IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 15 ... 26, 27, 28, 29  Next
AutorWiadomość
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 16 Mar - 9:05:50

Arthur już rozumiał.
Miłość niczego nie kosztowała, ale można było ją rozdzielać, jakby była najcenniejszym surowcem, a ludzie uzależniali się z łatwością i na zawsze. Ich życia nigdy nie były takie same po tym, jak pokochali Arthura Kirklanda. Bez niego nie były już nawet dobre. Kogokolwiek mieli przeznaczone pokochać, z kimkolwiek się ożenić, jakkolwiek żyć, to przestawało być możliwe w momencie, w którym padał na nich jego cień...
Miłość była najpotężniejszą, ostateczną formą kontroli.
Nieświadomie wiedział o tym przez całe swoje życie i wszystko co robił – wszystko, co robił... To nie człowieczeństwo, wcale nie miał ludzkiej strony. Po prostu był wyrachowany. Starał się, żeby kochali go zwyczajni ludzie, ponieważ lud, który raz by go pokochał, nie mógłby przestać. Magowie, dla których zrobił najwięcej, stali dziś za nim murem i mieli już nigdy nie przestać. A ludzie, jednostki, te konkretne osoby, dla których starał się być dobry, myśląc, że po prostu sam ich kocha i nie chce ich ranić... Ale on nie potrafi kochać. Wszystko, co brał za swoją życzliwość i próbę walki z przeznaczeniem, było po prostu częścią planu potwora w jego wnętrzu.
Zakochani należeli w zupełności do niego, ciałem i duszą, na całą wieczność. Nieważne, czy się nimi nudził (bo nie potrafił kochać), czy odsyłał ich od siebie na wieki, czy... Nigdy nie spotkał ich na dłużej.
Oczy Vertisa były brązowe, wypełnione strachem, nienawiścią, obrzydzeniem do samego siebie, szaleństwem i miłością. Patrzył na niego człowiek, który od dawna to przeczuwał, a teraz wiedział z całą pewnością, ale pomimo to nie potrafił przestać. Biedny, pomyślał Arthur bez żadnych prawdziwych emocji.
Choć chyba chciałby umieć cieszyć się z jego palców na swojej szyi. Ale było już za późno, żeby dzielny rycerz zabił potwora, bo potwór nigdy nie zamierzał umierać.
Vertisem tak łatwo było pokierować. Nie trzeba było próbować go zabić, wystarczyło jedynie... kazać mu się zawahać. Przypomnieć mu, kogo kocha i nigdy nie przestanie. Tyle naprawdę starczyło. A później Arthur widział, jak coś w tych brązowych oczach nagle się rozjaśnia; jak pozostałe ziarenko słońca na horyzoncie, tuż przed zachodem słońca. Ostatnie światło, a później wszystko zaczyna gasnąć. I już.
Arthur poczuł coś na swojej twarzy. Delikatnego i chłodnego. Najpierw nie rozumiał, co to jest i tylko kpiąco pomyślał o łzach. Obserwował jak z oczu Vertisa w końcu znika miłość. Dopiero teraz. Tylko w ten sposób.
Następne oczy, które na niego spojrzały, były błękitne, ciepłe, arogancko pełne swojej siły i bardzo zatroskane. Alfred. Nie różniły się też tak bardzo od tamtych, brązowych.
Arthur nie był w stanie już niczego mówić, w gardle stanęła mu jakaś przeszkoda nie do pokonania, język miał zimny i ciężki, a żadne konkretne słowa nie przychodziły mu do głowy. Oprócz jednego.
„Idiota” myślał. „Idiota, idiota, idiota...” sam nie wiedział, o kim.

* * *

Podczas następnych dni budził się wielokrotnie, jednak na zbyt krótko, żeby móc nazwać to odzyskaniem przytomności. Jego życie było dziwną mieszaniną snów, ich braku, uczuć, których nie nazywał, nie określał, nie próbował nawet zrozumieć. Było mu niedobrze, gorąco, zimno, czuł mdłości i kompletnie obrzydzenie do samego siebie, coś rozrywało jego pierś od środka. Wydawało mu się, że coś w niej utknęło, jakiś mały ptak, który teraz szalenie trzepocze skrzydłami, drapie pazurami, wbija się dziobem w kości, wnętrzności i serce. Czasami próbował komuś o tym powiedzieć; w przebłyskach dostrzegał znajome twarze, którym ufał na tyle, że mógł ich ostrzec o nieprawidłowości. Ale oni tylko patrzyli na niego dziwnie i, jeśli to był Matthew, mruczeli jakieś uspokajające bzdury, które do niego nie dochodziły. Gorączkował, czuł, jakby na całym ciele miał rany po rozdarciu żywcem. Tak naprawdę ich nie było, więc żaden medyk nie mógł mu pomóc.
Arthur był pewien, że raz czy dwa widział Alfreda, bo wtedy przewracało mu się w żołądku jeszcze mocniej. Był też pewien tego, że za każdym razem wyganiał go z bezmyślną, gwałtowną determinacją. Chyba rzucił w niego poduszką, ale nie był pewien, to chyba mu się śniło. Może Alfred w ogóle był snem.
I tak przespał ponad tydzień. Dopiero któregoś z następnych dni zdołał ocknąć się na tyle, by zacząć wstydzić się swojego żałosnego stanu. W jego planach to nie tak miało wyglądać po tym, jak zmieni tysiące buntowników w żywy las. Przewidywał jedynie dwa czy dni głębokiej śpiączki, z której obudzi się osłabiony, może obolały i trochę pusty, ale na pewno nie aż taki... Rozbity. Rozbity jak cholerny ulubiony wazon mamusi w dniu, w którym umarła.
Po tym jak się obudził odesłał wszystkich swoich uzdrowicieli i przyjaciół. Nawet Matthewa. Wpuścił jedynie księżycowe siostry, ale powiedział im, że nie chce żadnych ich uspokajających sztuczek. Mogły zostać, jeśli chciały, ale chodziło tylko o to, żeby nie czuć.
Potem kazał im pomóc sobie wstać. Do diabła ze wszystkim, z Vertisem, z Alfredem, z każdą osobą, która kiedykolwiek go kochała. Miał pracę, na pewno zalegała gdzieś korespondencja i dokumenty. Po tym, jak przebrał się, kazał po prostu przynieść wszystko do łóżka i dalej nikogo nie wpuszczać. Myślał, że po tym, co zrobi, poczuje się w końcu wolny, a udany widok lasu przyniesie mu prawdziwą radość – w końcu to największa rzecz, której póki co dokonał.
Po prostu miał dosyć ludzi. Prawdopodobnie na wieki, ale nie zamierzał teraz martwić się tym, że w końcu będzie musiał do nich wyjść.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 17 Mar - 12:16:24



Najpierw Arthur po prostu się skrzywił. Potem przetrawił w myślach słowa Alfreda, co poskutkowało tym, że uniósł pogardliwie brwi i odwrócił wzrok na raport jednego ze swoich szpiegów. „Wieści o żywym lesie dotarły tu poprzez...” Plotki, plotki, więcej plotek. Starał się wyglądać na zajętego tym, ale jego myśli rozbijały się o Alfreda jak fale o morski klif.
I Arthur nie wytrzymał. Znów podniósł głowę i szorstkimi, niecierpliwymi słowami rozkazał mu wejść, albo wyjść, obojętnie co, byle by tylko podjął jakąś cholerną decyzję, zamiast stać w miejscu i próbować zachowywać się, jak? Miło, delikatnie, idiotycznie. Ciekawe, czy naprawdę taki był, gdy był sobą, a tylko wciągniętym w baśń umysłem. Pewnie tak. Pewnie byłby właśnie taki, miły, troskliwy i ostrożny, w stosunku do kogoś, w kim by się zakochał.
Oczywiście ruszył do przodu. Arthur obserwował jak się zbliża, samemu trwając w sztywnym, wrogim bezruchu. Niczego nie powiedział, nie chciał już nigdy więcej wspominać Vertisa. A Alfreda naprawdę nie chciał teraz widzieć.
Nie podobało mu się, że zachowywał się tak spokojnie, może nawet, jakby był tylko trochę zaskoczony tym wszystkim. Co za ślepy głupiec. Ślepy, naiwny...
- Tak sądzisz? Co za błyskotliwa uwaga. Myślę, że możesz nawet mieć rację.
Może zachowywał się dzisiaj dziwnie. Ha, doprawdy. Miał dosyć, dusił się, próbując być osobą, którą, najwyraźniej, nigdy był w stanie zostać. I wiedział, że, nieważne, czego nie zrobi, jakim potworem się nie okaże, jak bardzo nie sponiewiera Alfreda – on i tak będzie go kochał. Więc po co się zastanawiać? Kto potrzebował myślenia?
Odetchnął ciężko i porzucił list obok zaległych gazet, które leżały obok jego uda w nierównej kupie. Potem podniósł wzrok na Alfreda i wbił w niego spojrzenie. Przyglądał się, jak niewiele czasu zajmuje Alfredowi przemyślenie rozkazu; jak bez najmniejszej zmarszczki na twarzy, z biegu właściwie, bierze się za odpowiadanie i określenia tego, za kogo go ma.
Najpierw Arthur był zły. Na jego twarzy wymalowała się wyraźna chęć przerwania Alfredowi i wepchnięcia mu w gardło jakiegoś ostrza. Przymrużył z rozdrażnieniem oczy, później zaś zamrugał, bo co jakiś czas widok rozmywał mu się, albo uciekał w inne części pałacu i całego miasta. Czasem w kierunku lasu.
Ale nie wszystko, co powiedział Alfred, było takie irytujące. Wypowiadał ciągiem wszystko, co mu przyszło na myśl, te rzeczy, które wydawały się obraźliwe i te, które były komplementami. Oczywiście, on nie był absolutnie ślepy w swoim zakochaniu i to było właśnie najgorsze, najobrzydliwsze. Gdyby miłość była wynikiem sztucznego zaklęcia, Arthur by to zauważył już dawno temu. Ale to, co sprawiało, że ludzie stawali się jego, było częścią czegoś jeszcze potężniejszego od samej magii: jej praw. To samo, co sprawiło, że zaistniał i, że istniał na tych konkretnych warunkach, powodowało, że ludzie, którzy się w nim zakochiwali, nie mogli przestać.
Dlatego po chwili Arthur nie patrzył już na niego ze złością, spoważniał, choć wciąż czuł się urażony. Jakby Alfred uderzył go w pierś.
Odetchnął i uśmiechnął się w końcu, gorzko, po swojemu, bez radości ani rozbawienia.
- Ilu twoich dzielnych popleczników wie, że tak naprawdę masz wrażliwą, poetycką duszę romantyka, Alfred? To niemal rozkoszne. Czy to jednak tylko wynik twojej nieumiejętności składania odpowiednich zdań? - przekrzywił leciutko głowę. Jego oczy zabłysnęły jak u kogoś w gorączce. Na zimnym czole miał kropelki potu, a kosmyki włosów zlepiały się ze sobą. - Odpowiem za ciebie. Jestem osobą, którą kochasz. Zrobiłbyś dla mnie wszystko. Wiem, że tak. Jak ci się podoba mój las? Bo ja uważam, że jest wspaniały. Jedno z moich lepszych ociągnięć.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 17 Mar - 20:56:26


Oczy Arthura zajaśniały, jakby właśnie zobaczył w wierszach Alfreda idealny materiał do potężnego szantażu w przyszłości. A potem drgnął, wyraźnie skacząc z jednej myśli na drugą, rozkojarzony chorobą, irytacją i leżącymi wokół niecierpliwymi papierami. W innym wypadku rzuciłby złośliwą uwagę, ale teraz wyleciała mu z głowy, zanim głębiej się zastanowił.
- Kombinujesz, wspinasz się na wyżyny swoich możliwości, ale nie martw się, nie jesteś nawet blisko. Jak zwykle. Oczywiście, że jesteś egoistą. Jeśli nie, nie miałbyś nigdy odwagi ani czelności zrobić tak wielu złych rzeczy... tylko do tego, by dotrzeć o kroczek bliżej celu. Wiem, Alfred. Nie traktuj mnie jak głupca, gdy sam nim jesteś – parsknął z rozdrażnieniem. Rzadko mówił tak dużo, ale tym razem rzucał w Alfreda słowami, mimo tego, że gardło miał zdarte, głos ochrypły, a zdania z trudem zlepiały się w jedną całość.
- I „jak reszta”, naprawdę? - Znów uśmiechnął się ostro. - Och, mój pajac znikąd i to jego poczucie wyjątkowości.
Alfred na pewno chciał podbudować samego siebie swoimi słowami. Jak zwykle, jak zwykle udowadniał rzeczy, które powinien pozostawić samym sobie bez żadnych słów. Jego niepewność i kompleksy kryły się właśnie w tym, że mówił, żartował i okazywał przekorną, butną odwagę. A teraz ruszył się spod drzwi i zatrzymał dopiero przy łóżku, zupełnie jak duży pies pasterski, który po krótkiej obserwacji podjął decyzję. Łagodne zamiary, ale czujne spojrzenie drapieżnego obrońcy. Arthur czuł, że jego myśli zaczynają błądzić jeszcze bardziej, a resztka chłodnego opanowania, które zebrał w sobie, by móc zająć się sprawami królestwa, topnieją. Normalność umykała mu z rąk. Z powodu Alfreda.
Arthur oparł się wygodniej na poduszkach, odchylił nieco głowę i świadomie, wyzywająco, rozluźnił się pod naporem uważnego spojrzenia Alfreda. Nie mógł jednak nie poczuć czegoś na kształt podziwu.
Oblizał spierzchnięte wargi.
- Zawsze gdy jednak próbujesz myśleć, w twojej twarzy pojawia się coś niebezpiecznego. Tylko wtedy wydaje mi się... - Urwał. „Że mógłbyś być prawdziwym przeciwnikiem” chciał dodać, ale właściwie w połowie zdania mu się odechciało. Wykrzywił nieco pogardliwie wargi. - Powiem to tak jasno, że nawet twój rybi móżdżek zrozumie: odpieprz się od tego, w jakim jestem stanie. To moja sprawa.
Potem westchnął ciężko, z wyraźną irytacją. Kręciło mu się w głowie, w jakiejś części siebie wciąż był w lesie. Zmysły uciekały mu na boki. Okropnie się pocił, świeży szlafrok powoli przesiąkał mu na plecach, krew szumiała mu w uszach.
Uwagę na Alfredzie skupiało mu się łatwiej niż na jakimkolwiek liście czy gazecie.
- Twoje uczucia tracą na uroku, gdy próbujesz opisać mi je tak jasno i dosłownie. Nigdy nie przeczytałeś żadnego dobrego romansu, Alfred? Prawdziwy namiętny związek pomiędzy kochankami powinien polegać na tajemnicach, niedomówieniach, czynach, a nie słowach. Ale oczywiście, że tego nie wiesz. Jesteś obrzydliwie prosty tam, gdzie nie jesteś skomplikowany.
Przerwał na chwilę, by pozwolić sobie odpocząć. Słowa go męczyły, a jednocześnie prosiły się o to, by je wypowiadać. Czuł się, jakby w jakiś sposób mógł pluć nimi w twarz Alfreda, chociaż, tak naprawdę, wcale nie był na niego zły. Och, tak, ogólnie się na niego złościł. I teraz też, ale jakaś część tej wściekłości nie była wcale taka nienawistna, jak powinna być.
- Bo jestem czerwienią. Potrafię spalić wszystko na swojej drodze – oświadczył, patrząc na Alfreda spod opuszczonych powiek.
Normalnie zachowałby to dla siebie. Miał poczucie pewnych granic i śmieszności, tego, co nie trzeba było wypowiadać, nawet gdy było prawdą, a co powinno się mówić, nawet, jeśli prawdą nie było.
Był chory. Alfred nie weźmie jego słów na poważnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 18 Mar - 12:13:53

Alfred rozłożył ręce i wzruszył ramionami.
- Możliwe. Cieszę się, że mimo wszystko mnie doceniasz. Jeszcze chwilę temu brzmiałeś raczej jak ktoś o nieco innych poglądach...
Alfredowi nie umknął fakt, że Arthur mówił więcej niż zwykle. Najprościej było to zrzucić na karb dłuższego braku świadomości, zmęczenia, bólu i trawienia wszystkiego, co się wydarzyło. Najtrudniej było wymyślić inną możliwość. A najgorsze było to, że niezależnie od stopnia trudności - w przypadku Arthura wszystko było możliwe.
Alfred uśmiechnął się krzywo.
- Świadomość. Czemu nie? Chyba nikt do tej pory aż tak cię nie irytował jak ja.
Uśmiech Alfreda stał się bardziej przekorny, choć po trochu Alfred robił dobrą minę do złej gry, próbując odnaleźć się w dziwnym zachowaniu Arthura.
Młody król parsknął.
- Co za zakończenie zdania. A już liczyłem na pierwszy w naszych relacjach komplement wobec mnie. I mam dla ciebie złą wiadomość - to sprawa królestwa. Witaj w moim świecie, gdzie każde nasze kichniecie jest jak efekt motyla.
Alfred pochylił się nad Arthurem lekko, ledwie skłaniając głowę.
- Czyżbyś ty zaczytywał się w nich Arthur w wolnej chwili? - Oczy Alfreda błysnęły lekko, jakby tym razem to on dostał perfekcyjny materiał do szantażu. - Czy skoro chcesz doprowadzić nasze relacje do poziomu rycerskiego romansu, czy to oznacza, że w obecnym stanie to ty jesteś damą w opałach? - spytał niewinnie.
Nie przyznałby, że słowa Arthura nadepnęły mu na odcisk, bo Alfred faktycznie kompletnie się na tym nie znał. Zwłaszcza, że aż do tego momentu nie musiał i nie chciał nikogo zdobywać. Liczył się tylko Arthur.
- Jeszcze chwila i przyrównasz się do smoków. Czerwień, ogień, złoto...
Alfred parsknął cicho.
- Choć w obecnym stanie bliżej ci nieco do legwana.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 18 Mar - 12:45:24



Arthur posłał Alfredowi długie, wyniosłe spojrzenie. Choć obecnie na niewiele więcej było go stać, to sprawiał wrażenie, jakby samym wzrokiem był w stanie zmienić rozmówcę w coś niewiele bardziej znaczącego niż ślizgającego się przed jego stopami robaka. Zmarszczył też leciutko brwi, jak to często robił, gdy zwyczajnie nie dowierzał rozmiarom cudzej głupoty i zastanawiał się, czy to żarty czy już uszkodzenie mózgu.
- To ty dobrze nie słuchałeś – wypunktował. - Nigdy nie słuchasz tego, czego nie chcesz usłyszeć.
Opisywanie wszystkiego, czego nie cierpiał w Alfredzie, sprawiało mu większą przyjemność niż zwykle. Bo zwykle się dosyć łatwo przed tym powstrzymywał, rozumiejąc, że naprawdę, ale to naprawdę nie warto strzępić sobie języka. Okazało się jednak, że było warto. Arthur chciał wbić Alfredowi parę szpilek tak, żeby z jego nadmuchanego ego uleciało jeszcze trochę powietrza.
Póki co Alfred nie wyglądał na specjalnie poruszonego, ale Arthur wiedział, że potrafi udawać. Czasem jego uśmiech robił się na chwilę nieco bardziej ściągnięty i wymuszony, a w oczach błyskało zranienie niesłusznie uderzonego gazetą psa. To wystarczało. Przynajmniej teraz.
- I uważasz, że to powód do dumy. Zrozumiałbym to, gdyby nie to, że wydawałeś się zdziwiony, dlaczego tak późno doszły do mnie twoje uczucia.
Znów złośliwy ton. Alfred zaczął się temu poddawać, Arthur poznawał to po tym, jak bezradnie ślęczał przy jego łóżku, parskał i zasłaniał się uśmiechem. Właściwie nie był aż taki ciężki do odszyfrowania. Po prostu nieprzewidywalny.
- To mój świat. Ty tylko się do niego włamałeś, ale, jeśli myślisz, że już wiesz lepiej, jak się w nim odnajdywać, to powodzenia – rozłożył się wygodnie na poduszkach i uśmiechnął zimno. - Pajacyki potrafią naśladować właściwe ruchy – dodał nagle. Po prostu przyszło mu to na myśl, ale uznał, że jeśli to powie, Alfred uzna go za jeszcze bardziej rozgorączkowanego niż w rzeczywistości był; a co za tym idzie, mniej odpowiedzialnego za swoje zachowanie.
Leniwie przyglądał się pochylającemu się nad nim Alfredowi. Ten ruch był niewielki, ale jednak zauważalny, bo teraz Arthur lepiej i wyraźniej zobaczył jego oczy. Złapał ich spojrzenie i choć w takich momentach ludzie zwykle uśmiechali się do siebie, to on poczuł po prostu kolejne ukłucie irytacji. Alfredowi najwyraźniej nie zależało na żadnej konkretnej rozmowie i wystarczało mu po prostu... być w pobliżu. Vertis. Kiedyś i Vertis tak na niego patrzył, choć gdy spotkali się ostatnim razem, wydawał się kompletnie nieswój w momentach w pierwszych chwilach. Dopiero, gdy Arthur zaprosił go na obiad, rozpił trochę, gdy powspominali stare czasy – wtedy Vertis zaczął się nieco rozluźniać. Pod koniec spotkania chyba nawet trochę ociągał się z odejściem. Arthur przypomniał sobie, jaki był wtedy zadowolony z zauważenia tego. Myślał, że przełamując lody, wszystko pomiędzy nimi odbuduje się w jakiś nowy rodzaj normy. Vertis w końcu, mimo wszystko, wciąż chociaż trochę lubił jego towarzystwo...
Ha.
- Tak jak ty w wolnych chwilach piszesz wiersze miłosne – skinął krótko głową. A później świadomie nie zareagował na żartobliwą uwagę Alfreda. Wytrwał w poważnej, pomnikowej postawie, z zimną niechęcią na twarzy.
- Nie porównywałem, tłumaczyłem ci tylko, że jesteś głupcem.
Porównanie do smoka spodobało mu się bardziej, ale tego też nie okazał. Chciał nawet coś jeszcze dodać, ale poczuł uderzenie gorąca i umilkł na chwilę. Dopiero po sekundzie zamrugał i znów wbił w Alfreda spojrzenie.
- Jeśli chcesz zostać, możesz usiąść i obserwować jak pracuję – ukrócił nagle. - Nie przeszkadzaj.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 18 Mar - 19:47:16



Na Arthurze znowu to nie zrobiło wrażenia, choć od pełnej bariery arystokratycznej obojętności odcinało go to, że, mimo wszystko, słuchał Alfreda. I wyraźnie go ta konieczność słuchania niecierpliwiła.
- O, tak, a teraz próbujesz się wymądrzać – wydął kapryśnie wargi. - Załapać moje tempo i odgryźć się czymś sprytnym, wypaść tajemniczo, pokazać mi, że jeszcze kryjesz jakieś sekrety i wymykasz się poza typowe pojmowanie. Właściwie to nigdy ci się nie udaje, ale rozumiem, dlaczego okazjonalnie próbujesz.
Potrząsnął głową, ale, gdy to nie pomogło, podniósł dłoń i odsunął z czoła zlepione kosmyki, a potem przeczesał palcami włosy. Trudniej było kontrolować ciało, wydawało się mniej foremne niż zwykle. Ale przynajmniej odzyskał formę. Przez ostatnie parę dni zdarzało mu się jeszcze mieszać, rozdzielać na części, ale dzięki magii rodziny Alfreda, nikt tego nie dostrzegał.
Co znowu mu przypominało o słowiku, który leżał zakopany głęboko pod ziemią na leśnej polanie. Arthur jeszcze nie podjął decyzji, czy ptak powinien tam zostać. Bez dostępu do swojej największej tajemnicy czuł się nieustannie zagrożony, ale, jak udowodnił mu Vertis, ukrycie posążka mogło być lepszym pomysłem, niż trzymanie go przy sobie bez względu na okoliczności.
Tam, głęboko pod ziemią w magicznym lesie... nikt nie powinien go znaleźć.
- Skończ już. Nie wygrałbyś dysputy nawet ze swoim koniem.
Co nie było do końca prawdą. Arthur po prostu nie zamierzał dyskutować, czy w jakimkolwiek stopniu dopuścić racji Alfreda. Nie o prawdę tutaj chodziło, ani nie o przekonanie drugiej strony...
W oczach Arthura błysnęło zniecierpliwienie. Okropnie obserwowało mu się Alfreda i w każdej chwili był na niego coraz bardziej zły. Chciał nawet krzyknąć i spytać, czy on naprawdę nie rozumie jaki jest głupi i ślepy; czy naprawdę nie zdaje sobie sprawy, że nie jest wolny i, że nigdy nie był wolny.
Więc niech przestanie być sobą. Niech idzie do jasnej cholery.
Albo niech zostanie, ale się zamknie. W końcu taki zakochany baran najwidoczniej właśnie tego chciał najbardziej: przebywania z obiektem swojej wspaniałej miłości.
Arthur ledwo doczekał, aż Alfred skończy się śmiać. Potem od razu ukrócił tę rozmowę, nagle podwójnie nią zmęczony, rozdrażniony. Bolała go głowa, był wściekły na świat i od samego początku nie chciał nikogo widzieć.
A Alfred popatrzył na niego wesoło.
Powiedział, że w takim razie wyjdzie.
Arthur wbił w niego długie spojrzenie.
- Doskonale. Więc wynoś się.
Sięgnął po najbliższy list i zważył go w dłoni. Przełknął rozdrażnienie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 18 Mar - 22:29:51

Alfred był bombardowany przez Arthura ze wszystkich stron. Gdyby Alfred był wrażliwszy przypominałoby to pojedynek gołej dupy z batem. Na szczęście Alfredowi udało się zachować pozory rozbawienia, mimo iż Arthur szarpał bolesne, jątrzące rany nuty.
O byciu przewidywalnym, głupim, takim jak inni, schematycznym i bez polotu.
W zamian Alfred uprzejmie porównał go do smoka. Prawda, że był miły?
- Bogowie, Arthur, jeszcze zamotasz się w swoich teoriach. Ja po prostu jestem Alfredem. Jak zawsze. - Rozłożył wymownie ręce i wzruszył ramionami. - Jeśli byłby tak uparty jak ty, zapewne nie.
Alfred roześmiał się znowu, choć jeszcze nigdy kpina Arthura nie była tak ostra i podszyta taką dozą dziwnej złości. Alfred wiedział, że powinno być mu nieprzyjemnie, ale bardziej ciekawiło go, co za tym stoi.
Dopiero długie spojrzenie Arthura, po odpowiedzi Alfreda sprawiło, że król faktycznie poczuł coś na kształt rozbawienia.
- Wolałeś żebym został? To kochane.
Alfred odsunął się od łóżka i rzucił Arthutowi długie spojrzenie.
Alfred machnął dłonią. Papiery uniosły się na moment i zatańczyły w powietrzu. Alfred wahał się sekundę, może dwie. Wreszcie parsknął i pozwolił dokumentom opaść spokojnie na swoje miejsce.
- Lepiej się prześpij. Czeka nas długa droga.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 18 Mar - 22:30:03

Alfred igrał z ogniem.
No, ale, że w tym przypadku ogień był takim malutkim płomykiem świecy, to musiał pozwolić ze sobą igrać i zaczekać na odpowiedni moment. Pewnego dnia uda mu się podpalić zasłonę albo papiery i zmienić się z ognika w pożar. A wtedy pokaże, że nie warto było z nim igrać.
Ot co.
Póki co duma, duma i jeszcze raz duma.
- Nie udawaj, że masz wpływ. Powinieneś okazywać więcej rozwagi, nie będziesz zawsze bezpieczny. Mam nadzieję, że nie zapominasz, kogo cały czas drażnisz.
Papiery opadły wokół niego z powiewem. Arthur nie uśmiechnął się, tylko w bezruchu, z zaczerwienionymi policzkami i bladym czołem i rozgonionym, ale inteligentnym spojrzeniem, wpatrywał się w Alfreda. W końcu odetchnął, zmęczony i zły na swoje uczucia. A właściwie na Alfreda, za to, że je powoduje i miesza mu w głowie.
Nie miał siły.
- Po prostu idź – powtórzył, odwracając od niego twarz. Przez chwilę tak się dusił w swojej wściekłości, ale potem naraz do niego doszło, że nie zapytał o to, o co chciał.
Nie spojrzał w kierunku Alfreda, ale był pewien, że jeszcze nie wyszedł.
- Ale najpierw jeszcze tylko jedna sprawa – stwierdził więc, udając, że zajmuje się listem. - Powiedz, co zrobiłeś z ciałem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 19 Mar - 9:05:44

Alfred doskonale wiedział, co robi. A że to było nierozsądne? Cóż, jego życie składało się w głównej mierze z takich posunięć. Spojrzał na Arthura niezmąconym spokojem. Udało mu się obrócić rozmowę i wybrnąć z mniej komfortowej sytuacji. Oczywiście po ostatnim pokazie magii Arthura, Alfred w pierwszej chwili się martwił, w drugiej zdał sobie sprawę, że choć uważał Arthura za potężnego i wcześniej, jego potencjał znacznie przekraczał coś, co Alfred był w stanie do tej pory pomyśleć. Następnego dnia gdy Alfred wyruszył do lasu, by jeszcze raz, na spokojnie zrozumieć, co właśnie się stało, po raz pierwszy od dawna król poczuł strach. O siebie, bo ten o Arthura był czymś zupełnie innym.
- Osobę, która już raz próbowała mnie zabić. Ale gdy tak cię traktuję, uważasz z kolei, że jestem bezczelny posądzając cię o to co najgorsze. - Podsumował Alfred wzruszając ramionami.
Uśmiechnął się wymownie, mrużąc oczy.
Rozdrażnił go! Świetnie! I co dalej? Chyba nie do końca miał to robić. Spojrzał na odwróconego od niego Arthura i westchnął, obracając się na pięcie.
Nie spodziewał się, że Arthur doda coś jeszcze. Alfred odwrócił ku niemu twarz.
- Chyba nie posądzasz mnie o to, że wypchałem go i umieściłem go jako trofeum w gablotce. - Uśmiechnął się. - Jego ciało spalono i pogrzebano przy lesie. Na jego grobie wyrośnie drzewo inne od pozostałych. Jeśli chcesz, by coś dodać, powiedz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 19 Mar - 9:06:00

Arthur wzruszył niecierpliwie ramionami.
- Nie sądzisz chyba, że próbowałem szczególnie mocno. - Owszem, był wtedy trochę zły i zagubiony, ale, z perspektywy czasu stwierdzał, że mógł zrobić znacznie więcej. Może już wtedy podświadomie wiedział, że prościej będzie przyjąć Alfreda, trochę zaczekać, a później zebrać z niego wszystko, co wartościowe tak, jakby się jadło wysysało ślimaka ze skorupy. Wszelkie uczucia były tylko na pokaz.
A, koniec końców, czy nie wszystko układało się na jego korzyść? Owszem, coraz więcej ludzi widziało w nim potwora, ale przecież nim był. Potworem z władzą, co może należało w końcu zacząć na poważnie wykorzystywać.
- Och, bo jesteś bezczelny. To nie znaczy, że zawsze się mylisz, ale, doprawdy... - Zrobił minę kogoś mocno zdegustowanego brakiem subtelności Alfreda. Każdą prawdę dało się wypowiedzieć tak, że ludzie, którzy się jej bali, jeszcze mogli za nią podziękować. Arthur był całkiem niezły w mówieniu ludziom tego, co chcieli słyszeć; a również w mówieniu im tego, czego słyszeć nie chcieli, ale w odpowiedni sposób. Problem miał tylko ze zdobyciem informacji. Ale Alfred domyślał się wielu rzeczy z samych tylko obserwacji ludzi. Był w tej kwestii naprawdę zdolny. Tylko ten jego cholerny, niewyparzony język...
I ogólnie ta jego cholerna, niewyparzona osobowość. Rozpuszczony, arogancki, pewny siebie, zakochany, ślepy... Arthur odetchnął. Coś go zabolało w inny sposób niż bolało ciało.
- Miał rodzinę – stwierdził po prostu. Bez emocji, bo niczego nie czuł. Chciał, odnosił wrażenie, że powinien, ale... - Jeśli jeszcze kiedyś zabijesz moich przyjaciół, wstrzymaj się z grzebaniem ich.
Sam chciał się tym zająć. Ale teraz poczuł ukłucie niepokoju.
- Gdzie dokładnie go pogrzebano? - Jeśli na tej samej polanie, to... Nie. Gdyby ktokolwiek znalazł słowika, Alfred nie zachowywałby się tak nieświadomie. - Zresztą nieważne. Powinieneś ruszać dalej jak najszybciej, póki uczucia po naszej wygranej są w miarę świeże. Wykorzystaj to jak najlepiej, a ja dołączę do ciebie wkrótce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 21 Mar - 8:02:04

Zapach spalenizny wplótł się w przybrane w czerń zgliszcza. Popiół i proch tworzyły grubą warstwę, roznoszoną przez wiatr. Osmolone kawałki cegieł, skulonych belek, załamanych dachów tworzyły ponury obraz zniszczenia, który straszył szkieletami wykrzywionych od temperatury budynków.
Najpierw przywitały ich połacie poszarzałych pół, ściernisk, wśród których ścieliły się kości zabitych zwierząt. Objedzone z mięsa kości krów, owiec i kóz, pociemniałe od sadzy, spękane od temperatury, chrzęściły pod kopytami niespokojnych koni i stopami pieszej gwardii. Czaszki o obnażonych, ciemnych rogach patrzyły na mijających je ludzi pustymi oczodołami. Pod wpływem temperatury barwa kości stała się śnieżnobiała, lśniąca pośród szarości otaczających ich krajobrazów.
Jeszcze zanim dotarli do wioski, zrozumieli, że nie mają na co liczyć.
Alfred ścisnął mocniej wodze konia, którego napięcie wyczuwał instynktownie. Wiatr rozwiał już zapach pożaru, ognia i palonego mięsa, ale woń przypalonego drewna nadal unosiła się nad pogorzeliskiem ciężkim, przytłaczającym całunem, zupełnie jakby powietrze zatrzymało się w tym miejscu na zawsze. Zniszczone chaty nie były pierwszym, co rzucało się w oczy. Ta rola przypadła kołyszącym się na drzewie napuchniętym ciałom, o wydziobanych przez kruki i wrony twarzach, które już dawno przestały przypominać ludzkie oblicza.
Kości znaleźli dopiero w pikowej świątyni, której dach zawalił się do środka, grzebiąc święte wodne oczko. Pod wpływem temperatury ciała ludzki skurczyły się w nienaturalnych pozycjach, które odzwierciedlało ułożenie kości. Setka czaszek patrzyła pusto na przybyłych, jeszcze więcej mogło znajdować się pod dachem.
Alfred nie chciał sprawdzać.
Żołądek przewrócił się w jego wnętrzu. Palce Alfreda ślizgały się po skórzanych lejcach, mokre od zimnego potu, jaki zaczął zraszać mu czoło i kark. Jego oczy patrzyły na wszystko pusto i bez emocji, bezdźwięcznie poruszał wargami, jakby miał coś na końcu języka, jednak ostatecznie żadne słowo nie uciekało z jego ust.
Odwrócił się na koniu i spojrzał po towarzyszących mu ludziach, którzy milczeli ponuro. Dla wielu magów nie był to nowy widok, młodsi żołnierze mieli jednak wypisane na twarzy obrzydzenie. Ktoś wymiotował w krzakach. Alfred wiedział, że nie pójdzie za jego przykładem.
Czuł wściekłość.
Zacisnął usta w wąską linię.
- Pochowajcie kości – powiedział tylko.

Nadal nie dotarł do nich Arthur. Alfred nie wiedział, czy cieszyć się z tego, czy nie. Czuł się dziwnie samotny, nigdy do tej pory nie doświadczył tak dziwnego uczucia. Towarzyszący mu ludzie, jego ludzie byli głośni, źli, wzburzeni, ale Alfred nie czuł z nimi więzi. Czuł się tak, jakby stał obok nich i patrzył na nich przez grubą szybę.
Może dlatego, że Arthur uświadomił mu z czym ma do czynienia i jak mało może zrobić. Może właśnie dlatego, że nie mógł być naiwny, nie w tej kwestii. Nie miał jak wyciągnąć swoje ręce po ludzi odpowiedzialnych za to…
To coś.
Po raz kolejny poczuł mdłości podszyte nienawiścią. Znowu pomyślał, że najprościej byłoby roznieść to wszystko, stary system arystokracji, która zbyt biegła była w dworskich gierkach i skrytobójstwach. Na zgliszczach wznieść nowy system, przejść do historii jako szalony, może okrutny król.
Jakby to miało znaczenie, już i tak pewnie wielu z nich tak odmalowywało go tak tam, gdzie posiadali wpływy.
Alfred poczuł nieprzyjemny chłód. Wycofał się powoli z otoczenia swoich ludzi, choć kilku z nich próbowało go powstrzymać. Niektórzy bali się o niego, inni doszukiwali się w nim rozwiązania problemu, a Alfred…
Alfred czuł się bezsilny i nienawidził tego uczucia.

Dwa dni później dotarli do kolejnej wioski. Zanim doszli do wbijającej się jak sztylet w jezioro Arkadii, napotkali jeszcze kilka innych, spalonych miejsc.
I jednego wisielca, powieszonego na rozdrożach, gdy wspaniałe miasto majaczyło im już na horyzoncie. Tym razem ciało nie zdążyło jeszcze ostygnąć i nie obsiadły go wygłodniałe, żerujące na zwłokach ptaki. Trup miał młode, sine oblicze, półotwarte, błękitne oczy i uchylone w przedśmiertelnych próbach złapania oddechu usta. Zlepione, brudno-złociste kosmyki włosów opadały na jego twarz, kiedyś przystojną, teraz pozbawioną uroku, który skradła śmierć.
Alfred nie musiał przypatrywać się więcej niż kilka sekund, by zrozumieć wiadomość. Trup był wprawdzie niższy, szerszy w barkach i z bardziej pociągłą twarzą, ale nawet to delikatne podobieństwo wystarczyło, by wyzbyć się wszelkich wątpliwości.

Ich przeciwnicy byli tak bezczelni, jak to tylko było możliwe.

Arkadia była miastem zupełnie innym niż Korona. Nie zamykały go górskie szczyty, za to było otwarte, oblewane brzegami ciemnego, szafirowego jeziora, którego fale szumiały cicho na powitanie orszaku królewskiego. Zabudowa była tu niższa niż w poprzednim wielkim mieście, bardziej kameralna, za to pajęczyną rozciągająca się po całym półwyspie, wrzynającym się w jezioro Bezimienne.
Samo Bezimienne kiedyś podobno miało swoją nazwę, ale ludzie nigdy nie chcieli go wymawiać, aż w końcu przepadło gdzieś w pomroce dziejów. Jego nazwał mogła nadal istnieć w księgach z biblioteki Korony, ale w pamięci ludzi nie pozostał nawet świat.
Po prostu było Bezimienne.
Alfred nie potrafił zachwycać się otoczeniem, czując rzucane im spojrzenia, którym daleko było od przychylnych. To w tym mieście żył i pracował Vertis, którego Alfred zabił, ludzie więc, nawet ci prości – spodziewając się jego widoku, a go nie oświadczając, nie żywili wobec nich zbyt przyjaznych uczuć.
Nawet tu dotarły informacje o magicznym lesie.
„Powinniśmy byli im powiedzieć, że zabili go tam, na polanie. I tak nikt nie mógłby zaprzeczyć. Drzewa nie mówią”, pomyślał mimowolnie Alfred i przeszył go dreszcz.
Przypomniała mu się stara opowieść o tym, jak Król Karo zebrał kiedyś swe kochanki, które skrzętnie ukrywał przed królową i zamienił je w trzcinę na brzegu jeziora. Trzcina na wietrze zaczęła gwizdać, a z melodii utworzyły się słowa, które w końcu dotarły do uszu królowej. Ta we wściekłości zmieniła go w lilię, która do dzisiaj miała kwitnąć na fontannie w pałacu królewskich, podtrzymywana tą częścią królewskiej magii, która nigdy nie przeniosła się na jego żonę.
Alfred drgnął.
- Ach, wybacz… - Uśmiechnął się do swojego lekarza. Stary Arden przyjrzał mu się uważnie, po czym westchnął.
- Nie słyszałeś moich słów, Alfredzie, prawda? – spytał bez cienia nadziei.
Alfred uśmiechnął się przepraszająco.
- Mówiłem o twoim zdrowiu. Magia utrzymuje cię przy życiu, ale nawet ona może nie nadążyć za naprawą tego, co w tobie niszczy. – Mężczyzna pokręcił głową. – Musisz się pilnować, Alfred. – Spojrzał na niego wymownie.
Alfred odetchnął cicho. Arden zajmował się wystarczająco długo jego matką, by na kilometr zauważyć objawy tej samej choroby, która trawiła jej wnętrze. Choćby nawet próbował, młody król nie potrafiłby go okłamać. Teraz jednak uśmiechnął się łagodnie.
- Będę. Jak tylko skończymy to wszystko – obiecał.
Pominął fakt, że to wszystko oznaczało także wyprawę, którą zamierzał podjąć gdy tylko zajdzie słońce.

Matt nie był zadowolony.
Alfred zauważył, że Matt zazwyczaj nie jest zadowolony, gdy słyszy jakikolwiek pomysł Alfreda.
- Zwariowałeś do reszty – podsumował przyrodni brat Alfreda, przewracając wymownie oczyma.
W odpowiedzi młody król uśmiechnął się szeroko.
- Nie. Zawsze taki byłem! – zapewnił go skwapliwie.

Noc rozpraszały setki świateł – złocistych, białych i bladobłękitnych, nadając białym budynkom dziwny, wodny wymiar, który odzwierciedlał wiele folkloru Arkadii. Budynki wymalowane były w błękitne spirale i turkusy, podobne wzory na chodnikach wykładano morskim turkusem. Alfred zszedł z jednej z takich dróg, zagłębiając się w portową część miasta, tuż obok kutrów, którymi rybacy rankiem wyruszali na połów. Chodniki zmieniały się w tu w ubitą ziemię. Biel zastępował widok odrapanych, mniej schludnych fasad. Słychać tu było hałas rozmów, rzępolenie mandoliny i śpiewane pijackim głosem szanty, które wybrzmiewały w uszach jak coś zupełnie nowego.
Alfred wybrał jeden z lokali, który ginął przytłoczony zapachem zjełczałego tłuszczu i smażonej ryby. Wcześniej odwiedził też nocny targ, przeszedł się promenadą kupców i zajrzał do gildii muzyków. We wszystkich tych miejscach słyszał coś o Vertisie, czy to plotki, czy pochwały, czy próby dojścia tego, co mogło się z nim stać.
Im więcej Alfred słyszał tym bardziej… Nie wiedział jak się z tym czuć. Vertis był szalony, chciał zabić Arthura. Nie było innej drogi, innej opcji. A jednak z drugiej strony pomógł Arkadii, oczyścił jezioro z toksyn, zasiedlił je wytrzymałymi rybami, pozwolił uprawiać morską pszenicę na jego brzegach. Wszystko to rysowało obraz człowieka potrzebnego, oddanego sprawie, uważanego w tym miejscu wręcz za bohatera.
Którego zabił nowy król, dobry początek ustalania pozytywnych relacji.
Tworzona w ten sposób wizja zaczęła działać na nerwy Alfreda. Vertis albo dobrze się ukrywał, albo faktycznie był tak niesamowitą osobą, ale to tylko dolewało oliwy do ognia – Alfred nie chciał czuć wkradające się powoli do jego myśli wyrzuty sumienia. Skrzywił się, zagryzł wargi i w końcu, po jednym, mocniejszym kuflu czarnego piwa, wdał się w dyskusję z jednym z rybaków, która szybko przerodziła się w coś naprawdę nieprzyjemnego.
I podejrzliwego.
Alfred nie był mistrzem przebieranek. Swój wygląd zmienił nieznacznie. Z prostego nosa zrobił orli, włosy zmatowiał i skrócił, oczom nadał ciemniejszą barwę. Nie zmieniał sylwetki, bo to była znacznie trudniejsza sztuka – surowo ostrzegł go przed tym Matthew, a wiedząc, że Alfred i tak by pewnie spróbował, po prostu odmówił mu nauki tego etapu.
Teraz jednak atmosfera zgęstniała, podejrzliwość zaczęła narastać, a przy jednym ze stołów Alfred zauważył dziwnego mężczyznę w ciemnej, długiej kapuzie, patrzącego na niego dziwnie. Coś na kształt dreszczu niepokoju, może niejasnego zrozumienia, przemknęło mu po kręgosłupie.
Alfred postanowił wyjść. Silna, szeroka dłoń opadła mu z impetem na bark i okręciła go o sto osiemdziesiąt stopni.
- A ty dokąd? – padło jedno z najbardziej ikonicznych pytań podobnych sytuacji.
„Masz problem?” było drugim.
Alfred uśmiechnął się promiennie.
„Do pałacu, skazać was wszystkich na śmierć i pić wino z waszych czaszek” nie brzmiało na najlepszą odpowiedź, mimo to Alfred i tak otworzył usta.
I wtedy drzwi do budynku dosłownie rozsadził dziwny impet, który zatrząsł osmalonymi od naftowych lamp, pokrytych wapnem ścianami.
Alfred zamrugał. Ktoś wdarł się do środka. Zatrzepotała czerwona peleryna, zabłysł sztylet, bez słowa przystawiony do gardła jednego z mężczyzn, którzy pochylali się nad Alfredem.
W drzwiach prowadzących do lokalu, kątem oka i zupełnie z odruchu Alfred dostrzegł pręgowanego, złoto-rudego kota o parze mądrych, zielonych oczu, które patrzyły na Alfreda jak na skończonego kretyna. Alfred, korzystając z zamieszania, rzucił się w stronę futrzaka, wymykając się z niebezpiecznej sytuacji. W jednej z bocznych uliczek, kilka przecznic dalej, zatrzymał się wreszcie, oparł o chłodną ścianę i odetchnął głęboko.
Wyglądało na to, że nikt nie ruszył ich śladem.
Alfred spojrzał na kota.
- Nie mogę uwierzyć, Arthur. Nareszcie jesteś w swojej naturalnej formie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 21 Mar - 15:47:03

Trudno byłoby pomylić go z kimkolwiek innym i to nie tylko dlatego, że przez królewską magię lśnił jak olbrzymia gwiazda, która, zamiast unosić się na niebie, postanowiła przejść się utopionymi w ciemności ulicami dzielnicy portowej, powęszyć wśród prostego ludu i zmarnować trochę cennego czasu, który mogłaby poświęcić na rządzenie rozpadającym się królestwem.
Był tak łatwy do rozpoznania, bo poruszał się w zbyt specyficzny sposób. Jakby wszędzie był u siebie. Ten sam krok odruchowego pana sytuacji drażnił Arthura już, gdy na samym początku Alfred panoszył się w Astrze i drażnił go teraz, w tych brudnych, zawszonych, przeznaczonych dla plebsu dzielnicach Arkadii. Alfred z automatu stawał częścią wiodącą dowolnego świata, w którym akurat się znalazł, ot, dlatego tylko, że był Alfredem. Nic dziwnego, że po kilkudziesięciu minutach spędzonych w Srebrnym Węgorzu znalazł kilku chętnych do oswobodzenia jego szyi z ciężaru głowy.
Nie, żeby to była wielka strata. I tak nie używał jej do niczego inteligentnego.
Szczęśliwie ludzie, którzy próbowali go zatrzymać również nie mieli w zwyczaju częstego korzystania z jakichkolwiek narządów znajdujących się powyżej krocza. Instynktownie jednak, jak to zwierzęta, wyczuwali w Alfredzie zagrożenie. Jeden zbir należał do straży miejskiej i przyuczono go najwyraźniej, by szukał wśród obcych szpiegów. Tyle naprawdę wystarczyło.
Potem przyszedł ten moment. Napięcie narasta. Alfreda chwytają za fraki, a on, jak to on, uśmiecha się w odpowiedzi. Arthur praktycznie poczuł przyszłą irytację jaką poczuje w chwili, gdy Alfred wyrzuci z siebie naprawdę kretyńską uwagę. Widział ją. Błysk w oczach, drgnięcie na twarzy...
Poczuł na sobie jego spojrzenie, odwrócił się i zniknął za progiem Za drzwiami Węgorza wybrzmiewały krzyki i odgłosy walki, a na zewnątrz wiał mocny, przenikliwy wiatr, który znosił ze sobą wszystkie te drażniące zapachy, mieszał z ziemią i brudem, a później spychał to wszystko zawsze odrobinę dalej.
Arthur czuł pod łapami każdą nierówność, a, gdy się skupił, także i kroki otaczających go istot. Odczekiwał stosowny czas tyle, by Alfred zdołał go dogonić, a później szybko znikał mu z oczu. Dla kota nie było łatwiejszych zadań.
W końcu wybrał ciemną ślepą uliczkę. Gdy dotarł do połowy, odwrócił się zgrabnie, zwolnił, a później przysiadł na nierówno wybrukowanej ziemi. Nie musiał długo czekać.
Najpierw w zasięgu jego wzroku pojawiły się buty Alfreda. Buty i kostki. Arthur musiał zadrzeć łeb, by zobaczyć coś więcej, ale niespecjalnie poczuł się z tego powodu umniejszony. Właściwie to wciąż patrzył na Alfreda z jawną wyższością.
„Proszę. Popatrz i podziwiaj, na czym polega prawdziwy spryt.”
Nie kontrolował do końca tego, że, odkąd zaczął śledzić Alfreda, jego koci ogon prawie nieustannie kołysał się w wyrazie czegoś pomiędzy rozdrażnieniem a zewem polowania.
Alfred zbliżył się jeszcze bardziej. Arthur spojrzał na Alfreda złotozielonymi oczami kota, a jego pionowe źrenice zwęziły się do dwóch wąskich szparek. Miał przemożną ochotę, by zadrapać kogoś na śmierć.
Zmiótł ogonem ziemię, by w następnej chwili wyrosnąć nagle w ludzką, utkaną z ciemności i mgły sylwetkę. Szybko przekształcił się w człowieka, choć minę wciąż miał bardzo kocią, a na rozłożystej, brunatnej pelerynie ostały się ślady zwierzęcej sierści.
- Żarty na bok, Alfred – stwierdził, głównie dlatego, że gdyby nie odłożył ich na bok, musiałby naprawdę coś Alfredowi wydrapać. - Fałszywy nos to zdecydowanie za mało, żeby zamaskować twoją koszmarną osobowość.
W pewien sposób zupełnie nie pasował do otoczenia. Tak samo jak zadbany kot o jasnym futrze, tak i on sprawiał wrażenie kogoś, kto czuje się lepszy od każdego otaczającego go kamienia z osobna. Nawet płaszcz uszyty z tanich materiałów nie był w stanie ukryć nieskazitelnej cery i arystokratycznych rysów twarzy, dlatego Arthur od razu zaciągnął na głową rozłożysty kaptur.
Potem zrobił krok w kierunku Alfreda. Gdzieś na wysokości piersi poczuł dziwne zadowolenie na jego widok. Nie chodziło więc tylko o twarz, ani o wygląd. Arthur zbył to uczucie, które przypominało mu trochę stanie na przepaścią tuż przed wielkim, widowiskowym skokiem.
„Wkrótce.”
- Dałem ci wolną rękę na dwa dni I co w tym czasie robisz? Bawisz się w przebierańca, podsłuchujesz rybaków w i wdajesz się w kłótnie. Co gorsza... - urwał.
Przemyślał to już wcześniej, w momencie, w którym go zobaczył. Zupełnie mu się to nie podobało, ale, skoro spotkał Alfreda w tak dziwnym miejscu, o odpowiednim czasie, w ten konkretny dzień – to musiało oznaczać, że był w tym cel. Bo w takie dni niewiele rzeczy działo się bez żadnej przyczyny.
Co wciąż nie oznaczało, że musi się z tego cieszyć. Spojrzał więc na Alfreda z niechęcią.
Na pewno był tu dziś dlatego, bo czuł desperacką potrzebę zrobienia czegokolwiek po widoku spalonych ziem. To było do niego podobne. Nie wiedząc, co ma robić, zrobił to, co uważał, że wychodzi mu najlepiej: działanie na własną rękę.
- ...jesteś idiotą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 21 Mar - 17:23:51

Alfred podziwiał, jak Arthur zmienia się z kota z powrotem w człowieka. Złocisto-ruda sierść obsiadła na jego płaszczu, odcinając się na tle ciemnej barwy. Ostatnie spojrzenie na drżące, nastawione na sztorc uszy i ogon wijący się za plecami kociej wersji maga. Wszystko potem działo się w ułamkach sekund, sylwetka urosła, rozszerzyła się, nabrała ludzkich kształtów stworzonych jakby ze mgły. Tylko oczy Arthura pozostały niezmienne, tak samo zielone, z okrągłymi, czarnymi źrenicami, odpowiadającymi na panujący w uliczce półmrok.
- To szczera prawda – zaparł się Alfred, który już od dawna twierdził, że kot jest duchowym zwierzęciem Arthura i teraz miał jawne potwierdzenie swojej tezy.
Z czego, naturalnie, bardzo się cieszył. Zarówno z tego, że miał rację, jak i z faktu, że widzi zdrowego i całego Arthura i że spotykają się właśnie w takim miejscu. To nastręczyło wątpliwości, czy Arthur znowu uzna, że Alfred go śledził, czy może tym razem było odwrotnie? Alfred przyjrzał się badawczo Arthurowi. Gdyby to był przypadek byłby naprawdę, cholernie dziwny.
Choć wtedy zawsze mógłby rzucić idiotycznym tekstem, że chyba są sobie przeznaczeni. Czy coś.
- Ciebie też miło widzieć w dobrym zdrowiu, Arthur. Cieszę się, że doszedłeś już do siebie, nawet w charakterze. – Alfred wystawił Arthurowi jakże dojrzały i bezczelny język.
Oparł dłonie na biodrach i spojrzał na rozmówcę, bardziej rozbawiony niż zaniepokojony zaistniałą sytuacją. Adrenalina pompowała krew w jego żyłach. Było to przyjemne i ekscytujące uczucie, które od zawsze pociągało Alfreda w nie do końca zdrowym romansie.
Trochę jak Arthur. Obie rzeczy podobnie niebezpieczne i zakrzywiające zdrowe, rozsądne myślenie.
- Najlepiej podsłuchiwać rybaków. Zawsze znają najwięcej plotek. Zaraz obok kobiet na targu, ale tam już byłem. – Rozłożył ręce. – Dzięki temu możesz się dowiedzieć o nastrojach miasta, uczuciach ludzi, tego, co nadchodzi…
I ich opinii o osobie, którą zamordowałeś. To jednak nie przeszło mu przez gardło.
- Teraz przynajmniej wiem, jak bardzo tutejsi mieszkańcy nienawidzą nowego króla. To cudowne, prawda? Wolałem się upewnić. – Roześmiał się.
Nieco tylko sztucznie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 21 Mar - 18:10:15



Arthur skończył się przemieniać, twardo stanął własnymi stopami w uliczce, wyprostował plecy, podniósł wzrok... I dostrzegł wlepione w siebie spojrzenie Alfreda.
Naprawdę nie miało znaczenia, czy jego oczy były czyste i jasne, czy ciemnoniebieskie. Tak czy siak patrzył na niego w niesubtelny sposób chłopca zachwyconego widokiem przypadkiem odsłoniętego kawałka biustu starszej dziewczyny.
Tylko, że taki hipotetyczny chłopiec miałby jeszcze dosyć wstydu, żeby się zawstydzić, gdy taka dziewczyna by go przyłapała. Alfred wyglądał na zwyczajnie rozradowanego tym, co pewnie nosiło w jego głowie miano świetnej przygody. W końcu prawie to nie wdał się w bójkę, która niechybnie skończyłaby się zdemaskowaniem go, ale z kłopotu wyciągnął go on – Arthur Kirkland, cholerna jedyna miłość jego życia. I Alfred najwyraźniej nie zamierzał pytać, skąd i dlaczego obaj wzięli się akurat tam, gdzie nikt nigdy by się ich nie spodziewał. Właściwie nie wyglądał nawet na specjalnie zaskoczonego widokiem Arthura, na co sam Arthur, wbrew całej poświęcanej mu atencji, poczuł się niedoceniony. Alfred powinien być choć trochę zaskoczony jego nadejściem, w końcu nie raz i nie dwa szydził, że wymuskany mag-arystokrata nie zna się na życiu w niczym, co nie jest wyłożone od środka drogocennym marmurem. Zamiast tego był po prostu ucieszony, naprawdę idiotycznie, żałośnie ucieszony, że go tu widzi.
Więc Arthur zmierzył Alfreda krótkim, bo zniecierpliwionym, ale za to dobrze naostrzonym spojrzeniem.
„Z czego się tak cieszysz?”
- To nie jest zajęcie dla króla – skarcił go, ale nie zamierzał tym razem wdawać się w długie szczegóły. Może, gdyby miał czas i warunki na męczenie ucha Alfredowi... ale w tych okolicznościach zamierzał po prostu pokazać swoje niezadowolenie. W sposób mniej werbalny dawał Alfredowi znać, za jak wielkiego głupca go ma.
I myślał. Dużo, szybko, pozwalając napędzać się złości. Z przeznaczeniem nie było sensu walczyć, przekonał się o tym Vertis, przekonał się on, a któregoś dnia przekona się o tym Alfred.
- Nie musiałeś się upewniać, żeby się domyślać, że nienawidzą cię bardziej niż kiedykolwiek mogliby poprzedniego króla. - Znów zmierzył go spojrzeniem. - Mnie też nienawidzą, ale nie widzę powodu, żeby się tym martwić.
Wyminął Alfreda. Po byciu kotem wciąż czuł potrzebę delikatnego stąpania po ziemi, więc poruszał się jeszcze lżej niż zwykle.
- Idziesz?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 22 Mar - 6:35:57

Kiedy adrenalina zaczęła opadać, Alfred zaczynał myśleć i analizować. Obecność Arthura była miłą niespodzianką. Czy zauważył go w trakcie własnej wyprawy czy sprawdzał? Jeśli to pierwsze to co właściwie Arthur tu robił? W pierwszej chwili Alfred pozwolił sobie nie przejmować się tym szkopułem, miał za to ochotę się śmiać. Gdy jednak emocje opadły, postanowił choć trochę udać rozsądek.
- Właściwie... - zaczął, chowając ręce w kieszeniach.
Aura wyższości Arthura zdawała się bić po oczach bardziej niż zwykle. Alfred złapał się na tym, że zaczynał się zastanawiać, czy to efekt bycia kotem czy też tylko i wyłącznie naturalne predyspozycje Arthura.
- Zajęciem potężnego maga też raczej nie jest szwędanie się po mieście w kociej formie - zauważył Alfred pogodnie, choć w jego spojrzeniu pojawił się ostry, taksujący błysk.
- Więc co sam tu robiłeś, Arthur? - Uśmiechnął się wymownie.
- Nie, to nie tylko o to chodzi... - ruszył za Arthurem. - To coś więcej. - Zmarszczył brwi. - Są tacy, którzy uważają, że to my palimy wszystko, bo wiesz, po tym lesie czemu.mielibyśmy się ograniczać?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 22 Mar - 6:36:09

Arthur skinął do siebie głową, uznając, że, być może, Alfred jednak myśli. Wolno, ale jednak.
- Nie jest? Po prawdzie, nie wiem, co możesz wiedzieć o byciu potężnym magiem - uśmiechnął się do siebie, na wpół gorzko, na wpół z rozbawieniem. Gdyby poznał Alfreda, zanim ten przejął magię króla, pokonałby go za pomocą jednego palca. Tego małego. U lewej nogi.
A przynajmniej robił to wielokrotnie w swoich marzeniach, choć już może nie tylko za pomocą palców u nóg.
Na jego pytania, te bardziej i mniej ostentacyjne, nie zamierzał jeszcze odpowiadać. Wyszedł ze ślepej uliczki na kolejną, niemal równie wąską i niezaludnioną. Trochę już oddalili się od pokazowej dzielnicy tutejszego plebsu, ale budynki wciąż były biedne. Arthur nie zwracał na nie uwagi, skupiał się za to, częścią męczących go zmysłów, na czymś, czego nie potrafił jeszcze dokładnie wyczuć. Albo może zobaczyć. Usłyszeć? Nawet nie wiedział jeszcze, co to jest, czym się okaże. To była raczej sugestia zmysłu niż zmysł. Irytujące, bo, gdyby nie wiedział, czego szukać, nawet by się nie domyślił, że jest tu cokolwiek...
- To akurat ciekawe. Bo rodzi pytanie... Skoro nie my to zrobiliśmy, nie oni, a już na pewno nie buntownicy, to kto? - Nie odwrócił się, pozwalając Alfredowi podziwiać swoje plecy i przebranie podróżnika.
Instynktownie skierował się w stronę portu. Spróbował też na chwilę przymknąć oczy. W kociej postaci, to coś było trochę wyraźniejsze.
Wiatr spychał brudy świata...
- Jeszcze jedno pytanie. Gdybyś mógł poprosić o dowolną rzecz, to czego byś chciał?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 22 Mar - 6:36:19

Ja
Alfred wysłuchał Arthura i uśmiechnął się przekornie.
- Wyborna zmiana tematu, Arthurze - odparł ze sztuczną powagą. - Ale wierzę, że umiałbym cię w tej kwestii zaskoczyć.
Jego oczy błysnęły lekko. Więc Arthur nie chciał mu powiedzieć? To nie powinno go zaskoczyć, ale oczywiście wzbudzało jeszcze większą ciekawość. Co znowu Arthur knuł? O co mogło mu chodzić?
Alfred pokręcił głową.
Z drugiej strony Arthur gdzieś go prowadził. Budynki ich otaczające stały się schludniejsze, choć nadal nadgryzione przez czas. Tynk opadał ze ścian, kruszył się, mieszając z pyłem ubitej ziemi.
- Ci sami ludzie, którzy mordują moich towarzyszy. Nie byli w kwestii podpisu zbyt subtelni. Chyba wiesz? Przynajmniej tak sądzę. Może to inna frakcja, ale wszyscy są podobni. Nie obchodzą ich ludzie. - Alfred uśmiechnął się krzywo, choć jego oczy spoważniały. Znowu poczuł gorzki posmak obrzydzenia.
- Kanapka z kurczakiem. Bo zgłodniałem. A tak poważnie, nigdy nie istniała taka rzecz. To mój naczelny problem.
Zawsze bez celu, zawsze bez motywacji. Bez Arthura jego życie było ucieleśnieniem chaosu. Ale nie chciał też Arthura na talerzu. To by go znudziło, zatraciło posmak wiecznej walki, motywującej go do logicznych działań.
- Nie mam rzeczy, której bym chciał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 22 Mar - 6:36:41

- Nie dokładnie ci sami – odparł Arthur głosem sugerującym, że myśli teraz o czymś bardziej skomplikowanym i zajmującym niż Alfred. Czy rozmowa z Alfredem. Lub los wszystkich tych martwych ludzi.
Cóż. Nikt nie mógł tego potwierdzić, ale Arthur Kirkland nigdy nie miewał koszmarów. W każdym razie – wiatr. Wiatr dokądś wiał, ziemia zmierzała w konkretnym kierunku. Zapachy ryb gnijących i patroszonych, pozostawionych na słońcu wnętrzności, odłamki, brud i pióra, cała śmierć przechylała się... Skręcił nagle w lewo, pomiędzy dwa przytulone do siebie budynki. Nie było żadnego przejścia, ale Arthur bez wahania zbliżył się do ściany, przycisnął do niej dłoń – i pojawił się po drugiej stronie budynku, na innej ulicy. Zakręciło mu się w głowie, ale po chwili poszedł dalej. Nie martwił się tym, co zrobi Alfred, żeby go dogonić. Cóż, w końcu zanim został królem, zrobił karierę jako miejski bandyta.
Poza tym to dało Arthurowi chwilę na przetrawienie drugiej odpowiedzi Alfreda. Nie tej z kanapką, do diabła. Ale to nie była zabawna uwaga.
(Więc nie powinna go, pomimo irytacji, rozczulać.)
Nie chciał niczego. To do niego pasowało. Chciał kogoś. I Arthur nie myślał tylko i wyłącznie o sobie. Więc bardzo możliwe, że to, co zaproponują Alfredowi, będzie w stanie doprowadzić go do ludzi, albo do informacji o ludziach.
Gdy Alfred go dogonił, Arthur odezwał się, jakby nigdy nic.
- Nie szkodzi, że jeszcze nie wiesz. Wielu nie ma pojęcia, czego potrzebuje, dopóki tego nie zobaczy. A dzisiaj i tylko dzisiaj jest tu ktoś, kto złoży ci propozycję. Przypuszczam, że dlatego wyszedłeś.
Alfred, oczywiście, nie będzie w stanie uwierzyć, że cokolwiek mogłoby zmanipulować jego przeznaczeniem, co było o tyle zabawne, że już łatwiej byłoby mu uwierzyć w to, niż w powody swojej miłości.
Ale Arthur wiedział, że okłamywanie go teraz i tak nie ma sensu. Dzisiejsza noc, stwierdził, należy do rodzaju tych, które już się właściwie wydarzyły. Trzeba przez nią po prostu przejść i zobaczyć, co będzie na końcu i może wtedy w końcu dowie się tego, kto ma aż tak wielką potęgę, by manipulować nawet jego przeznaczeniem.
A wtedy może... znajdzie go. I nie będzie potrzebował królewskiej magii do niczego.
Wiatr zawiał mocniej, tym razem w kark, jakby popychał ich do przodu. Pomiędzy domami i alejkami Arthur zobaczył przebłyski czarnego morza.
- Dobrze. Już się bałem, że będę musiał z tobą chodzić przez całą noc.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 22 Mar - 6:48:24

- Podobna grupa. To wystarczy – podsumował Alfred poważnym tonem, mrużąc oczy.
Spojrzenie jednak zamiast na Arthura skierował w przestrzeń, jakby spodziewał się tam dostrzec ukryte w cieniach kontury swoich wrogów. I kto wie? Na pewno kilku z nich znajdowało się w tym mieście. Może i więcej. Na pewno też ktoś go obserwował. Może nie teraz, ale wystarczająco często, by donosić o jego planach. Ciekawe ile zdrajców było w ich otoczeniu, nawet nie najbliższym, ale wśród żołnierzy i magów. Ilu z nich było tylko oczyma i uszami, czy którykolwiek z nich był czymś więcej?
Alfredowi wydawałoby się to zbyt ryzykowne.
Podczas gdy on rozważał te jakże ważkie tematy, Arthur nie wydawał się nimi zainteresowany. Spokojnie i bez słowa zniknął nagle, dotykając w jednej chwili zimnej ściany, w następnej już nie egzystując tuż obok Alfreda. Tylko aura jego magii, zwiewna i lekka – a raczej jej echo, unosiło się jeszcze w powietrzu, co Alfred czuł w ostatnim tchnieniu, jakie wydał na głębokie westchnięcie.
Rozpoznał coś, co zaobserwował już kiedyś. Magię przestrzeni, którą teraz Arthur użył, by zostawić go w tyle. Ale chyba nie chodziło o pozbycie się Alfreda.
Zresztą Alfred nie zamierzał dać się pozbyć. Po prostu przymknął oczy i podążył za magią Arthura jak po nici do kłębka.
Kiedy wreszcie go dogonił, miał już w zanadrzu jakąś uwagę na temat takiego jakże niekulturalnego zachowania, ale to Arthur przerwał ciszę pierwszy i spokojnie powiedział mu coś tak dziwnego i enigmatycznego, że Alfredowi szybko wyparowały z głowy głupkowate uwagi. Spojrzał kątem oka na Arthura, trawiąc wypowiedziane słowa.
- Jestem całkiem przekonany, że nie dlatego, chyba, że sugerujesz jakieś podświadome działanie… - Alfred zmarszczył brwi. Nie spodobała mu się ta sugestia. Alfred wolał uważać się za ucieleśnienie wolności. – Ale nawet wtedy mogę cię zaskoczyć. Więc to dlatego tu jesteś. – Zrozumiał. Powiedział sobie na głos, właściwie nie odzywając się tym do Arthura.
Powietrze pachniało chłodną bryzą i butwiejącym drewnem. Powiewy wiatru szarpały kapuzą Alfreda, otaczając go jej połami.
- Liczyłeś, że moim marzeniem jest twoja osoba na srebrnej tacy? – Alfred roześmiał się lekko, choć trochę nieswojo. Zrobiło się zimno i nawet on odczuł zmianę nastroju. Nie musiał pytać Arthura co dokładnie miał na myśli. O uszy kilkukrotnie obiło mu się istnienie… Tego czegoś. Tych osób. Nigdy w nie nie wierzył, ale najwyraźniej Arthur jak zawsze był kilka kroków przed nim.
A jednak byli tu razem. Alfredowi znowu nie spodobało się, że ktoś może nim kierować.
- Wybacz, ale to zbyt nudne. To znaczy, nie miałbym nic przeciwko, gdybyś sam chciał, a potem próbował mnie udusić, ale w innym wypadku to zdecydowanie nic ciekawego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 22 Mar - 7:59:49

Albo Alfred się nie domyślił, albo domyślał się, ale nie zamierzał jeszcze pytać, słusznie zakładając, że Arthur niczego o tożsamości sprawców nie powie. Takie rzeczy trzymał dla siebie, albo aż do chwili, którą sam uważał za odpowiednią.
W każdym razie Arthur nie odpowiedział, ani nie naciskał, by pociągnąć ten wątek. Zaraz też po prostu zniknął, zostawiając Alfreda dwie ulice za sobą. To dało mu chwilę na myślenie. Gdyby wciąż był kotem, czułby się znacznie bezpieczniej, a tak... Cóż, ale jeśli w okolicy byli jacykolwiek, nawet zupełnie mierni, magowie, to i tak wiedzieli, że dzieje się coś ważnego. W końcu nie każdej nocy port jednego z licznych miast portowych Pików zaczyna emanować olbrzymimi ilościami potężnej magii – tej królewskiej i zwyczajnej.
Arthur skręcił i dotarł do uliczki, która obniżała się nagle, a wraz z nią wszystkie domy, sprawiając przez to wrażenie, jakby w pewnym momencie miasto pochylało się w stronę brzegu. Pomiędzy ścianami i ponad nimi, na odległym horyzoncie, b\w nocnej ciemności falowała woda. A Arthur poczuł, że się zbliża.
Przeszedł parę kroków w tamtym kierunku i wtedy dołączył do niego Alfred. Dobrze. (Nie dobrze-dobrze, ale najwyższy-czas-dobrze.) Arthur podzielił się z nim swoimi uwagami, wciąż jeszcze jakąś częścią siebie myśląc o odpowiedziach Alfred. A co, jeśli dziś zaproponują mu coś, co przeważy równowagę ich sił? Arthur popatrzył na niego z ukosa. Trwało to krótko, bo jego wzrok wciąż wracał w kierunku wody.
- Ludzie, którzy nie mają pojęcia, że za ich decyzje odpowiada coś innego niż oni sami też nie wiedzieliby, dlaczego pewnej nocy znaleźli się w porcie. Tłumaczyliby zmianę rutyny tym, że potrzebowali spaceru, spokoju albo, że przyszli tutaj napić się piwa. To wciąż by były tylko wymówki – stwierdził. Kolejny raz skorzystał z magii rodu Alfreda, która odcięła jego tajemnicę od całego świata. Właściwie działała dokładnie tak samo: żonglowała ludzkimi losami, a oni nie mieli o tym pojęcia. Tłumaczyli sobie swoje własne dziwne zachowanie, albo w ogóle go nie zauważali.
Arthur był pewny, że gdyby słowik nie przeszkadzał Alfredowi myśleć, ten właśnie teraz zadałby sobie pytanie: co ty możesz o tym wiedzieć. Dlaczego ty rozróżniasz wolną wolę od magii?
Posłał Alfredowi przelotne, rozbawione spojrzenie.
„Wiem, że to twoje marzenie” chciał powiedzieć, ale Alfred sam go uprzedził. Idiotyczną uwagę.
W efekcie Arthur po prostu przewrócił oczami.
- Oczywiście, bo zbyt mnie kochasz, żeby po prostu zdobyć siłą – rzucił sarkastycznie.
Idiota.
- Mam nadzieję, że to wszystko jest warte spełnienia twojej fanaberii.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 22 Mar - 18:22:38

Alfred chciał o coś zapytać Arthura, ale za nim udało mu się ubrać wątpliwości w słowa, te wyparowały z jego umysłu, pozostawiając po sobie dziwną, choć znajomą pustkę. Alfred wiedział, że próba jej zbadania w niczym mu nie pomoże. Im bardziej będzie próbował się jej uchwycić, tym więcej rzeczy w jego świadomości rozmyje się, tworząc nowy obraz. Sam fakt, że zaczynał wyłapywać takie rzeczy był dla niego na wagę złota, jeśli chciał kiedyś odkryć ten jakże istotny sekret Arthura. Póki co zaś odwrócił twarz.
- A gdyby tym razem faktycznie był to przypadek? Przynajmniej z mojej strony? Łatwo dorobić do czegoś teorię tak, by pasowała nam do obrazu świata. – Roześmiał się zdawkowo.
Nadal dręczyło go to poczucie zapomnienia, które opadło ciężką, nieprzyjemną mgłą na jego umysł.
Zastanawiało go, czy Arthur świadomie nie pilnuje się, polegając na mocy słowika. To mogła być jego furtka… A przynajmniej jej cień.
- O, nie. Nie do końca – poprawił Arthura. – Tu chodzi o coś jeszcze.
Zdobywanie celu, pogoń za nim. Gdy wszystko miało się podane jak na tacy, świat stawał się nudny. To była jedna z przyczyn, dla których Arthur tak frapował Alfreda. Był osobą, o którą Alfred musiał nieustannie walczyć. To było irytujące, ale jak bardzo motywujące! To wręcz zabawne, choć Alfred na wszelki wypadek nie rozwinął swojej myśli. Za to spojrzał wymownie pobłażliwie na Arthura i uśmiechnął się lekko i uprzejmie.
- Każdy z nas spełnia swoje fanaberie, prawda? Raczej nie wmówisz mi, że mój ojciec został królem dla dobra świata. – Roześmiał się lekko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 23 Mar - 6:50:50

- Owszem, łatwo – odparł Arthur, by po chwili wyraźnego myślenia o czymś innym, dodać. - Nie masz instynktu maga.
Przeszedł pomiędzy budynkami. Już z odległości czuł na swojej skórze zimno morza, zupełnie tak, jakby w ciemności coś niewidzialnego pochylało się i oddychało prosto w jego twarz. Tym razem skierował swoje kroki w losowym kierunku. Nie było sensu też szukać na siłę czegoś, co najprawdopodobniej i tak zamierzało znaleźć cię pierwsze.
Byli już zresztą blisko. Tutaj, jak nigdzie indziej, dało się zauważyć niezwykły brak ludzi. Miasta portowe były gwarne o każdej porze dnia i nocy, a tu, w długim rzędzie, kołysały się na głuchym wietrze potężne cienie statków. Najbliższe światło dobiegało ze znajdującej się na granicu wzroku karczmy; Arthur przyjrzał się jej, mimochodem zauważając, że też dopiero tam zaczynają świecić się latarnie.
Tu było ciemno. Jedyne światło było od strony nieba.
- Nieważne, jak nudny bym nie był, przyjąłbyś to z uśmiechem na ustach. Nie wysilaj się na odpowiadanie mi. Rozmowa z wami to jak mówienie do psów.
Śmiech Alfreda wprawił powietrze w drganie. Albo to po prostu Arthur zawsze miał wrażenie, że od tego dźwięku czuje łaskotanie, jakby o ucho odbijały mu się skrzydełka owada.
Alfred jak zawsze zasłaniał się uśmiechem. Paradoksalnie, to jeszcze bardziej odsłaniało jego głupie, miękkie wnętrze.
- Jesteś... - Zamiast niego, spojrzał na wodę, na której długim pasmem odbijał się księżyc. - Wyjątkowo nieruchliwy jak na kogoś, kto bierze udział w pogoni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 23 Mar - 7:04:12

Alfred spojrzał na Arthura spod uniesionych brwi.
- Nie mam, bo nie wierzę w przeznaczenie? Czy nie wyczuwam, gdy kieruje mną magia czy coś w tym guście? Może po prostu faktycznie jej się nie daje? – Alfred rozłożył ręce wymownie.
Lubił wierzyć w tą teorię. Ostatecznie wolny, do niczego nie zmuszany. Tak ponad tym wszystkim, że aż przypominał pozbawiony celu okruch w pustce, który mógł zdecydować gdzie zmierza, ale wszystkie kierunki wydawały mu się takie same i okropnie nudne.
Jednak nawet on zauważył różnicę w miejscu, w którym obecnie przebywali. Powietrze było rześkie i ostre, ale otaczała ich cisza. Gwar miasta ucichł, noc stłumiła go bezlitośnie, podobnie jak aurę świateł, widoczną parę przecznic dalej. Tutaj niepodzielnie królował półmrok i nieprzenikniona ciemność w załamaniach niskich, przysadzistych budynków, o chropowatych ścianach. Na końcu drogi skrzyła się tafla szumiącego cicho jeziora. Alfred rozejrzał się dookoła, czując dziwny dreszcz u nasady kręgu, jakby ktoś patrzył wprost na jego plecy. W bladym, niemrawym księżycowym świetle nie było jednak widać nikogo, a Alfred po raz pierwszy zrozumiał, do czego może zmierzać Arthur.
Nadal jednak nie zamierzał uważać, że cokolwiek nim kierowało.
Parsknął.
- Z nami? – Alfred spojrzał bystro na Arthura. Użycie liczby mnogiej zastanowiło go, fakt, że Arthur znowu wróci do tego dziwnego, ostrego tonu sprawił, że Alfred przyjrzał mu się badawczo. – Znowu przyrównujesz mnie do swoich poprzednich kochanków? – spytał tylko sucho. – Nie, wtedy nie byłbyś Arthurem. Nie interesowałbyś mnie. Wybacz. Jednak mam pewne standardy i wymagania. – Uśmiechnął się krzywo.
Czy Arthur naprawdę aż tak go nie doceniał? Oczywiście, że Alfred nie zamierzał robić mu krzywdy, by udowodnić własne słowa, nie o to chodziło (po trochu), po części Alfred bał się też, że jednak zrobi krok za daleko i nie będzie już odwrotu.
- To sugestia, zachęta czy próba prowokacji? – spytał lekko. – Gdy byłem ruchliwy zazwyczaj uważałeś, że to przekreśla nasze relacje. Zmieniłeś zdanie? – spytał łagodnie, pochylając się ponad ramieniem Arthura i omiatając mu oddechem wnętrze ucha.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 23 Mar - 8:41:35


Choć coś w minie Arthura sugerowało, że właśnie obraża w myślach logikę Alfreda (i samego Alfreda), to na głos nie odpowiedział mu już niczego na temat jego niezależności w świecie czy posiadania instynktu prawdziwego maga.
Wiedział, że Alfred nie zrozumie.
- Poprzednich kochanków? Brzmisz, jakbyś już był kolejnym. Zdaje się więc, że wybiegasz myślami w przyszłość tak bardzo, że żyjesz w alternatywnej rzeczywistości – stwierdził kąśliwie. Dziwne zadowolenie, które czasem czuł w towarzystwie Alfreda szybko zmieniało się w wściekłość, irytację i miejscami zażenowanie z jego słów, uwag i bolesnej logiki. Alfred po prostu drażnił go na zbyt wiele możliwych sposobów. Zwłaszcza teraz, gdy powinien, jak grzeczna zakochana pacynka, zamilknąć, ładnie wyglądać i poddać się atmosferze nocy.
Bo, doprawdy. Taka noc zasługiwała na to, by być literacka, baśniowa, historyczna wręcz. A Alfred samą obecnością rozwiewał tę aurę, psuł atmosferę. Jeszcze brakowało, żeby zaczął głupio żartować.
„Standardy i wymagania”. Acha, a jednak zaczął głupio żartować.
Arthur zerknął na niego wzrokiem pacniętej osy. A kiedy Alfred odetchnął mu w ucho gorącym oddechem, drgnął jak rozdrażniona osa. Dobrze wiedział, co podpowiadał mu w tym momencie instynkt. Przez ostatnie pół swojego życia robił wszystko, żeby tego instynktu nie słuchać, bo nie pochodził, jak u ludzi, od zwierzęcia, ale od czegoś znacznie, znacznie gorszego. Ale to było przez ostatnie pół jego życia. Nie teraz. Nie dzisiaj. Nie kiedykolwiek więcej.
Odwrócił się do Alfreda i uderzył go w ramię, popychając z całej siły w ścianę najbliższego domu. Usłyszał tylko jak jego plecy uderzają głucho w czyjeś drzwi, później zobaczył jego twarz. Na sekundę, nie dłużej, i przy okazji pożałował, że Alfred ma na sobie kilka warstw tych naprędce skleconych zaklęć. Ale z drugiej strony miał to głęboko w poważaniu, bo Alfred był Alfredem niezależnie od twarzy.
Chciał go tylko uciszyć. Zaskoczyć też. Poczuć. Zamknąć.
Najpierw poczuł chorobliwe bicie własnego serca. Wnętrzności skręciły mu się z gorąca w niemal bolesny, ale nie do końca nieprzyjemny sposób. Potem przycisnął się do Alfreda i pocałował go wkładając w to całe swoje rozdrażnienie, frustrację i władczość. Poczuł, jakby z głowy uleciało mu wszystko z wyjątkiem myśli o Alfredzie i tym jakie ciepłe są jego wargi, jak zaskakująco i boleśnie realne jest jego ciało. Położył mu rękę na gardle i ścisnął.
W jednej sekundzie przeraził się, jak dobrze jest go całować, prawie tak samo przyjemnie, jak robić mu krzywdę.
Nie pozwolił odpowiedzieć. Gdy tylko poczuł, że Alfred reaguje pod jego dotykiem, przycisnął do niego mocniej wargi ostatni raz, a później odepchnął go, wbijając jeszcze bardziej w czyjeś drewniane drzwi.
Potem się odsunął i od razu opanował twarz. Spojrzał na Alfreda lodowato tak, jakby jego oddech wcale nie był szybszy i płytszy. Było mu gorąco, a ciało zaczęło podpowiadać mu idiotyczne rzeczy. Jednak myśl, że Alfred na pewno czuje się teraz bardziej rozbity niż on, sprawiła, że odruchowo się uśmiechnął.
I już. Zrobił to. Dziwne, świat nie wydawał się teraz drastycznie inny. Arthur poczuł cień dziwnego strachu, jakby właśnie podpisał na nich obu wyrok.
I dobrze. Należy-im-się-ból-dobrze.
- Siedź cicho, to może nikt nie zauważy, że nie potrafisz prowadzić tej gry.
Odwrócił się i odszedł pośpiesznym, czujnym krokiem świadomego zagrożenia kota.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 25 Mar - 18:33:10

Alfred nie chciał być kolejnym kochankiem. Nie chciał należeć do tej grupy zagubionych dusz. Od zawsze wierzył i fantazjował o tym, że jest lepszy. Że jest kimś innym, kimś kto faktycznie będzie godny Arthura. I Arthur musi prędzej czy później to zauważyć.
Przez lata hodował w umyśle jedną spójną wizę pierwszego spotkania, kontaktu, pocałunku. Wymyślał w głowie dialogi, odgrywał je okazjonalnie w chwilach znudzenia, zasępienia i namysłu. Nie zawsze przebiegały po jego myśli – często uzależnione od nastroju i humoru. Czy był w stanie ekstatycznej radości czy bardziej trzeźwo patrzył na świat. Zawsze jednak był w nich zwycięzcą. Jego zejście się z Arthurem, mimo potencjalnej walki i konfliktu, zawsze musiało nadejść.
Oczywiście z drugiej strony Alfred nie chciał typowego romansu. Miękkiego i słodkiego. Może czasami, ale w głównej mierze doceniał w Arthurze wszystkie silne i ostre cechy. Nieustępliwość, ambicje, to ostre spojrzenie, którym taksował świat. Jego cięty język. Wszystko to z perspektywy odległej wydawało się po prostu doskonałe.
Gdy Alfred stał się centrum tych rzeczy zaczął odczuwać coś nowego. Cień irytacji i dyskomfortu. Nie miał nic przeciwko złośliwościom Arthura, ale miały być one częścią czegoś większego, a nie głównym i jedynym daniem.
Na początku Alfred był cierpliwy. Może niesiony na skrzydłach z radości prostego faktu, że osiągnął tak istotny punkt swojego planu – wreszcie miał bezpośredni kontakt z Arthurem. Wreszcie jego uwaga skupiała się na nim. Z czasem spokojnie i cierpliwie liczył na to, że dostanie więcej. Prowokował Arthura, rzucał aluzje, wymownie dawał mu do zrozumienia… Rzeczy. Co w takim razie zrobił Arthur?
Uznał, że zrobi mu na przekór.
Alfred nie przewidział tak prostego faktu, że upartość Arthura może go przerosnąć. Do tej pory był najbardziej upartą osobą na świecie. Teraz miał godnego przeciwnika.
Który właśnie popchnął go na drzwi. Zbutwiałe od wilgoci drewno zatrzeszczało ostrzegawczo pod naporem jego pleców. Alfred zamrugał zaskoczony, przyzwyczajony – niekoniecznie pozytywnie – do ostentacyjnego chłodu Arthura. Teraz nie miał czasu odpowiedzieć i zareagować, nie w pierwszej chwili. Arthur wziął go z zaskoczenia w perfidny sposób, przyciskając spierzchnięte usta do jego warg. To było nagłe, krótkie, frustrująco ulotnie. Załaskotało żołądek Alfreda, zatrzepotało na wysokości jego serca, które stanęło mu w gardle. W odruchu Alfred otworzył tylko szerzej oczy, czując słony smak Arthura i jego mocny zapach. Woń perfumowanych pościeli, starych ksiąg, drogiego wina, które tworzyły aurę dziwnej, już znajomej Alfredowi magii.
Kiedy wreszcie zrozumiał, że dzieje się to naprawdę, postanowił odpowiedzieć. Szybko, skwapliwie. W końcu to był jego pierwszy faktyczny pocałunek. Pierwszy ze stuprocentową świadomością ochoty i chęci. Pierwszy, na który czekał od tak dawna. Pierwszy i prawdziwy, jedyny, który się liczył. Zamiast tego uderzył o drzwi, boleśnie, choć w euforii nie poczuł nawet cienia dyskomfortu. Raczej irytację z tak krótkiej chwili, tak ulotnego gestu, który równie dobrze miał tylko go rozdrażnić, pokazać mu coś, czego miał nigdy nie otrzymać. Taka myśl przemknęła niepokojącym dreszczem przez ciało Alfreda, któremu nagle i bez ostrzeżenia zrobiło się gorąco. Oddech miał płytki, w uszach szumiała krew. Spojrzenie wbijał w Arthura, jakby zobaczył go pierwszy raz od dawna. Przesunął językiem po wargach spijając resztki smaku Arthura, który ostał się na jego ustach. Drżały mu ręce, a może drżał cały, nie był w stanie tego stwierdzić. Świat stracił kontury i zarysy, bo w centrum był tylko on.
Arthur.
Alfred wiedział, że to głupie, że Arthur jest czujny i pewnie tego od niego oczekuje. Że jest już przygotowany i zaraz wyśmieje Alfreda bezlitośnie. Król nie potrafił się jednak powstrzymać. Zbyt długo na to czekał, za bardzo tego pragnął. Reszta była już tylko odruchem, gwałtownym, szybkim, nawet w pewnym sensie bardziej zwierzęcym niż ludzkim. Alfred czuł, jak coś pęka pod naporem tego prostego przełamania tabu. Jak jakaś cholerna, pieprzona tama.
A zresztą. Nie był zbyt dobry w określaniu takich rzeczy. Po prostu działał.
Teraz też złapał Arthura za rękę, za całe ramię i pociągnął gwałtownie ku sobie, chcąc – oczywiście – więcej. Znacznie więcej. Ten pocałunek był jak sygnał, przyzwolenie, kolejny istotny punkt, po którym nie było już odwrotu. Palce Alfreda wczepiły się mocniej w ramię Arthura.
- Chyba nie myślisz, że będę grać tylko zgodnie z twoimi zasadami – parsknął w twarz Arthura, próbując wymusić na nim własny, niezręczny, pozbawiony jakiegokolwiek doświadczenia pocałunek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 27 z 29Idź do strony : Previous  1 ... 15 ... 26, 27, 28, 29  Next
 Similar topics
-
» Nauczyciele fabularni
» Tysiąc reakcji na tysiąc sytuacji
» Kronika rodu Bolton
» Ludzie Baratheonów
» Ludzie Tully'ch

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Cardverso-ms-
Skocz do: