IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 15 ... 27, 28, 29  Next
AutorWiadomość
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 25 Mar - 19:04:11

Mina Alfreda była warta wielu rzeczy. Cenna, po prostu. Arthur nie spuszczał z niej wzroku, czując się jak jubiler, któremu tuż przed nosem pomachano kunsztownie wykonaną biżuterią. Czymś pięknym. Alfred wyglądał jak ktoś niemal doprowadzony do szaleństwa, pociągnięty prosto w kierunku otchłani, gdzieś w kierunku pragnienia, wściekłości, ostateczności. I jaki to był przyjemnie przerażający widok, takie stworzone jednym pocałunkiem dzieło sztuki.
Przypominało mu to pierwsze uczucie, które poznał wtedy, gdy jako dziecko szukał w ogrodzie insektów i łapał je na różne sposoby. A później, gdy miał je już w dłoniach, stawały się zupełnie bezsilne i bezwolne, miotały się w całkiem zabawny sposób, próbując uciec z pomoc swoich małych, prymitywnych instynktów. Mógł zrobić wszystko, uwolnić je, użyć magii, połamać ich nóżki albo skrzydełka, zabić. Zabrać motylom skrzydła i dać je żukowi. Sprawić, że mrówka stanie się odporna na każdą siłę. Wyleczyć umierającego pająka.
Szybko odkrył, że niezależnie od tego, co wybrał, efekt nie przynosi mu żadnej radości. Żadnej satysfakcji. Niczego w nim nie było, dopóki któraś opiekunka – a może to była nauczycielka? - nie wyjaśniła mu pojęć dobra i zła. Dzięki temu zaczął wiedzieć, co jest właściwe, a co definiuje potwora.
Żadnej przyjemności z widzenia jak cierpią. Żadnej radości z pomagania im. Nieważne, jak mocno i starannie siebie nie oszukiwał, nie czuł niczego ani do losu insektów, ptaków, innych zwierząt, do pogody, natury ani ludzi. Z wyjątkiem chwili, w której sam o tym losie decydował.
Kontrola. Ona smakowała lepiej niż wszystko inne w jego życiu. Czasem potrafił się nawet przed sobą przyznać, że prawdopodobnie smakuje mu jako jedyna. Wszystko inne było tylko warstwami makijażu, które nakładał na swoją twarz starannie przez długie lata, aż te najstarsze warstwy kamieniały i sam zapominał, że nie są prawdziwe. Ale tam, na samym początku, gdzie był jedynie on i robaki kryjące się między kłosami trawy, przyjemność sprawiało mu po prostu bycie bogiem.
A Alfred patrzył na niego tak... Alfred patrzył na niego tym obrzydliwym wzrokiem pełzającego stworzenia, które przez własną słabość i głupotę wepchało mu się prosto do zaciśniętej pięści.
Arthur próbował się powstrzymywać. Naprawdę próbował zrobić to, co było obiektywnie właściwą rzeczą do zrobienia. Ale teraz pocałował Alfreda i skończył się już czas na próbowanie. Skoro on tak bardzo tego chciał, to... decyzja, decyzja.
Niech jeszcze pocierpi, niech dotrze do granicy. Poczeka na pozwolenie.
- Twoja twarz. Zaklęcia się rozwiały.
(Tak było źle. Tak nie powinno być. Biedny, głupi, cholerny Alfred.)
Cofnął się, a później ruszył znów mroźną, pogrążoną w nocnych cieniach ulicą. Po jego prawej stronie spokojnie szumiało jezioro, po lewej stał szereg uśpionych budynków. Wszystko wydawało się dziwnie martwe – i Arthur samemu też wydawał się martwy, z wyjątkiem tego, że gdzieś w jego piersi, a raczej jeszcze głębiej, pod wnętrznościami i pod człowieczeństwem, wznosiło się coś parzącego i złocistego, niemal sprawiając mu ból. Ale ból z czego? Nie rozumiał i choć niemal zdawał sobie sprawę z tego, że coś jest bardzo źle, skupił się na znacznie jaśniejszej, prostszej prawdzie.
Był szczęśliwy. Tak to się chyba nazywało. A Alfred miał piękną twarz do całowania.
Po paru krokach poczuł na swoim ramieniu uścisk. Odwrócił się płynnym ruchem, jednocześnie popatrzył na Alfreda bez cienia zaskoczenia i powstrzymał go. Jedną rękę oparł na jego piersi, drugą chwycił go za podbródek. Znów go poczuł, ciało oddzielone cienką jak papier granicą przestrzeni. Jego oddech, jego ciepło. Idiota. Nawet teraz było w nim coś boleśnie idiotycznego.
- Nie masz w tej kwestii wyboru – zakpił, oskarżył, mówiąc wprost w jego usta. - Chyba, że nadal chcesz włamywać się siłą do moich pokojów i mojego życia. Bo, ach, ta taktyka tak cudownie działała do tej pory. Zabij mi kilku kochanków więcej. To też świetnie zadziała.
Odepchnął go od siebie i samemu też cofnął się o krok. Powinien być teraz szczęśliwy, że w końcu może odetchnąć pełną piersią i robić z Alfredem to, co chciał, ale w gruncie rzeczy ciągle był zły. Odetchnął, rzucił mu leciutko pogardliwe spojrzenie, a później zadarł podbródek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 26 Mar - 6:18:49

Alfred nawet nie zauważył, gdy zaklęcia znikły z jego twarzy. Magia drgnęła i rozwiała się, gdy Alfred przestał się na niej skupiać, kierując swoją uwagę tylko i wyłącznie w stronę Arthura, który po raz pierwszy był aż tak bliski, a tym samym – wydawać by się mogło, jeszcze bardziej odległy. Bo tylko grał z nim, sprawdzał go, pewnie chciał zobaczyć, jak bardzo Alfred jest od niego uzależniony. Młody król był tego świadomy, ale w tej chwili nic nie umiał z tym zrobić. Oddech miał płytki, serce wyrywało mu się z piersi, a w żołądku kotłowało się stado motyli. Wiedział, że pogrąża się, działając tak impulsywnie. Ale chciał zdobyć, zyskać. Pokazać Arthurowi, że też potrafi przejąć kontrolę. Gdyby tylko faktycznie umiał to zrobić…
- Tu i tak jest pusto i cicho jak w grobowcu. To raczej nie przypadek – podsumował niedbale.
Rzadko kiedy myślał o konsekwencjach, a teraz jeszcze mniej zaprzątały mu głowę. Wystarczyło mieć poczucie Arthura obok i faktu, że coś drgnęło, coś zaczęło kruszyć się na ten fakt w Alfredzie. Wybudzać się z długiego uśpienia. Przypomniał sobie, dlaczego chciał tak bardzo Arthura. Mając go na co dzień prawie zapomniał, że jest coś jeszcze. Cały inny, drugi aspekt ich relacji, który chciał uzyskać.
A teraz Arthur najwyraźniej postanowił podjąć grę, pobłażliwie spoglądając na Alfreda. Irytująco i kpiąco. Gdyby udało mu się odwrócić to na jego korzyść. Alfred poczuł przyjemny ucisk w żołądku. Zaskoczyć, zdobyć, pokazać mu, że jest inny i lepszy.
Wyzwanie.
Adrenalina.
To, czym Alfred praktycznie oddychał w życiu.
- Ocaliłem ci życie, nie udawaj, że to nie ma znaczenia, że wolałbyś tam zginąć – parsknął z wyraźnym rozdrażnieniem.
Może pomieszanym z poczuciem winy. A raczej na pewno. Dlatego tak bardzo go to prowokowało. Alfred wiedział, że zadziałał bezmyślnie, ale Arthur był ostatnią osobą, która powinna mu to wypominać.
Przecież zginąłby, gdyby nie jego interwencja.
Palce wczepił mocniej w ramię Arthura, gdy znowu poczuł jego dotyk. Dłoń na piersi, dłoń dotykająca jego skóry. Chłód opuszków palców na rozgrzanej do czerwoności skórze Alfreda.
Zaschło mu w gardle.
- Ale nie mogłeś oderwać ode mnie wzroku – odparł Alfred zachrypniętym głosem. – Nie mogłeś przestać myśleć o tym, jak bezczelnym kretynem jestem. I teraz proszę.
Tym razem nie dał się odepchnąć. Zaparł się stopami w miękki, błotnisty grunt i postąpił znowu krok do przodu, patrząc uważnie w oczy Arthura. Nie musiał zadzierać głowy.
- Tym razem to nie jest tylko twoja gra. Mówiłem ci, że będę i jestem inny – zauważył, choć raczej nie brzmiał w tej chwili przekonująco.
Znowu spróbował pocałować Arthura. Jeszcze raz. Nie zamierzał zniechęcać się po jednej odmowie. Za długo czekał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 26 Mar - 17:22:40



- Mój bohater. - Arthur spojrzał mu w oczy, mocniej zaciskając palce na jego podbródku. A następnie go puścił i spróbował odepchnąć, wkładając w to akurat tyle siły, by sam gest pozostał raczej sugestią niż wymuszeniem. A Alfred na wszelkie sugestie szanowania cudzej przestrzeni osobistej był głuchy praktycznie od wczesnego dzieciństwa. Dlatego Arthur poczuł po prostu jak Alfred, mimo pchnięcia, uparcie stoi w miejscu, tuż przy nim, twarz przy twarzy, z ręką zaciskającą się na ramieniu.
Arthur drgnął, wbił w Alfreda wściekłe, naglące spojrzenie. Nie znosił sprzeciwu i nie zamierzał go tolerować. Zamiast jednak to powiedzieć, zamiast jasno rozkazać Alfredowi, żeby się odsunął, milczał. Myśli nie chciały ułożyć się w słowa. Przez Alfreda. To przez niego i przez to, że te jego idiotyczne, bezczelne słowa wwiercały się w uszy Arthura.
Denerwujące, bo prawdziwe.
- Więc myślisz, że cię kocham? – zapytał po prostu, uśmiechając się jak ktoś, kto właśnie zadał przeciwnikowi cios. - Ktoś musi cię w końcu nauczyć, gdzie jest twoje miejsce.
Gdyby ktoś ich teraz zobaczył – króla i głównego maga królestwa – stojących w podłej dzielnicy portu, wczepieni w siebie jak dwa walczące psy... Nikt by ich chyba nie brał poważnie. Arthur pomyślał o tym tylko przelotnie, ale wiedział też, że tej nocy nie przyjdzie tutaj nikt niepowołany. Scena należała do niego i do Alfreda – choć tak naprawdę powinni teraz szukać kolekcjonerów. Oni zawsze znikali przed pierwszym promieniem słońca, ale, mimo to...
Alfred znów się szarpnął w jego kierunku, więc Arthur musiał go powstrzymać. Chwycił całą garść jego włosów, odchylił jego głowę do tyłu, ich twarze znajdywały się na odległość tak małą, że właściwie nieistotną – ale jednak. Wiedział, że musiał sprawić Alfredowi chociaż trochę bólu, ale o to mu chodziło. Szarpnął nieco mocniej te miękkie, mocne, cholernie jasne włosy. Nawet włosy Nolani nie były takie przyjemne w dotyku. Poza tym jej by nie uderzył. Nigdy nie miał potrzeby krzywdzenia takiej grzecznej dziewczyny jak ona.
- Nie – skarcił go. Ku własnemu zaskoczeniu usłyszał w swoim głosie cięższą nutę. Może nie był aż taki opanowany jak myślał.
Popatrzył mu głęboko w oczy, tak, jakby „nie” miało nie wystarczyć. Słowa działały słabo na Alfreda, ale zawsze był na tyle inteligentny, że rozumiał wszystko to, co działo się poza nimi. A teraz Arthur nie zamierzał mu na nic pozwolić i to z czystej złośliwości, bo chciał tego samego. Chciał go pocałować. Tym razem zrobiłby to boleśnie, może ugryzłby mu język albo wargę, albo całowałby go tak mocno i długo, aż jego wargi by spuchły, a oddech zniknął. A może znów zacząłby go dusić. To pewnie wyszłoby w praniu. Chciał mu po prostu zadać ból za śmierć Vertisa.
- Jeśli to nie moja gra, mogłeś nie dawać mi wszystkich najlepszych kart.
Zamiast tego wysunął się z jego uścisku; na mniej niż ułamek sekundy był tylko mgiełką, a później stał już parę kroków dalej. Uśmiechnął się.
- Chcę, żebyś się postarał, Alfred. Ale nie teraz. Nie mamy aż tak wiele czasu, żeby bawić się tu w berka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 27 Mar - 6:29:52

- Na pewno mnie chcesz – odparł Alfred, któremu serce mimowolnie podchodziło pod samo gardło.
Chciałby uwierzyć, że Arthur go kocha, ale nawet on nie był w stanie tak łatwo się do tego przekonać. Mógł równie dobrze grać, manipulować nim, by na końcu obdarzyć go tym swoim krzywym, pobłażliwym, pełnym kpiny uśmiechem, współgrającym z oczyma jak dwie zamarznięte bryłki lodu. Alfred na samą myśl o czymś takim poczuł nieprzyjemne skurcze w żołądku.
Jeśli coś odkrył po tych kilku tygodniach spędzonych w obecności Arthura to, to, że nie zna go ani trochę. Choć często zachowywał się inaczej, jakby wiedział lepiej i widział więcej. W rzeczywistości jednak nie miał pojęcia. Strzelał, ryzykował i – koniec końców, wyszedł na tym dobrze? Nawet co do tego nie miał pewności.
Pocałunek nadal ciążył mu na ustach.
Dłoń Arthura bez ostrzeżenia wplątała się w jego włosy i szarpnęła mocno złociste kosmyki. Alfred nie dał po sobie poznać cienia bólu, który zaledwie go zakłuł. Skupiał za to swój wzrok na Arthurze, nawet jeśli ten odciągał do tyłu jego głowę. Robił wszystko, by nie stracić kontaktu wzrokowego, by nadal udowadniać Arthurowi, że świat nie jest taki prosty.
„Nie” zawisło ciężko pomiędzy nimi. Nie brzmiało tak krótko i ostro, jak Arthur zazwyczaj. Alfred zmrużył oczy. Zrozumiał, choć naprawdę nie miał ochoty tego przerywać. Było to niemalże bolesne uczucie. Po kilkunastu latach wreszcie dostać to, na co czekało się tak długo – i nie być nawet pewnym, na ile było to realne. A jednak to „nie” dało Alfredowi do myślenia. Czy jednak miał rację?
Poczuł irracjonalną radość, która, naturalnie, mogła być przedwczesna, ale Alfred niezbyt się tym przejął.
- Nadal nie masz tej jednej, najważniejszej – zauważył bezczelnie Alfred, wykrzesując z siebie uśmiech bardziej skrzywiony niż pełny bezbrzeżnej radości, na który miał teraz ochotę.
- No wiesz co – parsknął Alfred. W rzeczywistości poczuł jednak zawód, gdy Arthur zniknął nagle, choć dzielił ich tylko oddech. Teraz znowu był daleko, a Alfred odczuł dziwną pustkę i chłód nocy. Chciał doskoczyć do Arthura, znowu, ale jakoś opanował ten zwierzęcy odruch. Spojrzał na Arthura niby spokojnie, jakby chciał pokazać, że ma to wszystko pod kontrolą.
Wewnątrz drżał.
- Oszukujesz zapomnianą magią. Nieładnie. Ale dobrze, powiedzmy, że chętnie cię zaskoczę. – Alfred przeczesał zmierzwione palcami Arthura włosy, wyprostował się, starając się sprawić wrażenie osoby pewnej siebie. – I wtedy zobaczymy, który z nas miał rację.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 27 Mar - 18:24:50


Zanim Arthur odpowiedział, coś zaskrzypiało. Dopiero wtedy właściwie okazało się, że do tej pory panowała cisza zbyt głęboka, by być rzeczywistą: bez szumu wody, bez wiatru, skrzypienia kadłubów olbrzymich statków, bez skrzeczenia mew ani odgłosów ludzkiego życia. Teraz po raz pierwszy coś przecięło otaczającą ich ciszę; zupełnie jak głośne kaszlnięcie w ciemności sali teatralnej.
- Odnośnie rzeczy zapomnianych. - Arthur odwrócił się od Alfreda i wśród statków odnalazł ten, który wydał z siebie dźwięk. Opleciony setkami lin trzymasztowy żaglowiec; smukły, wysoki i o wyjątkowo ostro wysuniętym dziobie. Nawet w ciemności Arthur dostrzegł wyrwy w przegniwającym drewnie, złuszczoną farbę, która kiedyś układała się w napis – nazwę statku – ale teraz dało się odczytać jedynie pojedyncze litery. Skryty w cieniu statek wydawał się piękny i martwy jednocześnie.
- Tutaj – ruszył w kierunku statku, a po chwili zastanowienia uśmiechnął się mimowolnie. - Idealnie. Przewozi się nimi listy i rzeczy, które szybko umierają. Wczoraj mógł być w Karo, za dwa dni wypłynie na sine morze. O ile wypłynie. Może już... Och, wszystko pasuje.
Mówił to wszystko niby do Alfreda, ale głównie po prostu korzystał z możliwości wypowiedzenia na głos swoich myśli. Uwielbiał to robić, a teraz w momencie zapomniał o wszystkim innym. Skierował się w stronę statku bez śladu wahania. Omiótł spojrzeniem ciemne niebo i jeszcze ciemniejszą wodę; gdy przechodził, dostrzegł też posąg spękany, niepełny posąg biegnącej ku czemuś driady przymocowany do dzioba. Rozglądał się, pochłonięty tym, co widzi i pewny jak niczego innego na świecie, że Alfred podąży za nim jak wierny pies.
Pod jego stopami zaskrzypiał pokład. I tutaj nikogo nie było. Nie lubili dnia ani nocy, nie lubili niczego, co wiązało się z niebem. Więc na pewno będą pod podkładem. Arthur jeszcze nigdy nie spotkał ich na wolnym powietrzu.
Skądś zawiał wiatr, choć Arthur uznał, że wcale nie dzisiejszy; pełen stęchlizny i dymu mógł być wiatrem sprzed tygodni, miesięcy albo lat. Trudno byłoby mu to ocenić bez badań, ale nie miał przecież czasu, by zatrzymywać się i łapać próbkę.
Stanął. Rozejrzał się.
- Nawiasem mówiąc, Alfred, nie bądź idiotą, gdy będziesz się targować. Nie przehandluj przypadkiem całego królestwa za kawałek lustra, który pozwoli ci częściej mnie prześladować.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 27 Mar - 22:37:48

Nawet do uszu Alfreda doszedł ten nagły dźwięk. Choć w innym wypadku wtopiłby się w ciche, usypiające człowieka otoczenie. Szum fal, pomruk cykad i skrzypienie pokładu, opierającego się nocnym pływom. Teraz jednak po raz pierwszy z całą mocą do Alfreda dotarło, w jak wielkiej ciszy się znajdowali. To nie było tylko milczenie, cisza, sen. To było coś znacznie większego i bardziej niepokojącego. Chłodny dreszcz wspiął się po kręgosłupie Alfreda, który odruchowo rozejrzał się dookoła. Cały świat wydawał się przypominać owada zatopionego w bursztynie. Zatrzymany w bezruchu. A na jego tle tylko statek, stary i zapomniany kołysał się powoli w rytm fal. Łopoczące na wietrze żagle należały tylko do niego. Alfred zamrugał.
- Lubią się popisywać, co? – rzucił mimochodem. Chyba potrzebował tak idiotycznej uwagi, by rozładować napięcie – dla samego siebie, bo Arthur raczej nie doceni tego genialnego sposobu.
Niestety.
Zamiast tego usłyszał, że Arthur znowu mówi do siebie, odrywając się od całego świata. Znał już ten ton, to zamglone spojrzenie, dla którego nie liczyło się nic poza punktem zainteresowania. Alfred chciałby, żeby Arthur kiedyś patrzył tak na niego, ale póki co podziwiał wyprostowaną sylwetkę Arthura, szybki, sprężysty krok, za którym starał się nadążyć. I słowa, które ginęły w gęstniejącym mroku, a z których sam Alfred nie rozumiał tak wiele.
Doszli do pokładu, który zaskrzypiał pod ich stopami. Naokoło nie było nikogo, dziwna, nieprzyjemna pustka. Alfred po raz kolejny poczuł niepokojący dreszcz, zupełnie jakby spoczywał na nim czyjś wzrok. Obrócił się dookoła, ale nie dostrzegł nikogo. Świat nadal zdawał się być uśpiony, jakby znaleźli się na płaszczyźnie zupełnie innej rzeczywistości. Alfred przylgnął do relingu, był suchy, jakby statek nigdy nie wypłynął na faktyczne jezioro.
- Och? Och. – Zamrugał, odkrywając, że Arthur wreszcie zwrócił się do niego. Posłał mu pełen uroku osobistego uśmiech. – Dzięki za sugestię. Nie pomyślałem o nim, ale brzmi genialnie. Koniecznie muszę się spytać, czy mają jakieś lusterka na zbyciu!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 28 Mar - 7:29:39



- Skąd wiesz, że to oni? - uśmiechnął się ponuro Arthur. - Wielu ludzi mówi raczej „to”.
Jak zawsze o baśniowych istotach. Te rzeczy, te potwory. To coś. Nie, żeby Arthur dramatyzował, podejście ludzi do tych spraw było zabawne, jakby każdy powód, by nienawidzić siebie nawzajem, odczuwać wyższość wobec innych, pogardzać, był dobry. Dobrze, że to Alfred był tu miłośnikiem plebsu, nie on.
Arthur nie sądził, żeby kolekcjonerzy byli baśniami. Fakt, z boku niemal wszystko na to wskazywało, ale... jeśli ktoś miałby wiedzieć takie rzeczy, to właśnie on. Więc wiedział. Nie miał pewności, ponieważ magii nigdy nie dało się w pełni przewidzieć, ale przeczuwał. To było coś jeszcze innego niż on sam – coś jeszcze dziwniejszego.
Albo może po prostu miał taką nadzieję. Musiał się dowiedzieć. Musiał i chciał, chciał tak bardzo, że przez chwilę Alfred i wszystko, co stało się przed chwilą, wyleciało mu z głowy. Pocałunek nie miał aż takiego znaczenia. Był przyjemny. Świetny. Arthur nie pamiętał, kiedy ostatni raz całowało mu się kogoś tak dobrze i, jeśli o tym pomyśleć, kiedy ostatni raz całował kogoś, bo po prostu miał na to taką ochotę...
Alfred faktycznie za nim podążał i faktycznie, jak na dobrego psiaka przystało, szczekał, radośnie i bezmyślnie, próbując sprawiać wrażenie bardzo dobrego obronnego przywódcę stada.
Ale nawet on się zamyślił. A jeśli Alfred nad czymś myślał, to oznaczało, że naprawdę coś wisi w powietrzu.
- Naprawdę nigdy nie słyszałeś o Kolekcjonerach? - zapytał znów, a później na chwilę urwał. Klapa była otwarta, odsłaniając wejście pod pokład. Arthur tam podszedł; schodki były strome i ginęły w tchnącej stęchlizną ciemności, ale gdzieś w głębi tliła się sugestia światła. Odetchnął. Nawet jemu żołądek ścisnął się nieco mocniej, choć raczej z entuzjazmu niż niepokoju. To nie był pierwszy raz, ale zawsze tak samo interesująco było spotkać się z tajemnicą, której nawet on jeszcze nie rozwikłał.
- No cóż, przekonasz się, że twoje marne żarty nie robią na nich wrażenia. - Przypomniał sobie noc, w którą odprowadzał Alfreda do jeziora zmarłych. Teraz było podobnie. Ten idiota był obecnie najcenniejszą rzeczą, jaką posiadało królestwo Pik. Oczywiście, że kolekcjonerzy czegoś od niego chcieli.
- Po prostu bądź ostrożny. Rób to, czego normalnie byś nie zrobił: myśl przed podjęciem decyzji. - Przez jego głos przebiła się zaskakująca powaga.
Jednak nie zwlekał i pewnie zszedł pod pokład. Przez dłuższą chwilę spodziewał się kolejnej idiotycznej odpowiedzi Alfreda. Dopiero potem zdał sobie sprawę, że nie ma go nigdzie wokół.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 28 Mar - 9:26:24

- To? – powtórzył odruchowo Alfred.
Może Arthur miał rację, choć mówienie o czymś osobowo nadawało ludziom pewności siebie. Nie mierzyli się z czymś obcym, nieznanym tylko ludzkim. Tak chyba miało to działać. Alfred nie był tego taki pewien.
Przesunął palcami po mokrym relingu, z którego łuskami opadała złota farba odkrywając kolejną złotą warstwę. Alfred ledwie zauważył ten fakt kątem oka, skupiając uwagę ponownie na Arthurze. A przynajmniej próbował to zrobić. Coś w tym miejscu rozkojarzyło go. Niepokój, dziwne uczucie przeszywającego chłodu. I coś jeszcze. Pustka, samotność, jakby nagle czegoś zabrakło w jego środku.
Nie zrozumiał tego uczucia.
- Słyszałem bajki, które dzieciom opowiada się na dobranoc – przyznał. – Ale nic poza tym, jeśli o to pytasz.
Obrócił się w stronę Arthura i zatrzymał w połowie, dostrzegając otwartą klapę, w której zachęcająco tliło się złote, ciepłe światełko. Ledwie widoczna w dominującym mroku iskierka. Alfred przełknął ślinę. Otrząsnął się z chwilowego otumanienia.
- Ty za to brzmisz jakbyś czytał o nich dość dużo.
„Albo miał z nimi do czynienia”, przemknęło mu przez myśl. Spojrzał badawczo na Arthura, próbując sobie przypomnieć wszystko, co wiedział na temat Kolekcjonerów. Czego Arthur mógłby u nich szukać?
Cóż, praktycznie wszystkiego.
- Sztywniacy? Szkoda. – Spróbował zażartować, znowu. Nie zamierzał dać się tej atmosferze, choć cały czas miał oczy dookoła głowy.
Spoważniał widząc, że Arthur także poważnie. Atmosfera zaczęła gęstnieć im bliżej wejścia pod pokład się znajdowali. Skoro nawet Arthur patrzył na niego surowo a nie kpiąco, nie były to już tylko drobne złośliwości.
- Będę – zapewnił go Alfred. – Najpierw muszą mi zaproponować coś godnego.
Dopiero po chwili zrozumiał, że nie powiedział tych słów do nikogo konkretnego.

Chłodna bryza uderzyła go w twarz. Pokład skrzypiał pod jego stopami, wydając z siebie ciężkie stęknięcia. Na zewnątrz znowu panował nieprzenikniony mrok, rozjaśniany tylko bladą tarczą księżyca. Gdzieś w oddali Alfred widział rozmazane, barwne plamy, najwyraźniej znaczące centrum Arkadii, tutaj jednak było cicho i ciemno. Nic się nie zmieniło.
Alfred potknął się w zamyśleniu o zbutwiałą deskę pokładu. A może jakąś rzuconą niedbale linę? Nie miał pewności. Zrobił kilka chwiejnych kroków, by wreszcie po omacku oprzeć się na maszcie, który znalazł się nagle naprzeciw jego dłoni. Alfred przylgnął do jego bezpiecznej, wilgotnej, pokrytej miękkim mchem powierzchni. Odetchnął i rozejrzał się dookoła.
Świat wokół niego był granatem i czernią, zmieszaną ze sobą z nielicznymi, blado-niebieskimi plamami, których nieostre krawędzie traciły sens. Alfred nie rozumiał. Zamrugał, przetarł oczy, zmrużył je. Dopiero gdy zrobił to niemal boleśnie, część rzeczy – tych najbliżej jego osoby, zaczęła przybierać konkretne kształty, odzyskiwać to, co mógł śmiało nazwać konturami. Widział więc reling, wiszące nad jego głową maszty. Dostrzegł liny kotwicy i kołowrót, na który naciągano jej łańcuch. Nie było tutaj jednak żadnych beczek i kufrów. Alfred potarł skronie.
- Dziwny statek – burknął, dopiero po chwili przypominając sobie, że przecież nie był tu sam. Towarzyszył mu przecież Arthur. Arthur i pierwszy pocałunek. Smak ust, który uleciał już niestety z jego warg. Zapach, który przestał drażnić jego nozdrza. Bliskość, której Alfred teraz potrzebował, bo nie rozumiał. Miał wrażenie, że coś jest nie tak. Ze światem, z otoczeniem. A co jeśli Arthur…? Co zrobił?
- Arthur! – podniósł głos, do tej pory – zrozumiał, rozmawiali przyciszonymi głosami całkiem nieświadomie.
Dopiero krzyk Arthura jako pierwszy przeciął ciszę; nagle, ostro i gwałtownie, wwiercając się w niej w uszy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 28 Mar - 13:14:09

Kiedy Arthur wszedł na pokład, nikogo jeszcze nie było. Nad jego głową trwała bezgwiezdna noc, a poniżej sięgające poza horyzont jezioro nie tyle tę ciemność odbijało, co połykało. Tylko w jednym miejscu falowała smuga księżycowego światła.
Statek kołysał się łagodnie. Panowały cisza i dziwny spokój, taki, któremu trzeba się poddać, czy ma się ochotę, czy nie. Arthur oparł się ramionami o burtę, spojrzał daleko poza miasto i zamyślił się – choć myśli w jego głowie nie chciały się szczególnie układać. Przyjął to ze spokojem i ignorował chęć, żeby odejść stąd teraz jak najdalej, wrócić szybko do licznych obowiązków. Obowiązki. Wszystkie rzeczy, które powinien był teraz robić, listy, gazety, wycinki informacji. Świat potrzebował go, żeby funkcjonować. Ale znał to już. Nie po raz pierwszy doświadczał takiego rozkojarzenia, więc kazał sobie wziąć głęboki oddech, uspokoić się. Przymknąć oczy.
„Powoli” myślał. „Bez pośpiechu. Mogę sobie przypomnieć. To, co teraz ważne.”
Najpierw oplótł się swoją magią, zrobił wszystko, by utworzyć z niej granicę. Zaczęły wracać do niego obrazy. Scena jak ze snu: pogrążone w ciemności ściany, stół ginący w mroku i milcząca postać w głębokim kapturze. Zapach gnijącego w wodzie trupa. Wilgotna, blada, ale ludzka dłoń. Błysk złota.
Nagle poczuł na szyi dziwny ciężar i zdał sobie sprawę z tego, że wcześniej, jakieś nieokreślone wcześniej, tego nie było. Sięgnął do szyi i wymacał cienkie spoiwa łańcuszka. Pociągnął je w górę, w głowie błysnął mu ułamek dobijania targu. Skupił się na nim i tak, wzdłuż szlaku złota, wzdłuż magii, która przejmowała go całego, dochodził do wniosków.
Nie zapłacił za ten łańcuszek wiele. Zdziwiło go to.
- Z tym musi być coś nie tak.
„Bo cena jest za niska” - pomyślał. Ale jaka była cena?
Nie pamiętał. Ale w tym momencie nie starał się zrozumieć akurat tego, więc przeskoczył ten problem i usilnie starał się uświadomić sobie, co zaszło później.
Jednocześnie chwycił ozdóbkę pomiędzy palce. Przedziurawiona moneta. Nie rozpoznawał jej. Nie należała do żadnego królestwa, które istnieje lub istniało kiedyś, a informacje o jego walucie zostały zachowane. Zaczął jej przyglądać, zaskoczony, z wrażeniem, że jest tylko o krok od zrozumienia czegoś ważnego...
Nagle usłyszał krzyk, dziwnie nerwowy, niemal spanikowany. I dobiegający z bliska. Arthur odwrócił się więc i zobaczył Alfreda tuż przed wciąż otwartym wejściem pod pokład. Choć zamiast zbliżać się do konkretnego kierunku, Alfred zbliżał się do jednego z masztów po przeciwległej stronie od czegokolwiek. Coś zmieniło się w jego sposobie poruszania się. Nie wyglądał już jak ktoś kto absolutnie kontroluje sytuację, a bardziej jak ktoś, kto zaraz się potknie i wyleci za burtę.
Czemu Alfred za nim krzyczał, skoro Arthur był tuż obok? I czemu szedł na oślep w inną stronę? Czy ten idiota nie widział?
Właśnie. Czy nie widział?
- Nie krzycz. Nie ma takiej potrzeby – odezwał się głośno, po swojemu. Ale w środku zrobiło mu się zimno. Przecież mówił mu, żeby nie robił niczego idiotycznego. Więc co, jeśli on...
Arthur podszedł do niego w paru prędkich krokach. Zdążył już parę razy przekląć w myślach, ale, żeby mieć pewność, potrzebował dowodu. Bo Alfred mógł być po prostu pozbawiony wszelkich sił, mogło się dziać wiele rzeczy. Dlatego Arthur szybko przed nim stanął, położył mu dłoń na ramieniu i odwrócił w swoim kierunku. Chciał spojrzeć mu w twarz.
Oczy Alfreda były bardziej zamglone niż kiedykolwiek. Dziwne, wyglądały niemal jak u kogoś rozmarzonego albo sennego. Nie były jednak ślepe, nie mogły być takie całkiem, bo coś w nich drgnęło.
Ale Arthur wcale nie poczuł się od tego lepiej. Wciąż było mu zimno i naprawdę dziwnie. Mimo to, czując, że rozumie coraz więcej, puścił Alfreda i odsunął się o długi krok.
- Co ty ze sobą zrobiłeś, idioto?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 28 Mar - 20:48:37

Głos Arthura dołączył do niego w ciszy. Zaburzył to nieprzyjemne milczenie, które wwiercało się w uszy i mózg Alfreda. Młody król odetchnął z ulgą. Musiał się pozbierać, Arthur na pewno rzuci jakąś kąśliwą uwagę, kto wie, jak Alfred wypadnie w jego oczach. Przecież to nic, skoro Arthur jest obok to nie żadna gra. Może mgła? Alfred nie był pewien, raz po raz pocierając oczy, które zaczęły zachodzić łzami i czerwień od nadmiernego dotyku.
-A, wybacz. Nie widziałem cię, myślałem, że może coś się stało. To miejsce… - zaczął normalniejszym tonem. W pewnym momencie stracił jednak wątek. Słowa uleciały z jego głowy. Rozkojarzony, zamrugał.
Jeszcze bardziej skonfundował go dotyk. W ciszy słyszał kroki Arthura, ale dobiegały go echem ze wszystkich stron. Nie dostrzegł go kątem oka i dopiero gdy Arthur obrócił go w swoją stronę. Alfred dostrzegł rozmazane kontury Arthura.
Zmrużył oczy, ale uśmiechnął się blado i z ulgą.
Był szczęśliwy, że jednak nie była to pułapka. Przynajmniej nie taka, która zabrałaby mu Arthura. Mimowolnie ulga zalała jego żołądek ciepłym uczuciem. Chciał jednak zobaczyć więcej na twarzy Arthura. Mrużąc oczy widział niestabilny, drżący, znajomy obraz. Nie dostrzegał jednak szkopułów, próbował więc zawiesić wzrok na tym, co zawsze wydawało mu się najbardziej charakterystyczne w twarzy Arthura.
Brwiach.
Oczach.
- Hę? – zapytał Alfred bez zrozumienia. Co ze sobą zrobił? Nie zrozumiał tego pytania w pierwszej chwili.
Gdy Arthur się odsunął, poczuł za to nieprzyjemny chłód, który podrażnił jego wnętrzności nagłym dreszczem. Alfred odsunął się powoli, nadal nieco niepewnie od słupa.
Arthur znowu się rozmazał, ale Alfred poczuł coś jeszcze. Fakt, że gdy dotykał masztu palcami, coś przeszkadzało mu. Coś było duże, złote i chłodne, obarczone ciężarem mieniącego się opiłkami złotego i srebrnego światła, zatopionego w czarnej nocy. Alfred podarł sygnet i spojrzał z powrotem na cień Arthura.
- Dostałem pierścień – powiedział powoli. – Myślałem, że nas oszukali – przyznał. – Gdy wyszedłem i nie widziałem ciebie, wszystko jest takie, jakby spuścili na nas mgłę. Cieszę się, ze jednak to nic takiego, nie? Jesteś tutaj, chyba mamy to po co przyszliśmy i… Ach. – Alfred drgnął. Głowa zabolała go od pojedynczych myśli, które zaczęły bombardować mu umysł. Alfred przyłożył dłoń najpierw do skroni, a potem zsunął się opuszkami palców w dół w stronę lewego oka.
- Och. Nie ma mgły?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 29 Mar - 8:01:10



Arthur był cały spięty, ramiona, twarz i nawet coś w jego brzuchu naciągało się jak przy nagłym strachu. Zanim puścił ramię Alfreda, na moment zacisnął na nim mocniej palce. Później odsunął się o pół kroku, szybko się opanowując. Musiał odzyskać trzeźwość myślenia, skupić się...
Twarz Alfreda wyglądała młodziej niż kiedykolwiek, tak młodo, że aż dziwnie było się na niego patrzeć. Rozkojarzona mina, podpuchnięte powieki, zamglone spojrzenie kogoś, kto najwyraźniej stoi pośrodku gęstej mgły i nie widzi tego, co ma na wyciągnięcie ręki. Gdyby Arthur spotkał go teraz po raz pierwszy, nie zobaczyłby w nim śladu arogancji ani zagrożenia, jakim emanował człowiek, przy którym obudził się w nocy, w której zamordowano króla Pik.
Idiota.
- Mówiłem ci, żebyś nie zrobił niczego idiotycznego. Spróbował pomyśleć – skarcił go wściekłym, gardłowym głosem. Przesunął przed jego twarzą dłoń, choć nie potrzebował już właściwie dodatkowego potwierdzenia. Alfred sprzedał swój wzrok. Najwyraźniej nie cały, ale...
Och i jeszcze uśmiechał się idiotycznie na jego widok. Czemu zawsze musiał się uśmiechać, czy on naprawdę nie wiedział, z czym igra zbliżając się do niego?
Coś na twarzy Arthura drgnęło leciutko, ale w tym momencie zupełnie o to nie dbał. W końcu to nie tak, że Alfred wychwyci subtelności jego mimiki w tym konkretnym momencie. Zamiast więc skupiać się, jak zwykle, na zachowaniu kamiennego spokoju, po prostu starał się obserwować, nadgonić sytuację, przypomnieć sobie wszystkie ważne szczegóły.
Patrzył, jak do Alfreda powoli dochodzi sytuacja. Radość, która zastąpiła zgubienie, przekształciła się teraz w początki niepokoju. Później Alfred spojrzał na swoją dłoń, a Arthur mimowolnie powiódł za nim wzrokiem i zauważył duży, złoty pierścień, taki, jakiego Alfred raczej nigdy nie ubrałby dla samej ozdoby, bo pasował raczej do szlachcica albo króla, a nie do kogoś, kto jest właściwie wszystkim i niczym.
- Nie rozumiesz – odparł powoli, głosem pozbawionym emocji. Alfred nie rozumiał, że oddał wzrok i trzeba będzie mu to jakoś powiedzieć.
Dobrze, że Arthur niespecjalnie obawiał się takich zadań.
- Ty idioto, teraz jesteś dosłownie ślepy – uśmiechnął się gorzko. - Nie ma tu żadnej mgły. Oddałeś wzrok za ten pierścień.
Chwycił Alfreda za przegub, przyciągając jego przegub w swoim kierunku.
- Nie, nie ma mgły – powtórzył, tym razem ze śladem irytacji. Ciało Alfreda i tak było słabe, gnijące od środka i trzymające się w jednym tylko za sprawą królewskiej magii. A on i tak je osłabił. Był takim głupcem, stwierdził Arthur. Nigdy nie sądził, że się tym przejmie, ale teraz czuł się dziwnie zły. Zły, bo Alfred musiał dostać w zamian coś ważnego. Tak. Pewnie dlatego.
Co było tego warte?
- Myśl szybciej. Sprzedałeś swój wzrok.
Przesunął dłoń na palce Alfreda i dotknął pierścienia, próbując wyczuć rodzaj jego magii.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 29 Mar - 10:05:09

Wściekłość Arthura zaskoczyła Alfreda, który nadal jeszcze zdawał się być skonfundowany wszystkim tym, co musiało się wydarzyć, a do czego nie mógł wrócić teraz wspomnieniami. Coś w ostrych słowach Arthura, mocnym uścisku jego palców sprawiało, że żołądek Alfreda wykręcił się nieprzyjemnie. Czego nie wiedział? Czego nie pamiętał? Co zrobił? Czy chodziło o królestwo… To by wyjaśniało złość Arthura, w końcu może jego decyzja jakoś osłabiła ich władzę, magię, szanse. Alfred poczuł ucisk na dnie żołądka, wodząc za rozmazanym Arthurem spojrzeniem. Musiał zmrużyć oczy by dostrzec cokolwiek na jego twarzy, ale obraz był tak niestabilny, że i tak niewiele mu to dało. Zupełnie tak, jakby Arthur wcale nie przebywał obok, choć Alfred czuł przecież jego obecność. Oddech, a chwilę temu – dotyk. Słowa Arthura wibrowały mu w uszach.
Alfred przyjrzał się pierścieniowi, który odkrył na swojej dłoni. Był obcy, dziwny. Alfred był pewien, że widzi go po raz pierwszy, ale nie umiał o określić, przypomnieć sobie, skąd go ma i kiedy włożył go na palec. Kamień ciążył mu na serdecznym palcu, metal obejmował chłodną obręczą skórę. Ten pierścień nie pasował do niego, był zbyt bogaty, ale z jakiegoś powodu Alfred wiedział, że nie może go ściągnął.
Podniósł wzrok na Arthura.
- Nie? – spytał odruchowo, choć powoli zaczynało docierać do niego, do czego to zmierza.
Chłód, przenikliwy aż po nasadę kości, opadł na Alfreda nagle i gwałtownie, ciężarem przygarniając jego plecy. Twarz Alfreda i tak już była blada, nie zmieniła się więc w odcieniu, za to oczy rozszerzyły się w zrozumieniu. Usta otworzyły się i zamknęły w bezdźwięcznych słowach protestu. Chciał zaprzeczyć, ale świat był rozmazanym kleksem barwnych plam. Alfred cofnął się do tyłu. Plecy znowu napotkały pewną powierzchnie masztu.
Alfredowi zrobiło się niedobrze. Miał ochotę zaśmiać się, jakby Arthur opowiedział koszmarny żart.
Arthur nie czekał jednak na jego reakcję. Złapał go za rękę – dotyk był pewny i dodawał pewności samemu Alfredowi, świadcząc o tym, że choć nie widzi kontur, Arthur jest realny, tak jak i jego otoczenie. Nie znalazł się nagle w innym, dziwnym świecie.
Choć Arthur miał rację. Żołądek nadal nieprzyjemnie wykręcał się we wnętrzu Alfreda.
- Sprzedałem? – powtórzył Alfred głucho, jakby nadal odrzucał od siebie ten prosty i oczywisty fakt. – Sprzedałem…
Coś majaczyło mu na skraju świadomości.
- Za oczy, które widzą więcej – powtórzył słowa.
Czyje? Arthura? Chyba tak, to miało najwięcej sensu. Musiały być Arthura.
A potem poczuł to bardziej niż zobaczył. Impuls uderzył go gwałtownie dziwną, niepohamowaną siłą. Alfred usłyszał dotyk, zobaczył dźwięk. Obraz Arthura wyostrzył się, ale rozszczepił na dwie sylwetki, jedyne wyraźne istoty w całym otoczeniu. Przez moment Alfred widział wszystko, naznaczoną irytacją twarz Arthura w monochromicznych barwach. Jedna czarna, druga biała. Jedna wykrzywiona w grymasie nienawiści, druga w czymś…
Czymś innym?
Alfred zamrugał i wyrwał się Arthurowi, spoglądając na niego dziwnie.
Jego ręce drżały.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 29 Mar - 18:40:20




Wściekłość Arthura zaskoczyła także Arthura, zwłaszcza gdy zaczął rozumieć fakty.
Alfred sprzedał swój wzrok. Okaleczył w sobie to, co miał najpiękniejsze: powierzchowność. Niewymuszoną charyzmę, ten piękny sposób poruszania się, spojrzenie pełne młodości, siłę zdrowego człowieka. Teraz będzie niemal niewidomym chłopcem, z wierzchu prawie doskonałym, tak, jak splamiony obraz jest niemal arcydziełem, a rozbita waza prawie bezcenna. Półślepy król był upośledzony, niepełny. Już nie taki baśniowy jak do tej pory. I pozwolił sobie to zrobić pewnie bez sekundy wahania. Jakie to...
(Nie przyznał się przed sobą, co pomyślał.)
Jedna część Arthura pomyślała o tym i odczuła niezadowolenie. Inna jednak, głośniejsza niż poprzednia, była po prostu zaskoczona, że to wszystko ma dla niego jakieś znaczenie. W końcu Alfred był, jest, będzie tylko marionetką. Jego los i tak był przypieczętowany. Przecież byłoby niemożliwością, gdyby teraz on sam zaczął wierzyć swoim własnym bredniom... Zakochiwać się we własnych zabawkach...
Pod palcami wyczuł pierwsze ślady magii, starożytnej, być może nawet starej już w czasach przed Burzą... Ale zanim zdołał zrozumieć coś więcej, poczuł, jak ta nagle w niego uderza. Przecięła jego wnętrze jak błyskawica, szybko, potężnie, tak, że, zanim zdołał się w ogóle zorientować i ją powstrzymać, było już właściwie po wszystkim. Oświetliła go od środka.
Odepchnął ją od siebie, ale, zanim to zrobił, znów poczuł w swoim wnętrzu Alfreda.
(i to nie w taki sposób, jaki Alfred naprawdę by chciał.)
Odsunął się gwałtownie.
Te oczy faktycznie widziały więcej. Arthur poczuł je wewnątrz siebie, tę parę przedwiecznych, obrzydliwie potężnych oczu, którymi spojrzał Alfred. Magia wokół nich zakołatała, bo w jednym momencie one wszystkie ożyły: ptak rodziny Thirstle, magia przysięgi, baśni, kolekcjonerów, pierścienia i króla Pik. Wszystkie w jednym miejscu, blisko jego serca, tak, że nie był w stanie niczego powiedzieć. Mógł po prostu milczeć, zaskoczony, zaszokowany i obrzydzony. Miał wrażenie, że Alfred zobaczył coś, czego nikt nigdy nie powinien był widzieć u innego człowieka. Wdarł się – i choć nie z własnej woli, choć wcale nie dlatego, że zamierzał to zrobić – to Arthurowi i tak poczuł się obrzydliwie odsłonięty. Przepołowiony na dwie części. Jedna z nich była nim, a druga nie istniała. Jedna była wszystkim tym, co sprawiało mu przyjemność, druga była Vertisem i lasem martwych ludzi.
Nadal nie wiedział, co może powiedzieć i dopiero po chwili uznał, że nie ma niczego do powiedzenia. Nie na ten temat.
- Trzeba stąd iść – stwierdził zaskakująco spokojnie, niemal zimno. Obszedł Alfreda i stanął po jego lewym boku, a później odruchowo położy ł rękę na jego ramieniu. Sztywno.
- Pomogę ci dotrzeć do domu – popchnął go w kierunku zejścia. Był jednak zbyt zły, by dodać do tego coś sarkastycznego. A może zbyt zagubiony. Rozdwojony. Nie wiedział. Miał skupić się na kolekcjonerach, ale... Znów wypadli mu zupełnie z głowy. I mogli zaczekać.
Dziwnie było iść teraz obok Alfreda, w nocy takiej samej jak wcześniej. Jeszcze parę dni temu wszystko było jednak jakby całkowicie inne.
- Nie było warto – rzucił po długiej chwili. - Na dłuższą metę, nigdy nie jest warto. Kretyn bez krzty instynktu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 29 Mar - 19:32:42

Do Alfreda docierało powoli co zrobił. Ale zanim zdążył przełknąć tę gorzką pigułkę, rozpuszczającą się powoli na jego języku, stało się… Coś. Coś, co zaskoczyło go i oderwało jego myśli od problemu wzroku. Widok dwóch Arthurów, tak podobnych, a jednak zupełnie innych, szczerze go zaskoczył. Alfred nie do końca zrozumiał ten widok. Powoli zaczynał rozumieć, na co pozwalał mu pierścień, ale nawet w typ wypadku, nie powinno być aż takiego dysonansu. Tymczasem Arthur jego oczom objawił się jako dwie kompletnie różne istoty. Dwie jednostki w jednym ciele, choć przecież Arthur nie posiadał dwóch jaźni. Wszystko składało się na jedną, jedyną osobę. Więc czym to było?
Mętlik w głowie Alfreda i mdłości w jego żołądku tylko narastały.
Arthur chyba też poczuł się dziwnie. Na moment zapadła między nimi cisza, a potem mag udał, że nic nie miało miejsca, co tylko jeszcze bardziej zastanowiło Alfreda, którego myśli szalały, a od natłoku nowych doznań kręciło mu się w głowie.
Czym było to co zobaczył?
Brakiem lojalności i lojalnością. Ale takie dwie rzeczy nie mogły istnieć obok siebie. To było praktycznie niemożliwe.
Nawet dotyk Arthura był inny. Alfred poczuł się nieswojo z wielu powodów. Rozumiał aż za dobrze, że zrobił coś… Cóż. W pewnym sensie okropnego. Wydarł z Arthura to, co najbardziej ukryte i sekretne. Takiej mocy chciał i taką potrzebował. Zbyt wiele osób w jego otoczeniu próbowało go już zabić. Krzywdziło jego ludzi. A nawet Arthura… Teraz nie przydarzy się już drugi Vertis. Będzie wiedział zawczasu.
Alfred uznał, że nie żałuje i z tą nową, pobladłą on wszystkiego pewnością, uniósł głowę i spojrzał na stojącego tuż obok Arthura.
Pozwolił się poprowadzić, dopiero nawykając do tego, jak niewyraźny i niepewny był świat. Może z czasem opanuje te dziwne uczucie zagubienia i strachu, gdzie każdy element świata mógł podkładać mu nogi, a Alfred tego nie widział.
Potrzebował czegoś, co pomoże mu widzieć chociaż trochę jak dawniej. Ale teraz nie mógł się na tym skupić. Alfred nadal był obok. Jego dotyk.
(Pocałunek. Utrata wzroku. Dwie osoby w jednym ciele. Zdecydowanie zbyt wiele.)
Alfred chciał po prostu znaleźć się z powrotem we własnej komnacie i ułożyć sobie to wszystko.
- Może. Ale teraz nie przydarzy się już drugi Vertis – powiedział po chwili ciszy. – Nie przydarzy się drugi kupiec z Korony. Drugi mag znad jeziora. – Alfred zacisnął dłoń w pięść. – Wiem, że mogłyby minąć lata, a ja nic nadal bym nie wiedział. To oszustwo, ale czasami trzeba oszukiwać. W tej waszej grze. – Uśmiechnął się blado. – Nie mów, że się o mnie troszczysz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 29 Mar - 20:32:34

Arthur milczał przez dłuższą chwilę, przynajmniej dopóki Alfred nie zasugerował mu czegoś wybitnie obraźliwego. Że ten miał w ogóle czelność mieć dobry humor... czy próbować żartować. W takiej sytuacji. Gdy stracił większość swojego wzroku i już nigdy nie będzie taki sam. Czy to w ogóle będzie się dało uratować? Magicznie odebrany zmysł nie był po prostu zepsuty jak w większości przypadków. Takiego zmysłu, co logiczne, nie było już wcale. Choć może te resztki, które zostawiono mu, bo chyba zauważał kontury i kolory... ale magia kolekcjonerów była jednak czymś więcej niż magia innych ludzi.
- Nie powiem, bo nie lubię kłamać. Po prostu bądź mi wdzięczny, bo mógłbym cię teraz wrzucić do wody i nie zawracać sobie więcej głowy.
Trzeba będzie to wszystko po prostu sprawdzić. Zobaczyć, jak bardzo Alfred zawalił, robiąc coś tak idiotycznie nieprzemyślanego i altruistycznego. Arthur musiał to przemyśleć. Na pewno zmieniało układ sił.
Ścisnął mocniej ramię Alfreda. Było mu niedobrze od całej magii w powietrzu i był już absolutnie pewien, że wszyscy, którzy mogli, poczuli, że w porcie coś się zdarzyło. Więc naprawdę powinien rzucić Alfreda, zmienić formę i uciec, a później obserwować z daleka jego upokorzenie. Mieć kompletnie w poważaniu, że ten półślepy idiota zostanie sam pośród wrogów. Ten ładny pierścionek nie pokazałby mu z nimi nic nowego. I dobrze.
Ale musiał go przecież w sobie rozkochać, prawda? Właściwie było go teraz odprowadzić do pałacu. Bo przecież Arthur nie był już na tyle naiwny, żeby sądzić, że którakolwiek jego decyzja pojawiła się w jego głowie bez podwójnej przyczyny.
Odetchnął.
- Ale – odezwał się znów z rozdrażnieniem odganiając swoje myśli. - Doskonale wiedziałem o kupcu. Podejrzewałem też mniej więcej skąd nadejdzie pierwszy atak. Jeśli chcesz osobiście wiedzieć więcej, sugerowałbym raczej kupić u kolekcjonerów mózg, a nie oczy.
Niezbyt subtelnie zignorował kwestię Vertisa. O nim nie chciał mówić ani nawet myśleć.
Fuknął i pomógł Alfredowi zejść ze statku. Kiedy znaleźli się na ziemi, odsunął się nieco od jego ramienia, choć nie przestał go trzymać.
Nie troszczył się, bo potwory nie miały tego w zwyczaju.
- Wzrok ci niepotrzebny, gdy nie potrafisz patrzeć. Nie będziesz wiedział, co z nimi zrobić. Nie zabijesz wszystkich.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 30 Mar - 5:54:48

- No, to byłby trochę smutny koniec – przyznał Alfred, z jakiegoś powodu nie obawiając się takiego rozwoju wypadków ani trochę.
Arthur nie mógł go zabić, to po pierwsze, po drugie… Prawie zrobiło mu się przykro, jak wiele możliwości dla maga stwarzał, choć zupełnie nieświadomie. Nie był to pierwszy raz, gdy znajdował się przy Arthurze kompletnie osłabiony i bezbronny. Alfred zerknął na swojego towarzysza. Był nadal rozmazany, choć z bliska widział więcej odcinających się barwnych plam. Przyjął to z ulgą. Nie było tak źle.
(Było cholernie źle.)
- Właściwie powinienem cię przeprosić, że ciągle robię ci takie możliwości przy naszej przysiędze… Zapewniam cię, że to nie specjalnie – dodał, starając się o łagodny, lekki ton.
Choć było mu zimno, wnętrzności skręcały się nieprzyjemnie, a wykwintny obiad podchodził aż pod samo gardło, drażniąc podniebienie nieprzyjemnym kwasem, Alfred próbował zachowywać swobodę ducha przynajmniej na zewnątrz. Nie zamierzał pokazywać, że cokolwiek z takich rzeczy podcina mu skrzydła. Był chodzącym wrakiem człowieka już wcześniej. Teraz był dwa razy gorszym wrakiem. Jakoś trzeba było z tym żyć.
Tak. Właśnie tak sobie mówił w myślach, choć nogi miał jak z waty, krok niepewny i zdecydowanie za bardzo polegał na prowadzącym go Arthurze, zdradzając mu, że jest gorzej niż pokazuje po sobie.
Zbyt skupiał się na swoim utraconym zmyśle, by skierować uwagę w stronę ciążącej nad nimi magii. Starał się nawyknąć do nowego świata, który otaczał go ze wszystkich stron, ale cały czas czuł się tak, jakby po prostu coś wpadło mu do oka – zaraz wzrok wróci do normy. Znowu nabrał ochoty, by potrzeć oczy, powstrzymał się jednak. Już i tak miał je zaczerwienione i piekące.
- Nie wiedziałeś o nim – powiedział cicho Alfred. – Widzę uczucia, ty widzisz rozum. Z każdej strony trochę tracimy i trochę zyskujemy – zauważył z lekkim uśmiechem. – Nie mogłem ci powiedzieć, uznałbyś, że po prostu jestem zazdrosny, ale poznałem to, co widziałem w jego oczach.
Zrobił krótką przerwę.
- Coś wymyślę. To jakiś start – odparł z przekonaniem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 30 Mar - 16:44:43

- Kto tu mówi o końcu? Musiałbyś wracać sam i, dla odmiany, stawić czoła konsekwencjom bycia półgłówkiem. - Arthur przewrócił oczami. Najwyraźniej musiał to uświadomić Alfredowi już teraz, więc szturchnął go łokciem, korzystając z tego, że trzymał się blisko niego.
Tym razem nie czuł jednak takiego napięcia jak wcześniej. Jak na kogoś, kto w gruncie rzeczy nie czuł większości tego, co normalni ludzie, albo generalnie wcale niczego nie czuł, był teraz zamotany. Czuł zbliżający się ból głowy, a wszystko to, co wstrzymywał w sobie magią, zaczęło na niego napierać. Nawet głupie kierowanie Alfreda w odpowiednim kierunku sprawiło, że poczuł opór mięśni w swoim ciele. Nie był u szczytu sił. Gdyby teraz napadła ich grupa naprawdę dobrych magów, mogliby mieć problem. A teraz to była możliwa opcja.
Arthur rozejrzał się na boki, spojrzał ponad głową Alfreda i użył dodatkowych zmysłów. Nikt ich raczej nie obserwował. Na razie.
- Ciesz się, że nie mam czasu na dawanie ci lekcji. Ale masz u mnie dług – rzucił szorstko wprost do jego ucha. Później umilkł na chwilę, ignorując Alfreda po to, żeby ponownie spróbować skupić myśli. Przyśpieszył jednocześnie kroku. Nie znał dobrze tego miasta i, gdyby był sam, nie miałby z tym żadnego problemu, ale nie chciał, by królewska magia trafiła w ręce przypadkowego pijanego złodzieja.
Albo może? Takiego na pewno będzie zabić łatwiej niż Alfreda. Arthur zesztywniał, zdając sobie sprawę, że nie ma pojęcia, dlaczego naprawdę to robi: dlaczego mu teraz pomaga. Alfred był w końcu przeszkodą, ale czy nie najlepiej byłoby go zostawić samemu sobie? Zrobiłby to z większością ludzi. Z nim też, przynajmniej na początku. Więc dlaczego?
Może dlatego, że gdyby ktoś go dziś zabił, królewska magia pewnie by tego słabego idiotę pochłonęła, a potem zniknęła i pojawiła się, kto wie kiedy i u kogo. Może dlatego, że gdyby Alfreda pojmano, to nie wynikłoby z tego nic szczególnego poza kłopotami i pewnie tym jego niezadowolonym, obrażonym psim spojrzeniem. Może dlatego, że Arthur Kirkland był przecież z założenia całkiem szlachetną osobą, jeśli wyciąć wszystkie przerażające rzeczy, których dokonał. I choć Alfred wiedział, że taki Arthur Kirkland jest kłamstwem, że któregoś dnia rzuci mu się do gardła, to...
Nie wiedział.
- Nie będziemy rozmawiać o Vertisie – spojrzał pusto przed siebie. Zabawnie było nie móc ufać samemu sobie, podejrzewać... Ale najwyżej dowie się pewnego dnia, dlaczego był teraz miły dla Alfreda, choć jednocześnie miał ochotę rozbić mu zęby i może połamać ręce, ot tak, by dopełnić nowego wizerunku kaleki.
- Poza tym rozminąłeś się właśnie z sensem – rzucił i nagle odsunął się od niego, pozwalając mu iść całkiem samodzielnie. Miał szczerą nadzieję, że Alfred zaraz wpadnie w jakąś ścianę.

- Mówiłem, że i tak nie przyda ci się ta wiedza. Jeśli ktokolwiek jest ci naprawdę lojalny, już o tym wiesz. Reszta to wrogowie – dodał z rozbawieniem i odsunął się jeszcze trochę, o parę kroków, naprawdę chcąc, żeby Alfred się o coś wyrżnął.
- Nie kłam. Po minionych miesiącach wciąż mnie dręczy, o co ci chodzi, gdy twierdzisz, że myślisz. Jesteś idiotą – powtórzył po raz kolejny i przystanął w miejscu, czekając na to, co zrobi Alfred.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 1 Kwi - 2:55:59

Alfred chciał oddać Arthurowi, ale na ślepo ominął go o dobre parę centymetrów. Westchnął teatralnie. Dobrze wiedział, że Arthur słusznie wbija mu szpile. Gdyby teraz był sam, ktoś zobaczyłby błąkającego się, ślepego króla. Byłby łatwym celem. Na pewno uszczęśliwiłby tym samym wielu ludzi. Dlatego cieszył się, że nie był sam. Paradoksalnie ufał Arthurowi z najgłupszego pod słońcem powodu.
Ten mógł go zostawić już dawno, a jedna pchał go powoli przed siebie. Najwyraźniej miał w tym plan, może nie uśmiechało mu się szukać magii królewskiej po spalonych szczątkach niegodnych jej osób. Kto wie. Alfred nie myślał teraz o tym. Skupiał się na samym fakcie, że obok niego był Arthur. W tym momencie jedyna pewna rzecz w jego rozmazanym, barwnym i plamistym otoczeniu.
- Wybacz, nie będę już o nim wspominał – odparł Alfred i naprawdę zrobiło mu się głupio. Wypominanie śmierci tego zdrajcy było jego odpowiedzią na wytykanie mu rzeczy przez Arthura, gdzieś na skraju świadomości (i może przez rozmowę z Matthem) miał jednak świadomość, że nie jest to zbyt rozsądna rzecz do robienia. Najwyraźniej Vertis był otwartą raną u Arthura, którą ten starał się ignorować. Bo była tylko jego problemem.
Alfred paradoksalnie to rozumiał. Nie zdradzał się ze smutkiem, gdy zginął Gilbert. Nigdy nie powiedział otwarcie, ile znaczyła dla niego matka. Arthur był pierwszą osobą, co do której jego uczucia zostały bezwstydnie obnażone. To było dziwnie nowe, świeże, jakby nie trzeba było się pilnować. Nie, żeby Alfred kiedykolwiek to robił, ale Arthur… Hm.
Alfred sam nie wiedział, za dużo o nim myślał, wspomnienie pocałunku nadal siedziało mu w głowie i myślał to facet, który chwilę temu utracił wzrok.
I znowu. Biel i czerń Arthura. Myśli Alfreda biegły, przeskakiwały, kotłowały się w nerwach, które pchały na przód jego osłabione ciało.
I wtedy nagle zrozumiał, że nie pcha go już Arthura. Alfred poczuł chłodny powiew wiatru, usłyszał szmer kroków. Rozejrzał się dookoła zamglonym spojrzeniem, odruchowo wyciągając przed siebie ręce.
- Baaardzo śmieszne, baaardzo dojrzałe, Arthur – zauważył na głos, choć ton jego głosu wcale nie brzmiał tak pewnie, jak w jego wyobrażeniu. Alfred przestąpił pierwszy, ostrożny krok.
Nie taki jak zwykle. Zazwyczaj kroczył pewnie i sprężyście, teraz zaledwie przesunął po ubitej ziemi stopę. Jedną za drugą, posuwając się do przodu, machając przed sobą rękami. Obmacując chłodną ścianę, na którą napotkały jego palce.
- Tak, ale nawet wrogowie mają różne odcienia. Muszę wiedzieć więcej. To, że ktoś nie przepada za mną, nie oznacza, że spali całą wioskę, prawda? – spytał retorycznie.
Nie zatrzymał się, nie przystanął. Nie zamierzał pokazać po sobie, że potrzebuje tego. Choćby miał się doczołgać, dopotykać do swoich komnat, zamierzał iść na przód.
Choć przecież nie wiedział gdzie idzie.
Odetchnął mgłą i przymknął oczy. Teraz i tak nie wiele zmieniało, to co nimi widział. Plamy zaburzały odległości. Nie potrzebował wzroku. I tak go już nie posiadał. Ta świadomość, że już nigdy może nie zobaczyć świata ostrym, takim, jak pamiętał, znowu wywołała u niego mdłości. Zacisnął jednak zęby i szedł dalej. Skupił się na magii, która otaczała go ze wszystkich stron. W tym miejscu byli jedynymi dwoma jasnymi punktami, ale gdzieś tam wrzał cały kocioł magii, tam musiał się kierować, zrozumiał.
Ale zamiast tego postanowił pójść w trochę innym kierunku. Odwrócił się w stronę Arthura twarzą z oczyma nadal zamkniętymi. Wyprostował się i odszedł o krok od bezpiecznej ściany.
- Skoro tak myślisz, to chyba lepiej dla mnie. Łatwiej będzie cię zaskoczyć, prawda? – Wyszczerzył się.
Wyglądało to dziwnie na jego bladej twarzy z przymkniętymi powiekami i okraszonym zimnym potem czole.
A potem Alfred odwrócił się i ruszył w stronę kotła magii, malowniczo wżynając się twarzą prosto w drewniany, zawieszony na słupie szyld.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 1 Kwi - 17:40:41



Arthur nawet nie musiał uchylać się przed atakiem Alfreda, bo ten celował o spory kawałek dalej. Zwolnił krok, odsunął się trochę w prawo i uważnie obserwował, co wobec tego zrobi Alfred. Przed nimi ulica była prosta i długa, dostatecznie wąska, by nie nadawała się do ruchu ulicznego, przez co składała się z brukowanego chodnika i wystających budynków. Oświetlające ją latarnie rzucały na boki mętne, żółte światło, które było zbyt słabe, by rozgonić cienie, więc jedynie je rozrzedzało. Ale co za różnica. Alfred nie zobaczyłby już niczego nawet, gdyby to była najjaśniejsza noc w roku.
Do czego nie miał czelności się przyznać.
Na ten widok Arthur poczuł jeszcze większą złość, ale nie mógł, oczywiście, jej przed Alfredem okazać. Dlatego nie odzywał się. Przemilczał wspomnienie o Vertisie, przemilczał jawnie szczere zakłopotanie Alfreda, przemilczał właściwie wszystko. Po prostu trzymał się z boku i jednocześnie obserwował Alfreda, myślał o konsekwencjach tej nocy i czuwał, czy nikt ich nie śledzi.
„Ta, która równa z ziemią wszystko na swojej drodze i nie zostawia żadnych żywych świadków raczej nie przyjdzie, żeby pocałować ci dłoń.”
Mimo to pierścień dawał Alfredowi przewagę, którą Arthur sam by nie pogardził. Ale nieważne. On nie oddałby wzroku. Kolekcjonerzy nigdy go o to nie prosili, nigdy też nie dali mu niczego aż tak przydatnego, podczas gdy innym ludziom potrafili odebrać całą ich młodość. Od niego chcieli tylko...
Rozmyślenia przerwał mu Alfred wpadający w słup. Zaskakująco o tyle, że wlazł w niego jakby specjalnie, zmieniając kierunek i bez wahania kierując się właśnie tam. Arthur wypuścił głośniej powietrze w płuc. Przystanął w miejscu, czekał przez chwilę, a dopiero potem parsknął nieco głośniej. I wyciągnął spod płaszcza chustkę, widząc cieknącą z nosa Alfreda krew.
Taki słaby. To nie samo uderzenie – najpewniej krwawił od samej magii, tak, jak cały czas zdarzało mu się podczas treningu kontroli nad Astrą. Dostawał ataków kaszlu, duszności, krwawił, pocił się, czasem tracił przytomność – a wszystko to przy jednoczesnym udawaniu, że nic się nie dzieje. I teraz to samo. Głupiec nie widział na oczy prawdopodobnie niczego z wyjątkiem cieni i mgły, był blady jakby chwilę wcześniej spuszczono z niego litry krwi, zagubiony, uderzył w słup, a i tak udawał, że tak ma być. Właśnie tego chciał. Wcale się nie rozpada, wcale nie umiera, nie gnije od środka.
Zabicie go byłoby ulżeniem mu. Ale sam się prosił o to, by Arthur nie chciał go zabić.
Stanął blisko Alfreda z chustką – drogocenną, nigdy się nie brudzącą i właściwie nigdy nieużywaną – ale nie zbliżył się. Przez chwilę patrzył się na Alfreda dziwnie, zanim wreszcie zdał sobie sprawę, że zastygł. Wtedy znów położył mu dłoń na ramieniu.
- Łatwiej będzie cię zabić – podał mu chustkę prosto do ręki, samemu zastanawiając się, czemu jego głos zabrzmiał tak dziwnie.
- Nie będzie mnie więcej obchodzić, co sobie zrobiłeś. Upewnij się tylko, że nie przyniesie nam to dodatkowych problemów.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 1 Kwi - 22:39:30

Zabolało. Mocno. Alfred powinien być przygotowany, ale nie był. Zatoczył się i oparł o zdradziecki słup, który tkwił dzielnie na swoim miejscu. Nos Alfreda pulsował bólem. Młody król po omacku sięgnął do niego dłonią, czując coś lepkiego i ciepłego na własnych palcach. Krew sączyła się niewielką strużką brudząc skórę nad wargą. Gdzieś z tyłu był Arthur. Alfred posłyszał jego parsknięcie graniczące ze śmiechem i zacisnął wymownie usta, choć żołądek ścisnął mu się nieprzyjemnie. Był jak dziecko we mgle. Kompletnie obnażony, osłabiony. Mógł udawać, że wszystko jest w porządku, ale jak długo da radę tak się bawić? Arthur nawet nie próbował udawać, że go to przekonuje. Mógł go tu zostawić, ale jednak go pilnował. Nawet jeśli była to część jakiegoś planu czarnej istoty, Alfred czuł naturalną wdzięczność. Nie chciał zostać teraz sam.
Bał się tego, choć nie potrafił tego przyznać nawet sam przed sobą.
Oczekiwał złośliwego komentarza, ale ten nie nadchodził. Nastąpiła cisza i Alfred, nie potrafiąc się przez chwilę skupić na magii, poczuł niepokój. Czy Arthur faktycznie go zostawił? Wycofał się? Postanowił pilnować w ciszy i milczeniu, patrząc jak król wręcz czołga się do swoich komnat? Nie chodziło o to, jaki byłby na jego oczach, bardziej Alfredowi doskwierała myśl, że jednak zostanie sam w ciszy, w pustce. Nie widząc niczego.
Dopiero teraz zaczął uświadamiać sobie konsekwencje takiego życia. Może wydało mu się, że nie zabiorą mu go tak wiele. Może uznał, że skoryguje czymś wadę. Może był po prostu naiwny, może głupi.
A może powiedzieli mu coś więcej.
Alfred nie pamiętał. Próba przypomnienia kończyła się silnym bólem.
Jeszcze chwila i odwróci się i spróbuje poszukać Arthura. Zawoła go? To byłoby żałosne, ale kusiło. Tak bardzo. Jeszcze chwila…
I dotyk. Ulga opadłą tak gwałtownie na Alfreda, że momentalnie zrozumiał, iż planował zachować się jak kretyn. Przeklął się w duchu, do Arthura zaś spróbował się uśmiechnąć mimo bólu na twarzy.
- Powinienem dać trochę forów moim przeciwnikom. Inaczej po prostu byłoby nie fair, prawda? – spytał lekko, choć głos nieco mu się kruszył. Odkaszlnął. – Jasne, Arthur. – Skinął głową.
Przyjął chustkę. Ciepło połaskotało jego żołądek. Ostrożnie przetarł nią nos i wargi. Była zbyt sterylna by pachnieć Arthurem. Szkoda.
- Dziękuję. – Wyciągnął ręce przed siebie w geście oddawania chusteczki. – Naprawdę to doceniam. Twoją pomoc. To miłe.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 2 Kwi - 9:32:03

Zanim podszedł do Alfreda, zatrzymał się o parę kroków poza jego zasięgiem i przyjrzał mu się nieruchomo. Może nawet trochę zawahał. Światło, które dawała im pobliska latarnia, oświetlało twarz Alfreda na żółto i sprawiało, że ta niewielka ilość krwi, która spłynęła mu z nosa, wydawała się ciemniejsza niż normalnie. A Arthur miał ochotę podnieść dwa palce i ją dotknąć, rozetrzeć między palcami.
Zamiast tego podał Alfredowi chusteczkę i jednocześnie obserwował, jak ten wyraźnie się rozluźnia, znów, jakie to godne pogardy, cieszyć się na widok kogoś, kto skrzywdził cię kiedyś, krzywdzi teraz i zdecydowanie skrzywdzi w przyszłości. Ale w tym momencie wściekłość na Alfreda krążyła mu gdzieś pod skórą, ukryta głęboko pod warstwą innych rzeczy. Tak jak zawsze, tak jak od pierwszej minuty ich pierwszego spotkania.
Niczego nie powiedział. Nie lubił, gdy Alfred zwracał się do niego po imieniu – nie takim tonem, jakim to zrobił teraz. Zbyt zuchwałym.
- Jesteś teraz dosłownie ślepy i błądzący we mgle.
Arthur w odruchu chciał przyjąć chusteczkę, patrząc się bezmyślnie na jej nieskazitelną biel i słuchając podziękowań Alfreda. Nagle poczuł, że robi mu się zimno, tak lodowato, że aż nieprzyjemnie. Obrzucił go mrożącym spojrzeniem. Wykonał ruch, jakby chciał odebrać chusteczkę, ale ostatecznie zacisnął dłoń na ręce Alfreda. Ciepła.
- Zdajesz sobie sprawę, ile klątw i ciemnej magii mógłbym dokonać za pomocą kilku kropel twojej krwi? - zapytał z krzywym uśmiechem. Ścisnął mocniej dłoń Alfreda, na moment naprawdę mając ochotę zrobić mu krzywdę za jego własną głupotę.
Ale puścił jego dłoń. W ranieniu kogoś tak słabego i zagubionego nie byłoby sensu. Choć, gdyby nie tatuaż, kto wie.
- Zatrzymaj ją – stwierdził sucho.
Chusteczka przyda się Alfredowi, w końcu krwawienie i okaleczanie się najwyraźniej wchodziło w skład jego zainteresowań. Arthur odsunął się trochę, nie zabierając jednak dłoni z jego ramienia.
Popatrzył w niebo. Noc robiła się coraz jaśniejsza. Naprawdę miał ochotę powiedzieć Alfredowi, żeby nigdy więcej za nic mu nie dziękował. Postanowił milczeć.
- Zwykle i tak wystarcza włos.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 2 Kwi - 11:23:53

Alfred nie widział zmian zachodzących na twarzy Arthura. Nie widział Arthura. Nie widział prawie niczego poza kolorami. Bez konturów i szczegółów wszystko wydawało się takie same. Pozostawały dźwięki, tylko one wodziły za nos jego zmysły. To za nimi Alfred obracał głowę, jak uważny pies. W rzeczywistości jednak był zbyt mało doświadczony, by móc się na nich opierać. Często odnosił wrażenie, że głos Arthura dochodzi go z każdej ze stron. Równie dobrze mógł być wszędzie. Na całe szczęście był wystarczająco blisko, by Alfred rozpoznał jego kontur, odcinający się na tle szarości i czerni. Nawet jeśli ubrany w podobne barwy Arthur niemalże ginął na ich tle. Nadal jednak miał złociste włosy, które odcinały się w krainie cieni. Alfred pierwszy raz zwrócił na nie tak mocną uwagę. Do tej pory istniały dla niego głównie oczy, ale teraz nie umiał ich dostrzec. Za to włosy.
Miał ochotę ich dotknąć.
Nie widział mrożącego spojrzenia. Nie widział dziwnego ruchu. Poczuł tylko chłodny, bliski dotyk na swojej ciepłej skórze. Dziwny, mocny, ale jaki przyjemny. Motyle znowu odezwały się w żołądku Alfreda.
- Och – odparł Alfred, co chyba oznaczało, że nie, nie wiedział. – Więc tym bardziej dziękuję, że nie był to twój niecny plan. – Alfred znowu spróbował zbyć ten fakt uśmiechem.
Bo naprawdę zrobiło mu się dziwnie, tak dziwnie ciepło i miło. Arthur miał już tyle sytuacji by go pogrążyć, ale poza ciętymi uwagami, był naprawdę…
Cóż.
Był.
Alfred wsunął chusteczkę do kieszeni. Zerknął na Arthura, a przynajmniej na miejsce, gdzie Arthur musiał się znajdować i uśmiechnął się nieco pewniej.
- Jeden, jedyny włos? – spytał ciekawsko, przysuwając się bliżej.
Modlił się o to, by Arthur nie był aż tak blisko, inaczej wyrżnąłby czołem w jego czoło. Na szczęście napotkał pustkę, oddech jeszcze nie owiewał mu twarzy, choć zapach Arthura znowu załaskotał jego nozdrza. Alfred trochę na oślep, prawie utrącając Arthurowi nos, wystrzelił dłonią w stronę ciemnych, złocistych kosmyków i przebiegł po nich palcami.
- Trochę działasz jak świetlikowa wróżka we mgle. Ale chyba nie ciągniesz mnie na bagna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 2 Kwi - 18:51:43



Arthur zbył zaś zbywający uśmiech Alfreda za pomocą starego dobrego milczenia. Odczekał chwilę, czekając, aż Alfred schowa chusteczkę i zbierze się w sobie do dalszego marszu.
- Są tutaj ludzie – poinformował po prostu. - A zarówno ty jak i ja nosimy teraz nasze prawdziwe twarze. Mamy jeszcze szansę wyjść z tego bez irytującej afery pod warunkiem, że nie będziesz nic więcej mówił.
Bo jeśli nie, przekazał niewypowiedzianymi słowami, to istniało jeszcze dużo słupów, latarni, zakrętów, rogów i schodów o które Alfred mógł się potykać i rozwalać sobie coraz to nowsze części ciała. Arthur nie był w końcu jakąś cholerną królową Pik, żeby martwić się o doprowadzenia Alfreda w bezpieczne miejsca tak, żeby obyło się bez złamanych kości.
A tej nocy był już naprawdę sprowokowany. Robiło się zbyt miło.
Spojrzał na niego, a później szybkim ruchem wyrwał mu włos z samego czubku głowy.
- W istocie.
Potem odepchnął od siebie Alfreda, choć nie przestał go kierować. Odetchnął ciężko, myśli kłębiły mu się w głowie i nie potrafił już nijak odtworzyć spotkania z kolekcjonerami. Jeśli dowiedział się czegoś nowego, to Alfred to popsuł. I jeszcze miał czelność się zalecać.
Arthur obrócił pomiędzy opuszkami palców jego włos, a później spalił go, zamiast porzucić na ziemię, gdzie byłby o wiele bardziej niebezpieczny. Alfred nawet nie zdawał sobie sprawy, jak wiele złych rzeczy tylko czyhało na jego potknięcie.
I nic dziwnego, skoro potykał się przez cały czas, a jeszcze nie spotkała go żadna faktyczna tragedia. Albo może? Arthur nie potrafił tak naprawdę stwierdzić, gdzie kończy się sytuacja konieczna, a zaczyna sprawiająca smutek. Śmierć bliskich? Zamordowanie ich własnymi rękoma? Czy widok spalonych wiosek, informacje o rosnącej liczbie martwych ludzi, utrata wzroku, powolne umieranie, nieodwzajemniona miłość – gdzie krył się ten moment, który naprawdę człowieka przygniata, łamie na części? Alfred zdawał się go nie mieć.
To był zupełnie nowy rodzaj ślepoty.
- Ciebie nie trzeba nigdzie ciągnąć. Jesteś jak świnia. Skoczysz w każdy brud, gdy tylko poczujesz cień smrodu na horyzoncie.
Nie szarpał nim więcej. Prowadził stanowczym ruchem, myśląc tylko, jak zabawnie niedopasowana do niego jest rola obrońcy. Nawet, gdy komuś pomagał, nie robił tego tak naprawdę. Wszystko, czego się tknął, choćby i z obiektywnie dobrym zamiarem, stawało się czymś zatrute. Każda jego decyzja kończyła się czymś złym.
Już się tym nie przejmował. Właśnie tak było, jest i będzie – jego jedyna szansa na poprawę prowadziła prosto przez rzeki krwi. Chyba chciał, żeby w końcu zaczęły płynąć. Niech wszyscy w końcu go zobaczą.
Może nawet Alfred w końcu naprawdę się złamie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 2 Kwi - 22:14:32

Mimo ostrzeżenia Arthura, ciężko było tak po prostu zamilknąć. Alfred bał się teraz ciszy. Chciał słyszeć jego głos, chciał słyszeć swój głos. Może dlatego gadał tak wielkie bzdur, a może po prostu był Alfredem i w tym wypadku nic się nie zmieniło. Teraz chciałby spojrzeć wymownie na Arthura, ale nie umiał. Zamiast tego wystarał się o uśmiech, który przy jego ślepych oczach wyglądał niemal na marzycielski. Kompletnie nie zamierzenie.
- Jeśli chciałeś kosmyk moich włosów wystarczyło powiedzieć. Sprezentowałbym ci go w złotym medalionie.
Alfred rozłożył ręce. Jedna z jego dłoni uderzyła lekko o ścianę sąsiedniego domu, ale Alfred nie dał po sobie poznać, że ten niewielki ból sprawił mu problem. Choć w rzeczywistości zaczynało o to męczyć. Irytować. Trochę przerażać. Gdyby został tu sam…
Właśnie prowokował Arthura, powinien przestać, ale z nikim nie rozmawiało mu się tak dobrze. Tylko Arthur był osobą, przy której Alfred nie musiał udawać. Mógł mu mówić więcej i zawsze ciekawiły go te ułamki informacji, które Arthur przekazywał o sobie, odpowiadając. Skrawki, które budowały się na nowy, trzeci już obraz Arthura. Najpierw był wyidealizowany, potem negatywny, a teraz…? Może wreszcie Alfred był w stanie budować coś prawdziwego i istniejącego.
Miał taką nadzieję.
- A może to ja przyciągam kłopoty. Jestem dorodnym truflem, a świnia to niebezpieczeństwo. Nie, zapomnij, to okropne porównanie. Nie chcę być truflem.
Zrobił krótką pauzę.
- Przepraszam, chodźmy. Robi się jasno, tyle potrafię stwierdzić. – Uśmiechnął się lekko. – Chciałbym kiedyś usłyszeć co wiesz o tych ludziach.
Bo na ich statku Alfred czuł coś nie tak. Coś nie tak z własną magią, ale nie umiał tego nazwać. To wspomnienie jednak zamierało, zacierało się w jego umyśle. Musiał je przytrzymać, choć dzisiaj nie było już sensu o tym rozmawiać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 7 Kwi - 20:49:00


Pośrodku wyspy lśniące od deszczu palmy kołysały się na mocnym wietrze. Arthur czuł wiatr we włosach i na karku, twarz czasem zraszały mu drobinki wody, które zagubiły się gdzieś pomiędzy niebem a bujnie i starannie zaprojektowaną zielenią. Powietrze kuło go w płuca. Na listy, które czytał, padał cień sczerniałego nieba.
Plotki.
- Jakie? - Arthur nie wypowiedział słowa ani nie podniósł wzroku znad raportu, jaki wysłał do niego dyrektor Alycone. Raport miesięczny. Przypomnienie o lojalności. A w końcu potem prośba o przyznanie dodatkowych funduszy. Stary, naiwny, dobry głupiec.
Ślepy król. Że wasza wina. Że coś się zbliża.
Zmarszczył leciutko brwi, skupiając się jednocześnie na tych dwóch sprawach. Oczywiście, musi im na razie odmówić. Alycone wprawdzie pochłaniała najmniej jego prywatnych funduszy, ale nie bez powodu. To była szkoła dla kobiet, najmniej prestiżowa i najmłodsza. Wprawdzie twierdzili, że zgłosiło się do niej więcej kobiet, dziewcząt i dziewczynek niż kiedykolwiek i, że matki każdego dnia próbują kłamać, żeby tylko zostawić u nich swoje dzieci. Wszystko z powodu wojny domowej, grasujących w górach nienazwanych, nigdy przez nikogo nie widzianych mordercach. Jeśli tak dalej pójdzie, bramy będą musiały zamknąć się na nowych adeptów i na zwyczajnych ludzi, a nie taka jest idea Alycone. Arthur na pewno pamięta, rozumie, bo przecież sam doprowadził do jej ponownego powstania dzięki swojej szczodrości, życzliwości.
Cóż, tak, pamiętał. Alycone powstało, żeby uczynić go dobrym w oczach ludzi. Teraz nadszedł ich czas na oddanie tego, co w nich włożył. Niech mu dziękują, kochają, ale niech nie zawracają mu głowy. Czy nie widzieli, że ma ważniejsze sprawy na głowie?
Oczywiście, że nie. Ludzie byli tacy ślepi i słabi, że zwykle nie mieli żadnego wyboru.
- Czy faktycznie...?
Z daleka dobiegał huk dobijającego się do wyspy sztormu. Arthur podniósł wzrok i spojrzał niewidzącym wzrokiem w ogród.
Woda. My nie wiemy. Nie lubimy wody. Ale ona się zbliża. Szybko.
Mógł sobie tylko wyobrażać, jaki chaos panuje teraz na brzegach wyspy. Choć magowie zawsze tworzyli wokół niej barierę, to podczas sztormów zdarzało się, że woda podmywała baraki stojące najbliżej brzegu. W prowizorycznym mieście na dole musiało teraz grzmieć, wyć, szumieć i ryczeć od tych wszystkich ludzi. Pijaństwo mieszało się ze strachem i idiotyczną odwagą, chaotyczne rzędy baraków, domów, magazynów i miast z masą świętujących i walczących z pogodą, nerwowość z ekscytacją.
Obrócił w dłoniach czystą kartkę papieru. Później przymknął oczy i tuż zanim pochłonęła go ciemność, zobaczył błysk srebrzystych skrzydeł w zasięgu wzroku.
- A on?
Uprzejme, ale puste słowa zaczęły znikać z jego głowy i pojawiać się na liście. Wiatr zadął mu w twarz, niosąc drobinki mżawki. Jedna kropelka na powiece, druga na policzku i jedna na górnej wardze.
Wciąż tak samo. Jedno miejsce, wielu ludzi.
Arthur odetchnął. Otworzył oczy, przejrzał pobieżnie list, a później sięgnął po pióro i podpisał się zamaszystym, pięknym podpisem. Zapieczętował, po czym sięgnął po list z pieczęcią Stowarzyszenia Sztuki Magicznej.
- Pewnie cierpi. - Głosiki w jego głowie zachichotały twierdząco.
A wichura gnała chmury w kierunku horyzontu, gdzie zdawały rozbijać się o morską taflę i mieszać z wodą w rozległą, głęboką pustkę.


*

Noc była dymna. Ciemna, szara i pomiędzy tymi brudami świetlista Wszyscy dziś będą palić pochodnie, pewnie już teraz wybuchały pożary i Arthur normalnie bardzo chętnie wziąłby udział w tym plebejskim chaosie, ale dzisiejszej nocy coś miało się wydarzyć, a on zamierzał być dokładnie tam, gdzie to coś spodziewało się go zastać.
Spędzał więc czas w ciszy, pracując. Matthew przebywał gdzieś w pobliżu, ale Arthur zamierzał mu dać czas na przemyślenie wszystkiego. Sióstr nie było wcale, podobnie jak księżyca na niebie. Słudzy w ogóle nie liczyli się jako osoby, a tych, którzy stanowili wyjątek, odesłał, żeby zabawili się na festiwalach. Nikt inny też go nie odwiedzał: to najwyraźniej była jedna z tych nocy, która dzieliła ludzi, na tych, którzy bawią się z tłumem i tych, którzy zostają absolutnie sami. W swoich gabinetach, pracowniach, w kuchniach, zamkniętych na cztery spusty pokojach. Ludzi zbyt zapracowanych, zgorzkniałych albo samotnych, żeby otworzyć się na światło.
Arthur nie zaliczał siebie do żadnej z tych kategorii. Nie był w ogóle człowiekiem i, w pewien sposób, nigdy nie przytrafiała mu się samotność. Nie w noc, w której tyle rodzajów magii przecinało się w jednym punkcie.
Zagrzmiało, na horyzoncie za oknem błysnęła burza.
On zawiesił pióro nad listem. Podpisać czy nie? Uśmiechnął się, rozkoszując się krótkim momentem decyzji, choć tak naprawdę wiedział, że ten list z poleceniem schwytania i morderstwa wyśle. Idealiści byli zbyt niebezpieczni.
Gdy kończył pieczętować list, ktoś zapukał do drzwi, żeby zaprosić go dokładnie tam, gdzie powinien dzisiaj być.

*

Często się zastanawiał, czy nienawidzi Alfreda. Czy w ogóle potrafi nienawidzić kogoś tak naprawdę, czy może nawet to nie jest w nim prawdziwe. Później dochodził jednak do innego wniosku, że z całą pewnością nienawidzi tych, którzy działają na szkodę magii. Nie wynalazców, ani tych głupich idealistów, którzy byli złem nieświadomym. Ale, na przykład, ci ludzie, którzy otwarcie głosili potrzebę zrzucenia magii z piedestału. Ci, którzy mordowali każdą odrobinę baśni, która wydała im się nieludzka. Wymordowałby ich wszystkich – ach, wymorduje ich wszystkich, gdy tylko stanie się królem.
Ale czy nienawidził Alfreda?
Miał porównanie. Nie czuł do niego tego samego, co do wrogów magii. Owszem, czuł przynajmniej pięćdziesiąt różnych odcieni wściekłości na tego żałosnego idiotę, ale...
Sługa, w którym Arthur rozpoznał starego lekarza Alfreda, otworzył mu drzwi. Przywitał się milczącym skinieniem głowy i wytłumaczył, gdzie czeka na niego król. Arthur poświęcił sekundę swojego czasu, żeby przesunąć wzrokiem po twarzy starca. Nie dostrzegł w nim niechęci ani nienawiści, doktor był z pewnością zbyt inteligentny na takie małostkowe uczucia. Tego człowieka nie przekupi żaden skarb, ani nie pokona żadna groźba. Własnowolnie oddał swoje życie w ręce rodu Alfreda i perspektywa utraty go nie zrobi na nim wrażenia.
Ciekawe. Ciekawe jak to jest mieć kogoś takiego.
Arthur zostawił go w saloniku, a później przeszedł przez drzwi, za którymi miał spotkać tego idiotę, który na sto procent nie miał żadnego planu, ani celu w zaproszeniu go do siebie. Normalnie Arthur by mu odmówił, żeby nie marnować czasu, ale dzisiejszej nocy coś wydarzy się inaczej niż normalnie, więc...
- Zakładam, że masz dobry powód, żeby mnie zaprosić. Oderwałeś mnie od pracy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
 
Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 28 z 29Idź do strony : Previous  1 ... 15 ... 27, 28, 29  Next
 Similar topics
-
» Nauczyciele fabularni
» Tysiąc reakcji na tysiąc sytuacji
» Kronika rodu Bolton
» Ludzie Baratheonów
» Ludzie Tully'ch

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Cardverso-ms-
Skocz do: