujące płuca – poczuł niemal fizyczny ból i zaskoczenie. Tak wiele tego było, tak wiele ciała, człowieczeństwa, rzeczy, które obdzierały świadomość z czystego rozumowania, że zachciało m u się od tego wymiotować. Obdarta z ciała świadomość wiedziała i widziała o wiele więcej, a teraz, z nieskazitelnej jasności, Arthur wpadł w zupełną przeciwność. Nie tylko otumaniło go jego własne ciało, ale też myśli były pełne czegoś innego niż zwykle. W piersi serce biło mu gwałtownie, nerwami, niepokojem, ale też niesamowitym, żywym podekscytowaniem. Siła tych uczuć była niemożliwa i jednocześnie zupełnie mu obca.
I dlatego obrzydliwie wspaniała.
Zamknął oczy i skontrolował oddech. Mdłości odeszły po krótkiej chwili, ale w Arthurze zostało nieprzyjemne wrażenie, że przez krótką chwilę świadomość jego i Alfreda nałożyły się na siebie. Czuł odbicie tego, czym był Alfred, nowy król Pik, gdy udało mu się rozszerzyć swoją świadomość, na ułamek sekundy przejąć większy skrawek królewskiej mocy.
Wstał. Nie próbował nawet kontrolował wzbierającej w nim wściekłości. Odwrócił się na pięcie, przeszedł się kawałek, a następnie nakazał wodzie rozstąpić się i wypuścić ciało Alfreda na powierzchnię. Usłyszał niezbyt elegancki plusk, a później równie pozbawione klasy desperackie łapanie oddechu. Parsknął tylko, ale stojąc plecami od Alfreda, nie próbował się odwrócić.
— Widziałem, że udało ci się zrozumieć, jak beznadziejnie słaby jesteś w kontrolowaniu prawdziwej mocy Astry... I że na jedną chwilę dałeś radę stać się częścią tej mocy, a nie tylko małym narzędziem, do którego jest przyłączona. Z czasem poradzisz sobie sam, ale to wystarczająco dużo jak na jeden raz. Możesz już iść.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 28 Paź - 19:39:01

Pieczenie nasiliło się, woda zalała płuca Alfreda, zdusiła mu oddech. Nie mógł nawet krzyknąć. Przez myśl przeszło mu, że popełnił błąd. Ufanie Arthurowi było głupotą i jeśli teraz zginie, będzie to jego wina. Z drugiej strony nie walczył, nie szarpał się, jakaś część jego świadomości pozostała spokojna i pozwoliła ciału opadać w dziwny, nieprzenikniony mrok, który nagle wyparł turkus, migoczący światłem zwieszonego pod sufitem nieba, którego promienie przebijały się zagięte przez taflę.
Alfred zamrugał. Oczy szczypały go jednak na tyle, że obraz i tak już dawno rozmazał się przez jego oczyma. Zamknął więc powieki, zacisnął je. Jego ciało wiotczało, przestawał czuć kończyny, ręce i nogi – jakby ktoś wyszarpał go z własnego ciała, albo mocno nim szarpał, a Alfred resztką świadomości trzymał się swojej powłoki z kości i mięśni. W końcu jednak nawet ją musiał puścić, wyimaginowane, wczepione w ciało palce rozluźniły się i Alfred odpłynął w głęboki mrok.
Nagle pojedyncze, samotne światło, świetlik na horyzoncie, rozjaśnił mrok i okazało się, że ciemność nie jest czernią, ale intensywnym, gęstym granatem, który otaczał Alfreda ze wszystkich stron, muskając jego ciało, łaskocząc członki. Pas półmroku dotykał jego skóry, owijał się wokół niej i ciągnął Alfreda ku sobie. Alfred sprzeciwił się, zaparł się własną siłą (ale czy był we własnym ciele?) i pociągnął ciemność ku sobie. Chciał dotrzeć do światła, samotnej pochodni. Ruszył powoli przed siebie, poruszając się przez rozpraszany mrok jak przez smołę. Przedwieczna magia ustępowała mu niechętnie, warczała, ale zarazem spoglądała na niego swoją ślepotą. Alfred po raz pierwszy widział coś takiego. Cały otaczający go świat był magią, magią pików, przedwieczną i starą, krzyczącą do niego milczeniem, dotykająca go bezcielesnością, wonna brakiem zapachu. Była zaprzeczeniem i potwierdzeniem, a pośród niej płonął ogień, samotne światło, nie należące do tej dziwnej rzeczywistości. Alfred, wiedziony wrodzoną ciekawością, chciał je dotknął.
Był już blisko.
Wyciągnął dłonie.
Ciemność pociągnęła go ku sobie, ale zaparł się w niej stopami. Sięgnął po światło, było chłodne, niestabilne, migotliwe. Czerwone. Alfred go nie rozumiał, ale i tak chciał je poczuć. Wyciągnął dłoń, napiął mięśnie. Dzieliły go milimetry. Jeszcze trochę. Musnął opuszkami palców snujący się płomień, poczuł go na skórze przez ułamek sekundy.
I na chwilę oczy Arthura stały się jego oczyma, magia Arthura stała się jego magią. Wypełniła go, zalała mu płuca jak wcześniej woda. Dostrzegł ciemność i basen. Płomień i zarys siebie pogrążonego w turkusie.
A potem płomień go odepchnął i znikł.
Ciemność na powrót zalała Alfreda.

Ocknął się mało królewsko, kaszląc i wymiotując wodą, która nagromadziła się w jego płucach. Przełyk i gardło paliły go niemiłosiernie, z gardła ledwie wychodziło rzężenie nadwyrężonej krtani. Opierał się na przedramionach, pochylony do przodu, jakby w pozycji błagalnej. W głowie mieszało się mu od poznanych doznać. Zrozumiał, zobaczył.
Królewskiej magii nie umiałby opisać słowami, ale zachłysnął się niął, pojął jej ogrom i chciał więcej.
Ale prawdziwym zaskoczeniem był płomień Arthura, taki czerwony i ciepły, inny, niż to co do tej pory widział Alfred.
Blady na twarzy, z niezdrowym, zielonym odcieniem na obliczu, Alfred uniósł powoli, ostrożnie głowę, odkaszlując jeszcze wodą i krwią. Potarł powieki piekące go od słonej wody i spojrzał na Arthura. Pomyślał, że to nie był przypadek, od początku, gdy tamtego dnia go zobaczył, musiał przeczuwać, że Arthur jest czymś więcej niż tylko wyjątkowym chłopcem.
- Nie poczęstujesz… - wycharczał. – Mnie nawet herbatką? – spróbował się uśmiechnąć, cedząc z bólem słowa. – Muszę czymś popić, te wszystkie… Doznania. – Zaczął się podnosić na drżących nogach. Zachwiał się i zrobił kilka niepewnych kroków. Zatoczył się jak pijany i wpadł na ścianę basenu.
Spojrzał na Arthura, zadzierając głowę do góry. Znowu zrobiło mu się niedobrze.
(Nie na widok Arthura.)
- Co tam robiłeś? Chciałeś mi pokazać coś więcej?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 28 Paź - 21:52:49

Arthur przeszedł przez łaźnię nieśpiesznym, statecznym krokiem. A jednak podłoga pod jego stopami kołysała się na boki, świat chwiał się i tracił na ostrości. W uszy wbijał mu się dźwięk ożywającego Alfreda; jego desperacka walka z wodą, a potem kaszel i głośny oddech. Zrobiło mu się od tego wszystkiego niedobrze.
Czym była ciężka praca i snucie planów, czym była determinacja i zaciskanie zębów przy pozbawionej granic, szczęśliwej z życia osobowości, która kierowała się zawsze tam, gdzie miała ochotę? Dlaczego on miał przeżywać trudności, podczas, gdy Alfred zdawał się nie odczuwać żadnych? To było niesprawiedliwe, przerażające i okropne, bo Arthurowi nigdy nie było dane poczuć się tak dobrze jak przed chwilą.
Wolna wola smakowała tak mocno, że aż kręciło mu się w głowie. Oparł się ramieniem o ścianę i zaczął mówić rzeczy, które nie do końca były teraz istotne. Przymknął przy tym oczy i skupił się na kontrolowaniu swojego głosu; na tym, żeby brzmiał mocno i pewnie, by odbijał się od ścian i zagłuszał to, że serce w jego klatce piersiowej biło mocniej, niż sądził, że potrafi. To było przykre.
I żałosne, pomyślał z zimnym rozbawieniem.
— Nie jesteśmy przyjaciółmi! – odparł gwałtownie. Coś, co w nim wzbierało, teraz zaczęło opadać, ale Arthur wciąż odczuwał żal zmieszany ze złością. Brzydziło go to, co poczuł. Brzydziło go, że Alfred naprawdę jest taki jasny, potężny i arogancko wspaniały, że to nie żadna gierka ani oszustwo. Po prostu urodził się ze wszystkim tym, co Arthur zamierzał dopiero zdobyć.
— Dałem ci dzisiaj wystarczająco dużo – dodał z bardziej już typową oschłością. – Teraz widzisz to, co powinieneś był od początku. Musisz kontrolować tę moc, żeby wykuć miasto, które będzie w stanie być stolicą tego państwa. Na razie idź i przygotuj wszystko na moje oficjalne wezwanie.
Wyprostował się. Nagle zrobiło mu się lodowato, chociaż normalnie był odporny na niskie temperatury. To gorąco wyprowadzało go z równowagi. A jednak ten rodzaj zimna niósł ze sobą coś ze samotności.
Arthur chciał zostać sam. I jednocześnie Arthur był już absolutnie wyczerpany samotnością.
Wyprostował się, gdy usłyszał uwagę Alfreda. Poczuł, że to kolejny atak na jego prywatność. Nie miał pojęcia, co i ile zobaczył w nim jego wróg, ale teraz czuł w jego wycieńczonym głosie tylko czystą ciekawość.
— To oczywiste, że po prostu cię obserwowałem – rzucił. Teraz z kolei zabrzmiał na zmęczonego. Nadal nie odwrócił się, by spojrzeć na Alfreda, jednocześnie nie mając ochoty i tego chcąc.
Znów miał wyjść, ale na sam koniec złośliwa myśl przyszła mu do głowy.
— Tak. Chciałem ci pokazać jak wypłynąć, żeby się nie topić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 29 Paź - 1:17:52

Nagle podniesiony ton głosu zaskoczył Alfreda. Spodziewał się lodowatego chłodu, ciętej uwagi, ironicznej pogardy. Ale na pewno nie faktycznej emocji, która wyrwie się spod wodzy Arthura. Alfred wychylił nos ponad krawędź basenu, strącając z siebie resztę kropel szmaragdowej wody i zerknął na Arthura. Mokre kosmyki lepiły mu się do czoła i wpadały w oczy.
- To tylko herbata – zauważył cicho, spokojnie.
Nie naciskał jednak dłużej, wzruszył ramionami, choć od nadmiaru gestów, przed oczyma znowu zatańczył mu świat i Alfred musiał złapać się śliskiej i gładkiej krawędzi, by nie upaść. Odetchnął ciężko i opuścił głowę, brodą dotykając zagłębienia pomiędzy obojczykami. Jego żołądek znowu nieprzyjemnie się skręcił, więc Alfred spróbował skupić uwagę na czymś miłym.
Na przykład blasku Arthura wtedy w mroku.
Dlaczego teraz tak bardzo się zirytował? Czy Alfred złamał tabu, gdy go dotknął?
(Egoistycznie nie potrafił tego żałować.)
- Jasne, jasne. Dzięki za wszystko, Arthur – odparł blado, choć i tak wystarał się o szeroki uśmiech, którego kąciki ust drgały lekko w spazmach przed kolejnymi torsjami. – I za to, że jednak mnie nie zabiłeś. Miły gest.
Alfred roześmiał się. Śmiech przed w kaszel, który na moment wypełnił pomieszczenie głuchym dźwiękiem, odbijającym się od potężnych ścian. Alfred ruszył powoli, palcami dotykając krawędzi basenu jak ślepiec, kierując się w stronę niskich, szerokich schodów, prowadzących na poziom posadzki.
- No to niezbyt ci to wyszło – zauważył lekko, odgarniając włosy z twarzy i zaczesując je do tyłu. Odsłonił tym samym całą swoją twarz od czoła, aż po brodę. Przyklepane kosmyki grzecznie spoczęły na tyłach za wyjątkiem jednego kosmyka, który dzielnie oparł się inwazji dłoni i teraz znowu odstawał jak samotne drzewo na pustyni, wskazując sufit.
A potem Alfred się poślizgnął i mało majestatycznie zniknął za krawędzią basenu. Z jego dna dało się posłyszeć głuchy jęk, gdy twarz Alfreda, wiedziona impetem upadku, przykleiła się do kafelków dna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 29 Paź - 5:00:17

Dla Alfreda wszystko było "tylko" czymś, ale Arthur przestał rozumieć, czy to dlatego, że jego umysł był tak niesamowicie prostolinijny, że nie potrafił stworzyć planu bardziej subtelnego od włamania się do pałacu i poderżnięcia królowi gardła, czy istniały jakieś inne powody. Alfred albo był idiotą albo jednym z największych geniuszy, jakich Arthur spotkał w życiu. Przypuszczalnie to pierwsze, z domieszką kilku autodestrukcyjnych cech i szczęścia – w każdym znaczeniu tego słowa.
O herbatce nie było mowy.
Stojąc w przejściu pomiędzy dwoma nieistniejącymi pomieszczeniami Arthur czuł obrzydzenie, czuł złość, czuł bardzo wiele gwałtownych rzeczy, które strącały go z nóg, łącznie z wykręcającą wnętrzności samotnością i poczuciem własnych braków. A to ostatnie było nowe. Nie czuł się aż tak wybrakowany od czasów, gdy jego ciało było drobne, wątłe, dziecięce, a jego umiejętności niewykształcone. Krócej byłoby powiedzieć, że od czasów dzieciństwa, ale Arthur nie uważał, żeby jakieś miał. Zawsze był dokładnie tą samą osobą, zmieniały się tylko jego umiejętności, okoliczności i pozycja. No i kiedyś... kiedyś chyba potrafił się okłamywać.
— Nie robię tego dla ciebie.
Znów przymknął oczy. Przez obecność Alfreda utrzymywanie komnat tak, by wydawały się realistyczne, pożerało jeszcze więcej z jego sił i uwagi. Zwłaszcza teraz, gdy wciąż czuł, że chłopak emanuje silniejszą magią, niż normalnie.  
— Użyj swojej magii, żeby poczuć się lepiej – prychnął nagle. – Ty kretynie.
Przesunął palcami po ścianie, odetchnął, sprawdził, czy jego zesztywniałe mięśnie będą zdolne do eleganckich ruchów, po czym znów drgnął, jakby zbierając się do odejścia. I usłyszał głuchy pluska.
Potem wahał się przez jakieś pół sekundy, zanim uznał:
Cóż, najwyżej utonie.
Arthur wyszedł i, dla pewności, zabrał za sobą przejście. Alfredowi zostawił tylko jedno wyjście, prowadzące do komnaty wróżek. Po przejściu paru kroków do chłodnej, zaskakująco cichej sypialni i zdał sobie sprawę, że niepotrzebnie utrzymuje teraz tak wiele pomieszczeń. Chociaż niczego nie zrobił, czuł się w jakiś niewytłumaczalny sposób równie wykończony co wściekły.
Dlatego i tylko dlatego, przymknął oczy i zaczął pomniejszać nieco swój drobny pęcherzyk powietrza. Piękna łaźnia zdobiona jadeitem i szmaragdem, z basenem i siedzeniami wysłanymi futrami i poduszkami, zniknęła, zamieniając się w średniej wielkości, pustą kamienną salę. Woda, ponieważ tylko ona była prawdziwa, gwałtownie rozlała się na boki, jednak zanim uderzyła w ściany, zaczęła znikać.
Został tylko Alfred, jego porzucone ubrania i jego nagi tyłek.
To zdecydowanie idiota, pomyślał Arthur.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 30 Paź - 9:26:55

Gdyby nie wcześniejsze spotkania z Alfredem, Arthur zachowywałby się znacznie dramatyczniej. Rzuciłby kilka głośnych oskarżeń, okazałby słuszny gniew i ból po utracie ukochanego króla. Zadeklarowałby, że nie spocznie, póki go nie pomści, a następnie urządziłby mały pokaz magii. Nie pierwszy raz zrobiłby z siebie klauna, jednak teraz sprawy miały się inaczej. Alfred za dobrze go znał, po części z doświadczenia, po części z domysłów i po części z momentu, w którym ich świadomości zahaczyły o siebie pod powierzchnią Astry. Więc Alfred wiedział, a postronni i tak nigdy nie byliby w pełni zadowoleni z tego, że zmuszono go do najmniejszego choćby kompromisu. Nawet jako niedoszła królowa powinien podążyć za królem do podwodnego świata. Sam fakt, że jeszcze żył, podważał jego wierność w oczach wielu idiotów. Równie mógł oszczędzić sobie zbytniego dramatyzmu, skoro i tak wiedział, że wypadnie autentycznie.
Afekt, którym darzył starego króla może i był w większości fałszywy, ale to, co czuł na widok siedzącego ponad ludźmi Alfreda, było bardziej niż autentyczne. Ostatecznie coś w jego lodowatym rozjuszeniu, w ostrych jak noże słowach i pogardliwych spojrzeniach, które rzucał zdrajcom, było nawet naturalniejsze od furii. Zachowywał się po części tak, jak to robił przed Alfredem, a jednak udawał, że widzi go po raz pierwszy. Musiał też przyznać – głupi chłopak odgrywał z nim scenkę przed starym dworem i przed własnymi ludźmi. Nie zdradził go, chociaż, gdyby w tym momencie to zrobił, to Arthur byłby skończony w oczach wszystkich.
W ten sposób naprawdę stali się od siebie zależni. Alfred potrzebował jego potęgi i wpływów, ale jednocześnie mógł mu je odebrać, gdyby prawda wyszła na jaw w nieodpowiednim momencie. Arthur raz spojrzał mu w oczy tak, by pokazać mu, że zdaje sobie z tego sprawę. I, że gdy przyjdzie odpowiedni moment, obaj będą mogli spróbować zniszczyć siebie nawzajem.
Alfred z kolei posłał mu spojrzenie, które Arthur odczytał jako świadomość tego, że obaj wiedzą o fali zabójstw, jaka przeszła po pałacu wcześniejszej nocy. Zginęło kilkunastu stronników obu stron, w tym dwóch istotnych ministrów. Ostatnio chaos panował w całej Astrze, a nowy porządek jeszcze się nie ustalił, to każdy mógł obawiać się o swoje życie. O morderstwa oskarżano, oczywiście, nowego króla, ale podejrzewano, że to mógł być absolutnie każdy.
A skoro każdy, to równocześnie nikt.
W otoczeniu tych wszystkich ludzi z niepełną wiedzą, zdradzieckich ministrów, bezwolnego dworu, magów, którzy nie mogli nic zrobić bez rozkazów, kupców i arystokracji, która chciała po prostu jak najszybciej wznowić swoje życia, odzyskać domy, bogactwo i pozycje, w otoczeniu zwykłej służby i pionków, Arthur po raz pierwszy wyraźnie odczuł to, co Alfred uwielbiał powtarzać. Oni dwaj są wyjątkowi. Rozgrywali grę, którą inni ludzi po prostu przeżywali i w ten sposób stawali znacznie ponad wszystkimi, tak samo jak istota myśląca, która znajduje się w otoczeniu stada małp.
Alfred miał swoje karty, ale Arthur również. W momencie, w którym stało się jasne, że został pokonany i zmuszony do pozostania na dworze królobójcy dla dobra samego Królestwa Pik, Astra na powrót stała się niemal zjednoczona. Jeśli nie pod nowym królem, to pod niedoszłą królową, która i tak w przeciągu ostatnich lat zrobiła dla Pików więcej, niż stary władca przez swoje ostatnie, skostniałe lata.
Choć, w gruncie rzeczy, wszystko, co najważniejsze, miało się dopiero odbyć.

***

Po rozkazie króla zatłoczona sala zaczęła powoli pustoszeć. Cała rozgrywka trwała bardzo długo; dziesiątki ludzi musiało okazać Alfredowi wierność, a na sam koniec wprowadzono Arthura. Teraz stał wyprostowany, dumny i blady, tak samo elegancki jak zawsze, ale z wyrazem twarzy, który wyrażał mniej niż kiedykolwiek. Jedynie napięcie widoczne w jego mięśniach zdradzało, że nie zmienił się w pomnik. Nie patrzył na Alfreda tak samo, jak nie patrzył na nikogo innego.
Po ludziach Astry z sali zaczęli wynosić się buntownicy, a teraz zaufani ludzie króla. Strażnicy zamknęli za sobą drzwi. W końcu, gdy sala zrobiła się przestronna i cicha, Arthur drgnął i ponownie spojrzał na Alfreda. Na końcu języka zaplątały mu się jakieś bliżej nieokreślone słowa, by za coś go pochwalić. Za oficjalność, za prezencję, za to, że nie zdradzili siebie nawzajem. To krótkie, przelotne wrażenie szybko zginęło jednak pod ciężarem całej nienawiści, jaką Arthur żywił do najgorszego człowieka, jaki stanął na jego drodze. Na widok jego miny nie powiedział więc niczego podobnego.
— Wymień reguły – rzucił po prostu, wpadając Alfredowi w słowo.
Małżeńskie tatuaże lub przysięgi wobec króla tworzyło się zwykle na piersi, w miejscu bijącego serca. Dlatego Arthur już wcześniej oświadczył, że nie zgadza się na ten punkt. Tradycyjne kontrakty tworzono zwykle na którymś z najważniejszych miejsc witalnych ciała: w miejscu pulsującej krwi, na czaszce, obojczyku, karku lub podbrzuszu.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 30 Paź - 13:36:05

Alfredowi brakowało wiele do aparycji chłodnego posągu, wykutego z drogiego kamienia, jaką prezentował Arthur. Nie miał tej samej gracji, tej długiej, łabędziej szyi, smukłego ciała, z którego płaszcza spływały jak fale, ani też bladej jak marmur karraryjski cery. Nie miał też miny wyższości, lodowatej ironii wypisanej na twarzy, zimnej furii czającej się w oczach.
Właściwie to dość mocno walczył z tym, by nie mieć miny jak najbardziej znudzonej. Ugryzł się nawet raz w język, gdy poczuł, że jest na granicy ziewnięcia. Starał się wyglądać odpowiednio, co nie było tak trudne. Problem polegał na tym, że Alfred nie do końca odczuwał chęć takiego przedstawienia. Rozumiał jednak jego istotę. Pozwolił więc prezentować się jak król, którym teraz był. Może nadal nie zasługiwał na drogocenną koronę, może nadal pojawiały się bunty, a zamachy będą im towarzyszyć jeszcze przez dłuższy czas, ale to niczego nie zmieniało. Alfred wiedział, że ma idealną prezencję i zrobił wszystko, by ją podkreślić.
Ubrany w płaszcz obszyty białym futrem i spięty pod szyją broszą – kutym w złocie pikiem. W kaftanie z wysokim kołnierzem, zapinanym na złote guzy, wyszytym srebrem, skrzącymi się diamentami i szafirami. W wąskich spodniach przepasanych pasem z szafirów.
Wyglądał jak droga błyskotka. Wrażenia tego musiały dopełniać jasne włosy i oczy, a przede wszystkim młoda twarz, miękkie rysy, wciąż jeszcze na granicy wkraczania w dorosłość. Alfred swoją aparycją musiał irytować starszych, dla młodszych mógł być nadzieją.
Młodzi lubili zmiany, ale nie każdy lubił, gdy wprowadzała je osoba, wobec której czuli wyższość.
Alfred zdawał sobie sprawę, że przed nim jeszcze długa droga.
Skupił swoje spojrzenie na Arthura. Długie, intensywne i wymowne.
Bardzo długa.
Poczekał aż wszyscy wyjdą z sali i dopiero wtedy pozwolił sobie na załamanie prostej linii bark, skurczył się w sobie, opadł, zsunął się na krawędź tronu i wystawił przed siebie nogi. Odgiął kark. Czuł zesztywniałe mięśnie i po raz kolejny zadał sobie pytanie – jakim cudem ktokolwiek wytrzymywał podobne tortury.
Alfred odetchnął.
Nie spodziewał się niczego więcej od Arthura ponad formalnością, ale sam nie uśmiechnął się szeroko, jak miał w zwyczaju. Po minucie, może dwóch tego nikłego relaksu, znowu się wyprostował, oparł łokcie na zimnych, metalowych podłokietnikach tronu i pochylił się do przodu, patrząc na Arthura uważnie.
Sam także mógł powiedzieć mu coś miłego, nie wątpił, że Arthur musiał połykać całkiem spore pokłady goryczy i żółci.
Ale hej, patrzenie na niego było nawet zabawne!
- Dobrze, Arthur. – Uśmiechnął się krzywo Alfred. – Po pierwsze byłbym zadowolony, gdybyś nie wyrażał się sztuką abstrakcyjną na ścianach pałacu. Naprawdę doceniam twoje zaangażowanie, ale cierpliwość nie jest twoją mocną stroną… Cztery godziny? Niezły wynik – przyznał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 30 Paź - 16:44:06



— Byłbym zadowolony, gdybyś nie istniał, ale zamiast tego wybrałem kompromis. Przejdź do konkretów, Alfred. Zwłaszcza, że bez dowodów twoje oskarżenia wobec mnie są absurdalne.
Popatrzył na niego twardym spojrzeniem nawykłego do polityki człowieka, a potem ruszył po schodach prowadzących do tronu. Nigdy nie lubił za bardzo, gdy miał możliwość patrzenia na niego z góry. Dlatego chciał jak najszybciej znaleźć się ponad albo przynajmniej na tej samej wysokości, co Alfred.
– Astra stała niebezpiecznym miejscem – podjął niemal spokojnie. – Jeśli ktoś już wcześniej chciał skrzywdzić innego człowieka, teraz korzysta z bezprawia, które zasiałeś. Jestem przekonany – wkroczył na ostatni ze schodków – że są tu jacyś ludzie, którzy od dawna pragnęli oczyścić dwór z tych, których przyłapali na zdradzie, korupcji, albo obrzydliwie szkodliwej dla królestwa głupocie. Ale jedyną prawdziwie odpowiedzialną za każde stracone życie osobą jesteś ty.
Stanął nad Alfredem i spojrzał zimno na prostą koronę na jego głowie. Nagle uśmiechnął się nieco ironicznie. Cztery godziny nie były żadnym wyczynem, kiedy ma się magicznych sługów, a pałac – łącznie ze ścianami – tak naprawdę wcale nie istnieje.
Planował znacznie większe czystki, a w obecnej sytuacji skończył tylko z ludźmi, którzy mogli mu najbardziej zaszkodzić, z tymi najwierniejszymi staremu władcy i jednemu lub dwoma takimi, którzy niesamowicie go do tej pory irytowali. Czuł się lepiej na myśl, że teraz nie żyją. Bez nich sprawy będą odrobinę prostsze. Albo przynajmniej przyjemniejsze.
— Przede wszystkim chciałem, żebyś powiedział mi o wszystkich zasadach, które chciałbyś zakląć w tatuaż. Zgodziłem się pomóc ci unormować sytuację w królestwie Pik i nie próbować cię zamordować przez tok – rzucił z przelotną niechęcią w głosie. – Ale pamiętaj, że to nie może zakładać pozbawienia mnie możliwości samoobrony. Możesz mieć moje słowo, że nie spróbuję pozbawić życia ciebie i wybranych przez ciebie bliskich ci ludzi, dopóki oni nie spróbują skrzywdzić mnie piersi. W zamian dasz mi...
Zawiesił głos, by dać Alfredowi możliwość dokończenia swojej części. Jednocześnie spojrzał na niego niecierpliwie – ale przez to też żywiej niż dotychczas. Teraz, gdy wyglądał na zimnego profesjonalistę, nie sprawiał przynajmniej wrażenia, jakby pragnął tu i teraz rozczłonkować Alfreda, a raczej tak, jakby nic do końca go nie obchodziło.
— Wstań.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 30 Paź - 18:58:16

Alfred popatrzył dłużej na Arthura z ciężkim do nazwania wyrazem. Było w tym coś z nieskrywanej uwagi, ale jego oczy nie błyszczały jak zwykle. Jeśli już coś się w nich odbijało, było to zamyślenie. Alfred westchnął i pokręcił powoli głową.
- Arthur, może mnie nie zrozumiałeś – zaczął spokojnie, obdarzając go uśmiechem, wyrozumiałym, cierpliwym. I tylko spojrzenie nadal miał dziwnie zachmurzone. – Nie wątpię w to, że możesz się od tego wymigać na tysiąc sposobów, nie planuję cię pociągnąć do odpowiedzialności, ani też ci tego wypominać, choć cieszę się, że to nie wpłynęło na listę i nadal mam zaliczone wszystkie wpisy… - urwał. – Ale mówiłem ci już, że nie musisz przede mną udawać i nie każ mi proponować, żebyśmy wpisali to do kontraktu. – Wyszczerzył się.
Nie omieszkał się też powstrzymać parsknięcia śmiechu, które stłumił rękawem.
- Wybacz, ale jeśli chcesz wzbudzić we mnie poczucie winy, musisz się bardziej postarać – stwierdził. Jego oczy błysnęły, wreszcie tym znajomym, jasnym blaskiem. Czymś na kształt wrodzonej ekscytacji i energii.
Alfred nie czuł się winny. Wypadki się zdarzały, wiedział od początku, że wiele rzeczy mogło pójść nie tak, a ze wszystkiego, co do tej pory miejsca najbardziej żałował Gilberta. Może nawet była to jedyna ofiara, której faktycznie żałował. Ale nawet to nie zakłóciło jego podejścia do Arthura, nawet to nie zatrzymało go w drodze po koronę.
Choć z drugiej strony miał tydzień ciszy i samotności na kontemplację i pogodzenie się z tym, że jego mistrz nie żyje.
(I jak się okazuje mistrz miał przed nim pewne tajemnice. Dupek. Jak zawsze.)
- W ogóle przez ten rok byłbym wdzięczny, gdybyś nie dotykał moich ludzi. Nie bronię ci robić swoich porządków, ale od mojej strony powstrzymaj się przez ten rok… A potem zajmij się mną. – Alfred złączył przed sobą palce, opierając je o siebie opuszkami. Parsknął. – Chce mieć zagwarantowaną twoją lojalność przez nadchodzący rok i twoje wsparcie w decyzjach, jakie podejmę. Potrzebuję twojej prezencji, jako gwarancji mojej władzy. Przynajmniej póki co, przez to musimy prezentować jednomyślność. Wątpię, by ludzie uwierzyli, że dałem radę w tej kwestii cię zastraszyć. – Uśmiechnął się przekornie. – Oczywiście będę je z tobą konsultować, dostaniesz pewną autonomię i pewien zakres władzy… Jednak… - Alfred urwał. – Chcę pozostawić sobie prawo do podejmowania ostatecznych decyzji. Przez ten rok nie będziesz też zawiązywał spisków. Nie zmuszę cię do zostania królową, ale to nadal otwarta propozycja. – Urwał.
Tym razem obdarował Arthura półuśmiechem. Wstał i przeciągnął się jak kot.
- Dobrze. To i tak kawał niewygodnego metalu. Nie da się tu przytargać jakiejś poduszki? Muszę o tym pomyśleć. – Pokiwał głową. – Hm… O czym to ja, ach, kontrakt, tak? Przez ten rok chcę, żebyś mieszkał w pałacu i towarzyszył mi w podróżach, które będę odbywać poza jego teren. Opcjonalnie. Póki co wszystko ci odpowiada?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 30 Paź - 20:54:34

Arthur skoncentrował się na tym, by magia nie wymknęła mu się spod kontroli i nie zaczęła pustoszyć wszystkiego wokół. Pomimo ograniczenia, stała się praktycznie wyczuwalna, wpływając na otoczenie wokół niego. Niedopracowana przez Alfreda rzeczywistość zafalowała lekko.
— Wczuwasz się w rolę króla i udajesz przyjaciela. Nie zapominaj, że dla mnie nie jesteś ani jednym ani drugim – powiedział w końcu Arthur. Alfred zwracał na to uwagę już nie po raz pierwszy, a przecież nie rozmawiali z tobą wiele razy. Widocznie drażniło go, gdy ktoś nie był z nim szczery.
I dobrze.
— Niepotrzebne mi twoje poczucie winy. – Potrzebny był mu najwyżej Alfred powoli nadziewany na bardzo ostry pal. Bo, gdyby chłopak miał czegoś żałować, zacząłby już dawno. Jednak Arthur nie wyczuł nawet śladu tego typu zmartwienia w świetlistej osobowości, która na krótki moment pochłonęła go w całości. Och, tak. Dokładnie to zobaczył teraz w jego oczach.
Alfred miał irytująco niebieskie oczy, a kiedy wypełniała jasność, stawały się jeszcze bardziej niebieskie i jeszcze gorsze do znoszenia. Arthur wiedział, że jego własne oczy nigdy nie okazywały takiego życia, nawet, gdy wydawało mu się, że czuje coś pokroju ekscytacji. Ludzie, z którymi był blisko, zwykli sądzić, że nudzi się nimi albo myśli o czymś innym, kiedy akurat nie było to prawdą. Teraz jednak korzystał z tej swojej wrodzonej ciemności. Zmarszczył leciutko brwi i popatrzył na Alfreda ze spokojną kpiną.
— Jak już powiedziałem, nie skrzywdzę żadnego twojego człowieka, dopóki nie wejdzie mi w drogę – rzucił mimochodem i przypomniał sobie Gilberta. Nie chciał go zabijać, ale w tamtym momencie nie liczyło się to przed kim stał. Równie dobrze w drogę mogłaby wejść mu obca osoba, jego mistrz, jego matka albo kochanka. Dlatego tak istotne było, by jego ludzie byli mu absolutnie posłuszni. Musieli znać swoje miejsce i nigdy nie próbować go zmienić. Tylko tak było bezpiecznie, tylko tak było dobrze i prawidłowo. W ten sposób nie musiał się bać, że pewnego dnia będzie musiał zrobić im krzywdę.
Arthur poczuł dreszcze. Dopiero w tym momencie przypomniał sobie, że tak naprawdę wciąż nie wie, na ile jakakolwiek magiczna przysięga będzie potrafiła go powstrzymać.
Ale tak szybko, jak ta myśl przemknęła przez jego umysł, zniknęła, zastąpiona następująca lawiną najbardziej fatalnych błędów, jakie tylko mógł popełnić ktokolwiek rozmawiający z Arthurem o czymkolwiek.
Lojalność. Prezencja. Wsparcie. Jednomyślność. Konsultacje i pewna autonomia.
Nie zabije go, nie ma sensu, zaszedł za daleko, nie zabije go teraz...
Arthur drgnął. Przełknął całe mnóstwo jadu. A potem, zaskakując nawet samego siebie, wyrzucił z siebie złość śmiechem. Śmiał się gorzko i nieco dziwnie, jakby jego struny głosowe odzwyczaiły się od tak wysokich nut. Przeszedł parę kroków, stanął plecami od Alfreda, aż w końcu zdusił w sobie tą skołtunioną furię, przestał się śmiać i znowu okręcił na pięcie.
— A jednak się ośmieliłeś.
Spojrzał na Alfreda wzrokiem osoby zbyt inteligentnej na taką rozmowę. Nie był pewny, co ma odpowiedzieć, bo chociaż miał w głowie parę możliwości, to żadna z nich nie wywołałaby odpowiedniej reakcji.  
— Możesz mieć mnie żywego albo możesz zobaczyć jak próbuję cię zabić kosztem własnego życia. Pierwsza opcja polega na tym, że szybko zmądrzejesz i zaproponujesz mi to, na co umówiliśmy się na początku. To twoja ostatnia szansa – podkreślił mocno. W przeciwieństwie do innych ludzi, Arthur nigdy nie rzucał takich słów na wiatr. Kiedy mówił coś takiego, miał to na myśli.
Jego serce biło szybciej i mocniej niż kiedykolwiek wcześniej; tak gwałtownie, że Arthur miał wrażenie, jakby miało zaraz wybuchnąć mu w piersi. Niedowierzanie i święte oburzenie nadal tworzyło w nim mieszankę, która przypominała pijackie rozbawienie, które wykrzywiało jego usta w uśmiech, który był tak daleki od czegokolwiek przyjacielskiego.
— Czy mi to odpowiada? Możliwe, jeśli równo za rok od tego dnia z własnej woli umrzesz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 31 Paź - 0:37:43

Alfred przebiegł spojrzeniem przez falującą strukturę pomieszczenia, która była gorzkim przypomnieniem, że nie umiał nadal adekwatnie władać magią, nawet jej większą częścią. Zastanowiło go, czy Arthur zrobił to celowo. Czy chciał tym samym przypomnieć mu, że Alfred nadal jest nikim. Śmieciem. Świadomość, że wciąż nie udało mu się do końca nad tym zapanować, była zaskakująco irytująca. I nowa. Do tej pory Alfredowi wychodziło wszystko, czego się dotknął. Był złotym dzieckiem i nie znał przeciwności. Dlatego fakt, że coś zabierało mu więcej czasu niż zwykle, było dla niego sporym wyzwaniem.
Wrócił myślami do Arthura, który chyba jednak w obecnej sytuacji był dosyć ważnym elementem otoczenia.
(I ładnym. Jak zawsze.)
- Wiem, wiem. Ale to nie zmienia faktu, że istnieje jeszcze moja strona wydarzeń. – Uśmiechnął się wymownie.
Choć nawet w jego stronie wydarzeń nie byli przyjaciółmi. Ale znalazło się tam miejsce na dość dobrze wizualizowany, dziki seks. Alfred miał przeczucie, że Arthur jest typem, który zostawia ślady na ciele partnera.
I nie, zdecydowanie nie powinien o tym myśleć. Poruszył się na tronie, jeszcze za nim ostatecznie wstał.
- Dobrze. To sprawiedliwe warunki – przyznał Alfred.
Śmiech, tak nagły, dziwny i gorzki, aż posmak zostawiał w ustach, rozbrzmiał nagle i bez ostrzeżenia. Wyrwał się z wąskich ust Arthura i odbił się od kamiennych ścian, przyprawiając Alfreda o coś, co było cieniem dreszczu. Alfred spojrzał na Arthura długo i bystro. Przez moment nawet spodziewał się ataku, ale ten nie nadszedł. To co poczuł nie było ulgą, a raczej zaakceptowaniem faktu. Skoro Arthur nie rzucił mu się do gardła, musiał zmienić już swoje plany i rozważyć opcję z Alfredem. Zapewne już w jego głowie rodził się plan, jak rozegrać tę partię. A może miał już go całego? Alfred był ciekawy, ale nie zapytał o to wprost. Nie dał po sobie poznać, co myśli, poza faktem, że cicho wysłuchał Arthura – co już samo w sobie było dziwne.
Uśmiechnął się lekko.
- Co byś zrobił, gdybym się na to zgodził? – spytał po prostu, z nieskrywanym zaciekawieniem.
Odczekał chwilę, dając Arthurowi czas do namysłu i ewentualnej odpowiedzi. A potem pociągnął dalej swój wątek.
- Oczywiście nie zrobię tego. Za bardzo jednak lubię żyć i zbyt wiele chcę zrobić. – Roześmiał się lekko. – To niestety nie w moim stylu, czyli nie mamy wyboru. Musimy wrócić do podstaw. Połowa władzy. – Rozłożył ręce. – W zamian jednak chcę też poparcia. Nie musi być we wszystkim, ale masz za sobą szkoły magów. To zbyt potężna siła. Musisz trzymać je na wodzy. I swoich popleczników. Chcę też, żebyś mówił mi o akcjach, jakie zamierzasz podjąć, zanim się wydarzą. Inaczej wprowadzimy większy chaos niż ja obecnie, a nawet ja tego nie pochwalam. Za bardzo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 31 Paź - 9:13:49



Tym razem Arthur był zbyt skoncentrowany na opanowaniu się, więc nie dostrzegał wyraźnie Alfreda. Świat stał na drugim miejscu, a liczyło się tylko to, że z jednej strony czuł się wściekły i śmiertelnie obrażony, z drugiej był tym już śmiertelnie zmęczony, z trzeciej wiedział, że nigdy nie zdarzyło mu się zejść z raz obranej drogi, a z czwartej – cóż, czwarta naprawdę mocno chciała kogoś przedziurawić.
W takich okolicznościach patrzenie się na tę wiecznie rozluźnioną, zdrową twarz pogarszało sytuację, w której mniej niż połowa Arthura miała chęci na jakikolwiek magiczny tatuaż. Co było idiotyzmem. Wiedział o tym. Jego uczuciowość, jego wyniosłość, pragnienie życia w jasnym świecie złożonym z zasad, stanowiły jego największe wady.
— To, co mogłoby być, nie jest istotne, skoro nigdy się nie zdarzy – odparł głucho, bardziej jakby mówił do siebie niż do konkretnej osoby. Powtórzył to sobie jeszcze raz w myślach, przeszedł jeszcze krok lub dwa i stanął na krawędzi wzniesienia. Stąd, odwrócony plecami od Alfreda, widział całą wielką, tymczasową salę tronową. Nie była ani tak wystawna ani widowiskowa jak ciemna i lodowata, wypełniona kolumnami i szumem płynącej pod podłogą wody sala starego króla... Jakie to miało znaczenie, skoro stary król odszedł bezpowrotnie, zabierając ze sobą poprzedni świat?
Nowa rzeczywistość oznaczała nowe zasady. W każdej rzeczywistości połowa władzy nie jest żadną władzą.
Arthur przymknął oczy.
— Będziesz rządził, wydawał rozkazy i stawiał czoła konsekwencjom, ale każda twoja decyzja odnośnie tego królestwa i jego ludzi musi wymagać mojej zgody. Nie będę popierać czegoś szalonego. To zagwarantuje nam jednomyślność i otworzy pole do naprawy zniszczeń. Jeśli nie podoba ci się ta opcja... To zawsze możesz przekazać w moje ręce armię królestwa. Obecnie chcę tylko zachować mój nadzór nad edukacją, ale armia pozwoliłaby mi kontrolować twoje poczynania, co wliczałoby się jako połowa władzy.
Odwrócił się do Alfreda. Wyglądał na zmęczonego, ale jednocześnie zdecydowanego puścić w niepamięć swoje poprzednie uniesienie.
Nie był słaby, nie był, nie mógł być słaby. Bo kiedy zaczynał, pojawiało się w nim coś, co potrafiło odkładać na bok problemy, uczucia, obiekcje i myśli, jakby obierało kwiat z płatków, na samym końcu zostawiając sam rdzeń.
— Możemy się komunikować, możemy mówić sobie o tym, co konieczne. Przez rok będziemy pracować dla dobra tego królestwa. Jeśli nie okażesz się po prostu szalonym bękartem, może po tym czasie staniesz się królem, którego będę mógł zaakceptować. Jeśli nie, znowu publicznie stanę przeciwko tobie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 31 Paź - 10:24:56

- Nie - odparł spokojnie Alfred, okrążając tron. Postukał palcami o podłokietnik, chłodny i śliski, parujący metalową mgłą. Prowizoryczny i prosty, chwiejny jak cały otaczający ich świat. Alfred nie był z niego zadowolony ani trochę. Jednym, rozdrażnionym spojrzeniem, które na moment zakryło błękit jego oczu burzowymi, granatowymi chmurami, sprawił, że tron rozpadł się w mydlane bańki, które popękały na ich oczach, pachnął ciepłą, morską bryzą, którą Alfred zapamiętał z dzieciństwa w królestwie Karo.
- Nie, to znaczy, nie przeszkadza mi ta pierwsza opcja. Nawet ją wolę. Na pewno masz dużą wiedzę na temat tego królestwa. – Zrobił krótką pauzę. – Ale chcę zachować prawo do… Trzech? Dwóch? Własnych decyzji. Obiecuję, że nie będą przełomowe. – Uśmiechnął się lekko.
Gdy spojrzał na Arthura jego spojrzenie znowu było pogodne jak letni poranek.
- Bo jestem pewien, że nie zawsze będziemy się ze sobą zgadzać.
Nie powiedział, że Arthur czasami może nie zauważyć większego obrazka. Nie chciał go prowokować, a i tak „większy obrazek” byłby w tym kontekście raczej dziwną, efemeryczną wizją, tworzącą się w głowie Alfreda, mającą setki warstw, korytarzy i rozwidleń, kradnących uwagę Alfreda co pięć-dziesięć sekund.
Alfred roześmiał się lekko i zbliżył do Arthura. Pozwolił sobie na nieco poufały uśmiech, pochylając się w stronę jego twarzy. Udał, że przygląda się uważnie jego spojrzeniu. Oczom. A może faktycznie to robił? Dłuższą chwilę balansował na piętach, nie mogąc ustać w miejscu.
- Tak, podoba mi się ten układ. Jest dobry – przyznał spokojnie. – Ale nie, nie pasuje mi końcówka. Nie wyobrażam sobie jak porzucasz swoje ambicje… Ale zawsze możesz zostać moją królową. – Mrugnął do niego bezczelnie i w następnej chwili położył sobie palec na ustach. – A, przepraszam! Powinienem gryźć się w język. – Roześmiał się.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 31 Paź - 17:03:02

Arthur nienawidził samego brzmienia słowa "nie", więc, zanim Alfred wyjaśnił, że tak naprawdę się zgadza, magia wokół niego zdążyła zafalować jak podrażniony nagłym ruchem wąż. Później wcale nie poczuł się spokojniejszy. Skrzywił się leciutko, jakby pogardliwie, ale tym razem nie zdradził swoich myśli.
Alfred śmiał prowokować go nawet w tak istotnej chwili. Nie tylko śmiał; dobrze się przy tym bawił.
— Do dwóch – skinął głową po niedługiej chwili. Wiedział, że nie obędą się bez takich haczyków, a dwie decyzje nie brzmiały na tak złe w świetle tego, jak wiele przywilejów nadawał mu bez problemu Alfred. Więcej niż zrobił to kiedykolwiek stary król; więcej nawet, niż dałoby mu zostanie Królową Pik.
— Ale w takim razie zagwarantuj mi możliwość swobodnego opuszczania Astry i podróżowania po królestwie. Często odwiedzam akademie i posiadłości, poza tym nie jestem twoim sługą – uświadomił mu ostrym tonem. Jako przyrzeczony królowi obrońca, nie opuszczał dworu od paru miesięcy. Wcześniej dość długo w nim przebywał, ale, pomimo to, zachował opinię kogoś, kto lubi bywać w pięciu różnych miejscach jednego dnia. Przede wszystkim nienawidził, gdy ktoś próbował go kontrolować. To, że Alfred próbował zatrzymać go w tym jednym przeklętym miejscu przez cały rok, było nie tylko oburzające, ale też irytująco irracjonalne.
Wyczuł, że Alfred się do niego zbliża, dlatego odwrócił się nagle. Jego zdobny księżycowymi kamieniami płaszcz zaszeleścił przy tym. Bez zdziwienia odkrył, że te błękitny oczy patrzą na niego z nieprzyzwoicie bliskiej odległości. Uśmiechnął się samym kącikiem ust.
— ...ani królową. Dlaczego tego chcesz? To oznacza tylko tyle, że pociągniesz mnie do grobu – odsunął się od niego o krok. Z bliska zauważał, że w Alfredzie zbyt wiele rzeczy jest idealnych. Skóra, rysy twarzy, szczęka, szyja i włosy. Wszystko. A Arthur nie chciał o tym myśleć i nie zamierzał zwracać uwagę na ładną twarz swojego wroga.
Spuścił za to wzrok i przesunął wzrokiem po świeżej bliźnie, której skrawek wystawał spoza wysokiego królewskiego kołnierza.
— Niewiele tym zyskasz, ponieważ nie zamierzam cię chronić, Alfred. Nawet, gdyby od tego zależało moje życie.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 31 Paź - 18:29:53

Alfred uśmiechnął się przekornie.
- Jesteś bardzo drażliwy – stwierdził oczywistość.
Równie dobrze mógł wyjść na ulewę i stwierdzić, że pada deszcz. Opcjonalnie wykopać ciało Gilberta, pochylić się nad nim, tknąć obłażące robakami oczodoły i stwierdzić: „ha, faktycznie nie żyje”. Choć nie, tego ostatniego nie mógł zrobić. Gilberta oddano ogniu i wodzie, o ciele nie było więc mowy.
- Dobrze, ale je też musimy uregulować. Skoro tylko dwie decyzje mogę podjąć bez twojej opinii, tobie też nie mogę dać pełnej autonomii. Nie jestem aż takim kretynem, Arthur. Po pierwsze będzie to konkretna liczba wyjazdów, po drugie nigdy nie będą mogły być związane z moją osobą. I chyba powinienem zadbać o sformułowanie tego tak, żebyś nie znalazł w tym żadnych luk. – Alfred wyszczerzył się wymownie. – Choć pewnie i tak znajdziesz. Nigdy w życiu nie pozwoliłbym sobie, żeby cię nie docenić.
Zbliżył się do Arthura. Miał ochotę go dotknąć, ale powstrzymał się w odpowiednim momencie. Mimo to przebiegnięcie palcami po tej jasnej skórze kusiło tak bardzo, że Alfred musiał przygryźć wewnętrzną stronę policzka tylko po to, by nie poddać się własnemu pragnieniu. Nigdy dotąd nie czuł, że chce kogoś tak bardzo. Nigdy nie pożądał. Podobne zbliżenia traktował jak zabawę. Ale Arthur był kimś innym. Im bardziej traktował Alfreda jak śmiecia, tym bardziej Alfred chciał mu pokazać, że jest czymś znacznie więcej.
- Przecież musiałeś mieć jakiś plan już wcześniej, chyba, że… Och, och tak! – Alfred roześmiał się. – Jesteś niesamowity! Wprowadziłeś go w życie już dawno? Już dawno go zacząłeś! To nie miało być wydarzenie tylko proces. Długi, powolny proces. Och, jesteś genialny! – Wyciągnął ręce, jakby chciał złapać Arthura za dłonie. Powstrzymał się jednak. Zastygł z wyrzuconymi przed siebie rękami, wahając się.
Nie chciał ich stracić. Jeszcze za wcześnie. Odsunął się i odetchnął. Przeciągnął niedbale.
- To dlatego… Ze mną nie zrobisz już tego samego! – Pokiwał głową. – Rozumiem! – Klasnął. – Cóż, to akurat nie było takie znowu obce wśród królowych, prawda? Ile historia zna przypadków, gdy mordowały one królów? Mniej lub bardziej oficjalnie? – Jego oczy błysnęły.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 31 Paź - 19:42:25


— Nieprzyzwyczajony – poprawił go Arthur niecierpliwym tonem. – Normalnie nie pozwalałem, żeby tak żałośni ludzie marnowali mój czas.
Może nie brzmiał zbyt mądrze, ale zachowywał konsekwencję w swoich słowach i działaniu. Od początku pokazywał się Alfredowi jako lojalny, acz pozbawiony wielu zahamowań poddany króla. Nie było powodu, żeby przestawać teraz, nawet, jeśli on sam uważał, że takie uwagi są zbędne. Po pierwsze, pokazywały, że w gruncie rzeczy utknął w tej sytuacji i jest bezsilny na fakt egzystencji Alfreda. Po drugie, nigdy nie udało im się nikogo obrazić. Nawet Arthur nie poczułby się urażony, gdyby ktoś w ten sposób próbował go opluć – z tym, że on nie marnowałby na kogoś takiego czasu.
— Być może nie jesteś, ale to nie oznacza, że wiesz wszystko. Pełna autonomia mi się należy. Jestem wolnym człowiekiem. – Właśnie tak wypowiedział swój rekord w kwestii kłamstw. Dwa kłamstwa w liczącym trzy słowa zdaniu.
Być może z tego powodu wydał się trochę bardziej rozluźniony; nie tyle uspokojony, co po prostu pogodzony z faktem, że Alfred istnieje i prowadzi z nim tego typu rozmowę. Przecież nawet małe dzieci potrafiły w końcu pogodzić się z tym, że rzeczywistość się zmienia.
— To... – umilkł. Zamiast słów, po prostu spojrzał na Alfreda z mieszaniną zamyślenia i podejrzliwości. Nie do końca zrozumiał to, co nagle odczuł, ale po raz kolejny zauważył, że ten głupi chłopak zachowuje się, jakby uważał, że wie o nim bardzo wiele. Bez wątpienia spędził jakiś czas myśląc o nim, wyszukując słabości i próbując zrozumieć. A skoro poświęcił swój czas na Arthura, to pewnie zrobił coś podobnego z wieloma innymi ludźmi i sytuacjami.
Jakikolwiek Alfred miał plan, ten na pewno istniał i cały czas się rozwijał – w tych niebieskich oczach Arthur dostrzegał mnóstwo niewypowiadanych myśli i zamierzeń. Wciąż nie miał pojęcia, na czym mogłoby to polegać. Dlatego przez jego twarz przeszło coś, co przypominało cień zaciekawienia. Później jego mina stężała, rozpłynęła się w obojętność.
— Myślisz i ruszasz się zbyt wiele – powiedział powoli, z rozwagą. Sam nawet nie drgnął, choć także szybko przemyślał całą tą sytuację. Jego uwadze nie umknął fakt, że Alfred chciał go dotknąć, ale powstrzymał się w ostatniej chwili.
Czyli nie był aż tak głupi jak się wydawało.
— Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Dlaczego miałbym zostać twoją królową? – Patrzył na Alfreda przenikliwie, aż w końcu uśmiechnął się krótko, zimno. – Dostaniesz rok z mojego życia. Rok mojej pomocy to więcej, niż zasługujesz. Obiecaj, że nie będę więźniem, a za rok powiem ci, kim jestem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 31 Paź - 22:47:57

- Czyli robisz dla mnie wyjątek? – Alfred zmrużył oczy, bezczelnie łapiąc Arthura za słówko. – Wiedziałem, że jestem wyjątkowy! – Roześmiał się i niedbale okręcił wokół własnej osi.
Płaszcz zaskrzył się wokół niebo bladym światłem, chwytanym przez mnogą powierzchnię oszlifowanych kamieni. Poza tym był jednak wąski, bardziej przyległy do ciała i krótki. Alfred nie lubił trenów. Zbyt często, ze swoją koordynacją ruchową pełną nieuwagi i zamyślenia się o nie potykał.
- Jesteś też niebezpiecznym człowiekiem – uściślił lekko Alfred i cmoknął wymownie. Rozłożył ręce.
Arthur był niebezpieczny na tak wiele sposobów. Alfred to w nim podziwiał, ale nie zapominał. Obserwacja i obcowanie z Arthurem było jak drażnienie majestatycznej, dzikiej bestii, która mogła odgryźć głowę z byle kaprysu. Alfred uwielbiał ten dreszczyk emocji i niebezpieczeństwa, ale nawet on zrozumiał potrzebę kompromisu. A nawet ustępstw, tylko po to, by zobaczyć co Arthur zrobi. Jednak były pewne granice i teraz obserwował Arthura spod zmrużonych powiek. Nie zamierzał utracić gruntu pod nogami, najlepiej było pokazać Arthurowi, że nawet jeśli dostał wiele, to jednak stało się tak, bo Alfred tego chciał, a nie dlatego, że dał się okręcić wokół palca. Może dlatego wyda się szalony, głupi, nierozsądny… To nie miało znaczenia. Alfred lubił utrzymywać Arthura w tej prostej niepewności.
„Kim jest?”
- Możliwe. Nigdy nie umiałem usiedzieć w miejscu. Ty jesteś za to tak bardzo statyczny. Jak posąg. Jesteśmy od siebie różni i podobni. To zabawne, prawda? – Alfred przeszedł kilka kroków, splatając dłonie za plecami. – Bo jestem przystojniejszy od mojego ojca? Młodszy? – Parsknął. – No dobrze, to pewnie nie jest argument. Ale królowa też ma dostęp do tej mocy, którą oboje widzieliśmy. Jest jedyną prawdziwą barierą między królem a ludźmi, tą, która może go powstrzymać. To rola, której chcesz. Przejściowo, oczywiście. Ryzykujesz własną śmiercią… Ale może nie będziesz musiał czekać na moją śmierć tak długo…? – zasugerował cicho, uśmiechając się dwuznacznie. – Kim jesteś? Czyżbyś krył przede mną coś jeszcze? Co takiego możesz kryć, czego już nie wiem, czego nie widać jawnie jak za dnia? Albo odwróćmy pytanie. Zostań moją królową, a za rok powiem ci, kiedy dokładnie umrę i dlaczego nie musisz obawiać się, że pociągnę cię za sobą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 1 Lis - 10:48:39



— Ty po prostu się przytrafiłeś. – Arthur pokręcił głową. Mimowolnie zawiesił wzrok na kamieniach skrzących się na płaszczu Alfreda.
On sam przyszedł ubrany w purpurowy ceremonialny strój, który miał na sobie, gdy obudził się po długim śnie i odkrył, że cały jego dotychczasowy świat uległ rozpadowi. Sen, w którym okruchy czarnej gwiazdy towarzyszyły mu przez całą drogę z przeszłości, przez teraźniejszość, aż do przyszłości.
Podniósł wzrok na ten ciemny, bezczelny błękit i uśmiechnął się chłodno, jakby Alfredowi udało się jednak połechtać trochę jego ego. Owszem, uchodził obecnie za najlepszego maga w królestwie Pik, ale często ci, którzy oficjalnie za kogoś uchodzili, byli najwyżej przeciętni w porównaniu do tych, którzy nie bawili się w dworskie zabawy. Poza tym nie każdy uważał go za niebezpiecznego. Nie każdy był na tyle inteligentny.
— A ty wciąż śmiałeś próbować narzucić mi aroganckie zasady. Czyli nie potrzebujesz tłumaczenia, że nie zamierzam być złotem twojej korony, a i tak robisz wszystko, żebym stał się twoim wrogiem.
Arthur milcząco obserwował jak Alfred zapomina o swoim otoczeniu i porzuca resztki nudnej postawy, jak zaczyna gubić się w myślach, poruszać gwałtownie, szybko, tak jak zaciekawiony światem kociak. Zbiegiem okoliczności wiele ciekawych świata małych kotków kończyło pod kołami wozów albo na stołach biednych rodzin.
Ten jednak powstrzymał się, zanim popełnił faktyczną głupotę. I po tym jednym krótkim zawahaniu Arthur poznał, że Alfred jest zwyczajnie zbyt inteligentny, żeby do końca kontaktować z rzeczywistością. To, co działo się w jego głowie było dla niego zbyt zajmujące.
— Nie sądzę, żebyśmy byli podobni w czymkolwiek poza tym, że jesteś utalentowanym magiem. – Tym razem Arthur powiedział to tylko po to, by go podrażnić. Sam zaczął dostrzegać więcej podobieństw pomiędzy nimi. Jak to, że obaj oszustami i kłamcami, wykorzystującymi wszystkie plany. Nikt, kto znał go lepiej albo dłużej, nie miał naiwność głupich ludzi wokół siebie.
Wciąż jednak czuł dziwne dreszcze na myśl, że Alfred tak łatwo przejrzał jego pojęcia o tylu sprawach; a ostatni, którzy coś podejrzewali albo mu nie ufali, przestali być problemem wczorajszej nocy.
Alfred dalej nie mógł ustać w miejscu, a Arthur wciąż go obserwował. Nawet intensywniej niż do tej pory, zimniej, ale jednocześnie bardziej pogodzony z sytuacją. Nie stawał już naprzeciw głupiego chłopca znikąd. Teraz czuł, że toczył rozgrywkę z kimś naprawdę równym sobie, a to... Zdarzało się naprawdę bardzo rzadko.
— Potrafisz ujmować pustkę w słowa tak, że brzmi jak wszystko, czego można by zapragnąć. Nic dziwnego, że udało ci się przekonać tylu głupich ludzi. A jednak wciąż nie wytłumaczyłeś, co ty mógłbyś z tego mieć.
Poruszył się pierwszy raz od dłuższej chwili. Przeszedł kawałek, a później stanął naprzeciw Alfreda. Spojrzał mu prosto w twarz z uśmiechem i nowo odkrytą pewnością swego. Poznał właśnie kolejny jego słaby punkt: miłość do myślenia, do odkrywania i rozumienia.
— Powtórz na jakie zasady się zgadzasz, Alfred. I zawrzyjmy ten kontrakt, zanim któryś z nas zmieni zdanie.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 1 Lis - 16:40:32

- A jednak, nawet będąc przypadkiem, czymś wyróżniam się ponad tymi, którzy do tej pory cię spotkali – zauważył spokojnie Alfred, pozwalając Arthurowi znowu podziwiać swoje bezbłędnie białe i równe zęby.
Z nich dwóch to Alfred wyglądał jak urodzony w ciepłej baśni dla dzieci, takiej o złotowłosym chłopcu, który z łachmanów wyrósł, by stać się kimś wielkim. Miał oczy jak niezapominajki, usta jak maliny, brzoskwiniową cerę i kosmyki miękkie jak łany zboża. Czy inny równie sielski pejzaż. W rzeczywistości jednak Alfred był ścisłą mieszanką genów i tak jak w wypadku podobnych mieszanek nie wszystko musiało być idealne.
Alfred miał to szczęście, że wady jego genów nie było widać na wierzchu.
- A jednak nie rzuciłeś się na mnie i nie próbowałeś mnie zabić, jak przez… Większość naszej znajomości. Czyli coś już rodzi się w twojej głowie! – Alfred klasnął wesoło w dłonie. – I dobrze, to oznacza, że nie możemy mówić o nudzie. Nie, Arthur. – Alfred uśmiechnął się łagodnie. – Nie wierzę, że kiedykolwiek uznasz mnie za wystarczająco dobrego, by odebrać ci władzę. To nie leży w twojej naturze. Ale przez ten rok możemy przynajmniej się poznać! – Dodał już zmienionym, wesołym tonem.
Przypominając trochę mydlane bańki.
Arthur oczywiści usilnie starał się je przebić. Coś drgnęło w Alfredzie. Poczuł się zniecierpliwiony. Arthur umniejszał go z zasady, zamiast przyznać coś, co było widoczne jak na dłoni. To było dziecinne, drażniące. I Alfred naprawdę uważał, że to nie fair. Zrobił tak wiele, by Arthur go zauważył!
Ale Arthur nawet nie umiał tego docenić. Alfred cmoknął z dezaprobatą.
- Potężną królową, zadowolenie połowy królestwa i czystą, prostą zabawę. – Alfred wyszczerzył się bezczelnie. – Co zaofiarowałeś poprzedniemu królowi? Ochronę życia? – Alfred roześmiał się perliście. – Jak sam widzisz taki interes raczej się nie sprawdza na dłuższą metę. Nie chcę lojalnej królowej dla Królestwa Pik, ale chcę potężną królową. – Rozłożył ręce. – To co ustaliliśmy. Możesz mi zdradzić za rok za kogo się uważasz… - Zmrużył oczy. – Ale nadal chcę mieć pewność, że czasu spędzonego w podróży nie użytkujesz przeciwko mnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 1 Lis - 17:18:31

Arthur popatrzył na niego ironicznie. Odnosząc wrażenie, że Alfred aż się doprasza o to, żeby go pochwalić, łechtać mu ego i go podziwiać. Ale przede wszystkim musiał chcieć, żeby cały świat, począwszy od arystokracji, ugiął przed nim kark i potwierdził jego wyjątkowość.
— Och, daj spokój. Nie jesteś ani pierwszym buntownikiem, ani pierwszą osobą, która weszła mi w drogę, ani pierwszym, który czymś się wyróżnia. Czy możemy przestać marnować czas? – zapytał z leciutkim uśmiechem, który puszczony wolno mógłby prawdopodobnie przeciąć każdą rzecz i człowieka w pomieszczeniu. Później odwrócił się na pięcie i niemal obojętnie rozejrzał się po wnętrzu opustoszałej sali, w której chwilę wcześniej dokonała się zmiana światowej skali. Królestwo Pik zaczynało reagować na dotyk nowego króla. Być może już za rok rzeczywistość się wygładzi: w końcu królobójstwo przez wieki było akceptowalną drogą do tronu.
— Nie mieliśmy rozmawiać o naszej znajomości, tylko o konkretach – rzucił z rozbawieniem, odwrócony od Alfreda i elegancko wyprostowany. Jego mięśnie nie były już tak spięte jak chwilę temu. Magia nie była od niego wyczuwalna.
Uniósł dłonie i poprawił związaną wokół szyi białą wstążkę.
Wciąż nie lubił, gdy Alfred mówił do niego po imieniu. Brzmiał wtedy zbyt spouchwale i jednocześnie tak, jakby sądził, że znają się od bardzo dawna.
— Przez rok możemy się poznać – powtórzył za nim ironicznie. Jakiś ton w jego głosie sugerował, że prędzej zapozna się dogłębnie z losowo znalezionymi na ulicy zwierzęcymi odchodami niż z Alfredem. – Po co, skoro zachowujesz się, jakbyś już wszystko o mnie wiedział?
A to, co Alfred odpowiedział na temat królowej, było równie absurdalne, co reszta jego wesołych wynurzeń. I w równym stopniu nie wyjaśniało niczego, brzmiąc przy tym, jakby coś oznaczało. Puste słowa. Arthur niemal to podziwiał, jednak przez krótką chwilę niczego nie odpowiedział. Namyślił się.
Potem prychnął.
— Myślałem, że chciałeś, żebyśmy byli pomiędzy sobą szczerzy. Nieważne – zadecydował tonem kończącym dyskusję. – Zacznijmy kontrakt.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
 
Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 29Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5 ... 16 ... 29  Next
 Similar topics
-
» Nauczyciele fabularni
» Tysiąc reakcji na tysiąc sytuacji
» Kronika rodu Bolton
» Ludzie Baratheonów
» Ludzie Tully'ch

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Cardverso-ms-
Skocz do: