IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 14 ... 25, 26, 27, 28, 29  Next
AutorWiadomość
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 11 Mar - 8:50:26

Coś zabolało Vertisa w piersi. Nagły skurcz, który rozlał się nieprzyjemnym bólem po jego ciele. Nie dał po sobie poznać tego dziwnego uczucia, które na moment zamknęło mu umysł znajomą, zdecydowanie niepotrzebną i niechcianą mgłą. Wystarczyło spojrzeć na Arthura, blask w jego oczach – jaki znajomy, niezmienny. Nie przygasiły go wydarzenia, życie w Astrze, mijające lata. Wszystko to wydawało się jak wycięte z obrazka – młody mag pogrążony nad wielkim, wspaniałym projektem. Nawet rysy twarzy Arthura nie postarzały się przesadnie. Może tylko trochę wyostrzyły, zieleń oczu ściemniał. Teraz jednak na nowo rozpaliły go znajome Vertisowi iskry entuzjazmu, które sprawiły, że Vertisowi zrobiło się niedobrze. Jakaś część jego osoby miała ochotę zwymiotować.
Dopiero słowa Arthura zadziałały na niego jak kubeł zimnej wody. Vertis się opamiętał, a był bliski… Czego właściwie? W tej chwili nienawidził Arthura jeszcze bardziej. Za to, że potrafił być sobą. Być takim jak dawniej, choć oszukiwał i wykorzystywał ludzi. Za to i tak miał w sobie to coś, przyciągającego ludzi jak światło ćmy. I za to, że choć byli ze sobą długo, Arthur nigdy nie poświęcał mu tyle uwagi co królowi w tym jednym, krótkim spotkaniu.
Wszystko to było tam absurdalne, że Vertis nienawidził też samego siebie. Brzydził się, a jednak nie miał czasu nad tym myśleć. Był już blisko.
Tak blisko…
Potem wszystko się skończy.
„Żałuję, że nie miałem cię wcześniej.”
Posiadanie. Więc był przedmiotem – spodziewał się tego. Nie zamierzał dać się znowu złapać na lep. Był przedmiotem? I dobrze, na przedmiot zwraca się mniej uwagi.
- Nawet on nie może zaprzeczyć prawdzie. Co zresztą sam doskonale przedstawiłeś – zauważył spokojnie Vertis. – Myślę, że nawet on to widział. Mój wkład był niewielki… Po prostu potwierdziłem fakt – dodał skromnie, robiąc kilka kroków, zagłębiając się w pracownie Arthura.
Zapach starych ksiąg i atramentu ciążył mu nad głową. Nostalgia znowu wezbrała się mocną falą, ale Vertis zamknął ją głęboko w sobie.
- Więc będzie to coś naprawdę nowego? Czy raczej… Zapomnianego? To bardzo w twoim stylu, Arthur. – Uśmiechnął się lekko. – Jak na tamtym egzaminie, gdy odtworzyłeś stare zaklęcie z ery długiej zimy…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 11 Mar - 15:23:32

- Hmh. - Arthur uśmiechnął się pod nosem. Nie do końca zwracał uwagę na słowa Vertisa, trudno było skupić mu myśli na czymkolwiek poza budowaniem planu. Poza tym to było tylko jakieś pochlebstwo, a na takie nie zwracał uwagi, dobrze znał swoją wartość i nie potrzebował, by inni go doceniali.
- Tak czy siak, pomogłeś – rzucił znów. Vertis zachował się profesjonalnie, podkreślając, że wszystko zostało dobrze przebadane i przemyślane, że on i Arthur mieli wspólny plan. Tyle naprawdę wystarczyło, żeby otworzyć mu drogę do spróbowania tej magii. Dopiero teraz Arthur zdał sobie sprawę z tego, że od dawna chciał spróbować, ale po prostu nie miał żadnej okazji.
Podszedł do doniczki, pustej, poza tym, że była wypełniona ziemią. Przesunął opuszkami palców po jej powierzchni, myśląc i próbując ożywić każdy okruch swoją magią. Być ziemią, myśleć jak ziemia.
We wnętrzu nie było żadnego nasionka, gałęzi ani liścia, teraz jednak ziemia drgnęła, jakby tuż pod jej powierzchnią kopał robak. Arthur odsunął dłoń i w skupieniu patrzył, jak z doniczki zaczyna wyrastać rozłożysty, biały kwiat.
A później płatki obróciły się nagle, łodyga przewróciła na drugą stronę. Kwiat był teraz inny, niebieski, o licznych, drobnych pąkach.
Uśmiechnął się z zadowoleniem.
Pytanie. Vertis.
Arthur podniósł spojrzenie ponad kwiatem i pierwszy raz na niego spojrzał. Dostrzegł, że ten przygląda mu się uważnie i intensywnie, że jest w tym wzroku coś niewypowiedzianego, jakieś jego własne plany, myśli, rzeczy, którymi nie zamierza się już nigdy więcej z nim dzielić. Szkoda. Tak, szkoda, ale Arthur nie miał teraz głowy, by myśleć o ludziach.
- Jest wiele legend – zaczął po prostu tłumaczyć. - O tym jak w danych czasach magowie zmieniali całe miasta w jeziora, albo przemieniali wrogie amie w stada wron. Niektórzy opowiadają, że król Trefl zamienił kiedyś większość swojego ludu w ziarenka piasku, które tworzą jego pustynię, inne podania mówią o kłosach trawy, nie wspominając o teoriach na temat tego, co wydarzyło się w królestwie Kier. Ta magia z pewnością istnieje, po prostu dziś nikt już nie myśli w wielkich kategoriach. Ale ja mogę spróbować. Wiem, jak oni to robili, Vertis. Błędem jest rzucać klątwę na ludzi, to do niczego nie doprowadzi, nie w ilościach, o których rozmawiamy... Nic dziwnego, że ci, którzy tego próbowali wcześniej, zwykle zamęczają się na śmierć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 11 Mar - 18:31:00

Vertis przyglądał się Arthurowi uważnie. Patrzył jak ziemia zadrżała pod naporem skierowanej ku niej magii. Choć nie widział samego procesu, znał się na magii roślin na tyle, by przeszedł go dreszcz. To, co robił Arthur – o ile Vertis dobrze się domyślał, było czymś, czego on sam nigdy nie zdołałby opanować. Czymś dziwnie niepokojącym. Potężnym. Na pewno ryzykownym.
I dobrze, przypomniał sobie. Przecież o to chodziło.
Mimo to nawet on nie potrafił ukryć podziwu na widok rozkwitającego kwiatu, który wychylił się spod ziemi, rozwijając zielone liście i piękne, miękkie płatki. Gdy kwiat zmienił kolor, brwi Vertisa powędrowały do góry, Arthur zawsze był niesamowity i Vertis odkrył, że nawet chce zobaczyć, co wymyśli tym razem. Nawet jeśli potem…
Cóż.
Słowa Arthura wybrzmiały dziwnie w ciszy oczekiwania. Były rzeczowe, z cieniem ekscytacji w tle, która pobrzmiewała w jego głosie. A przy tym dla prostych ludzi byłyby straszne, przerażające i pełne zawoalowanej grozy. Nawet Vertis poczuł się nieswojo, choć wiedział, że nie mają innego wyjścia. Mimo to przez tyle lat wykładano im o tym jak nieludzka była magia Trefli. A jednak był najbardziej skuteczna. Legendy o zalanych za nieposłuszeństwo miastach, ludziach zmienionych w wodne ptactwo. Wszystko to wydawało się bajkami, a teraz Arthur chciał to przywrócić.
Vertis odetchnął cicho.
- Zamierzasz… Wykorzystać naturę? – spytał cicho. Spędził z roślinami tyle czasu, że wydawało mu się to niemalże niemożliwe. A jednak miał przed sobą Arthura. Podszedł do donicy i przyjrzał się małemu, niewinnemu kwiatowi. – Arthur co zamierzasz z nimi zrobić?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 11 Mar - 19:26:13

Arthur zatrzymał się na dłużej na pytaniu. W pewnym stopniu chciał, by to była niespodzianka dla wszystkich, nawet dla Vertisa i, zwłaszcza, dla Alfreda. Dochodziły też kwestie zaufania, och, tak, nie powinien nikomu ufać. Może Matthewowi.
Przysunął dłoń i dotknął opuszkiem palca płatka kwiatu. W tym samym momencie roślina zajęła się czymś przypominającym ogień, choć szybszym i bardziej skupionym; w momencie przeistoczyła się w malutkie drzewko o szkarłatnych, ostrych listkach. Arthur oblizał zeschnięte wargi, podekscytowany na odkrycie, że, gdy już połączy się z naturą, przekształcanie jej staje się łatwiejsze od myśli. Ludzie popełniali ten idiotyczny błąd, że skupiali swoją magię na innych ludziach, co było absolutnie naturalne. I idiotyczne równocześnie.
- Wszystko jest naturą – odparł po prostu, przyglądając się zafascynowanym wzrokiem roślinie w doniczce. - Stąd potęga królewskiej magii Pików i jej potężny wpływ na urodzonych tu ludzi. Każde życie bierze swój początek na jakiejś ziemi, co wielu czuje niemal podświadomie, przywiązując się do miejsca, w którym powstali.
Zdał sobie sprawę, że się uśmiecha. Jego twarz drgnęła leciutko, jakby dopiero teraz odzyskał nad nią kontrolę. Później Arthur odwrócił wzrok od drzewka i od Vertisa, odwracając się od szklanego stołu i podchodząc do okna, z którego rozpościerał się cudowny widok na piętrowe ogrody i spływające pomiędzy nimi wodospady.
Myśli w jego głowie szalały, a teraz musiał je ułożyć i zebrać w szereg. Jeśli mu się powiedzie, to kara tego rodzaju stanie się godna legendy: buntownicy chroniący ziemi przemienieni w olbrzymi las, raz na zawsze unieruchomieni w ziemi, dla której obrócili się przeciw koronie. Oto kara i przypomnienie dla reszty. I nawet, w jakiś sposób, być może oni dostaną właśnie to, czego chcieli.
- Brzmisz na zaniepokojonego. Czym dokładnie? - zapytał, nie potrafiąc się skupić na tej myśli. - Paru z nich to zapewne twoi przyjaciele, więc może masz mi coś do powiedzenia? Chciałbym, żeby to było coś szczerego. Wiem, że od początku nie chcesz się na to zdobyć, Vertis.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 12 Mar - 7:08:42

Kwiaty były dopiero początkiem, zrozumiał Vertis, przyglądając się dłoni Arthura, która pogładziła piękny kwiat, zajmując go czymś, co tylko na pozór przypominało ogień. Nie wydzielało jednak ciepła, a jedynie złocisty blask, który zatańczył na formujących się, czerwonych listkach, wyrastających z łodygi, która stawała się szersza, masywniejsza i bardziej brązowa. Wkrótce obumarła tworząc korę, twardą i surową. Kwiat stał się drzewem. Było to coś niemożliwego, nieprawdopodobnego. Vertis na moment wstrzymał oddech. Zawsze wiedział, że Arthur jest potężny, ale to wchodziło na całkiem inny, bardzie niebezpieczny poziom. Było zachwycające i przerażające zarazem. Arthur był człowiekiem, który się rodził raz na milion. Był także potworem, inaczej jego wpływu na siebie Vertis nie umiałby określić. Nawet teraz nie umiał nie czuć podziwu.
Arthur nie odpowiadał mu wprost, ale Vertis potrafił pojąć aluzję. Rośliny… Czy rośliny będą kluczem? Jak Arthur zamierza je wykorzystać? Stworzyć klatkę? Udusić pnączami? Nie, pomyślał Vertis, to się zdarzało. Arthur chce zrobić coś zapomnianego, jak sam mówił.
Kiedyś ludzi zmieniano w ziarnka pustyni i w wodne ptactwo.
Mimowolnie zrobiło mu się zimno, dreszcz przebiegł po jego plecach. Miał być świadkiem czegoś tak wielkiego, potężnego i strasznego. Ale przede wszystkim niesamowitego. Vertis poczuł, że zasycha mu w gardle z niepokoju.
- To potężna magia, zapomniana i nie używana od tak dawna. Niektórzy myślą, że na taką skale niemalże zapomniana. Chcesz to zrobić? To… Arthur, bądź ze mną szczery. Wcześniej myślałem, że jedynie droczysz się z królem za jego słowa, ale jaka jest szansa, że ty… - urwał. – Jesteś głosem rozsądku, wolałbym, żebyś nie ginął, by zostawić króla samego. – Spojrzał na niego kątem oka.
Uśmiechnął się blado.
- Owszem, znam niektórych wśród nich. Wielu z nich gościło mnie w swoich progach, zapraszało na bale i oferowało córki.
Wyprostował się i napiął mięśnie.
- Ale to nie zmienia faktu, że wybrali stronę tak jak i my. Wątpię, by oni mieli dla mnie litość, wiedząc, że poparłem waszą stronę. To robi z nami wojna… - urwał. – Zrób to, co będziesz musiał i mógł. Nie narażaj siebie, nawet jeśli król wydaje się być… Innego zdania. Nie rozumie na co się porywasz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 12 Mar - 15:25:54

Arthur stał przed oknem wyprostowany, ale nie sztywny. Nie wpatrywał się konkretnie w żaden punkt krajobrazu, widział tylko częściowo zamazane kontury srebrzystej bieli, zieleni i wody, w której pływały pasma górskiego światła. Powoli dochodziło do niego, że mógłby spędzić miesiące na dopracowywaniu tej magii, na tworzeniu zaklęć, obliczaniu prawdopodobieństw; albo mógł zrobić to już dzisiaj, wypełniając niewiadomą instynktem, jak robili to prawdziwi magowie w czasach, gdy legendy wydarzały się każdego dnia. Choć dokładne planowanie zwykle leżało w jego naturze, to teraz zrozumiał, że nie ma większego sensu dowiadywania się czegoś więcej. Będzie musiał zrobić to tak jak teraz albo nie zrobić tego nigdy.
A Vertis miał rację. Jak zwykle zresztą; rzadko się mylił, miał ten szczególny dar, by nie myśleć ani za mało ani zbyt dużo. Przeważnie to był talent, ale właśnie dlatego Vertis nigdy nawet nie przybliżył się do zrozumienia, dlaczego Arthur jest tym, kim jest – i dlaczego robi to, co robi. Teraz to tylko potwierdził, nie, żeby teraz był w stanie zrozumieć...
Arthur uśmiechnął się leciutko i pomyślał o słowiku Alfreda. To dzięki niemu mógł działać bardziej otwarcie niż kiedykolwiek.
Vertis mówił dalej, z podziwem, z czymś na kształt niedowierzania, a potem... Arthur nie mógł powstrzymać i parsknął czymś na kształt śmiechu. Odwrócił się od okna i popatrzył w kierunku Vertisa.
- Wiedziałem, że to zrozumiesz, docenisz i na dodatek ostrożnie ocenisz ryzyko. Nie zmieniłeś się tak bardzo, choć z zewnątrz wydajesz się być zupełnie inny.
Odwrócił się nagle, bo przyszło mu do głowy, że po coś tutaj przecież Vertisa chciał. Podszedł znów do stołu, odłożył część książek i dokumentów na boki, a później rozłożył jedną z najstarszych map Korony, jakie znalazł w swoich zbiorach.
- Myślisz, że dałbym się zabić na złość jakiemuś zbłąkanemu chłopaczkowi? Och, Vertis, doprawdy.
Przyglądał się mapie i wyglądał na pochłoniętego śledzeniem plątaniny linii, ale w rzeczywistości uważnie wysłuchał tego, co mówi mu Vertis. Znów poczuł tylko, że to wszystko suche fakty, sprawozdanie. Albo jego przyjaciel zamknął dawno temu zamknął w sobie wszelkie uczucia i skupiał się tylko i wyłącznie na pracy i biznesie, albo, prawdopodobnie, Arthur nie był kimś, kto kiedykolwiek będzie miał szansę usłyszeć albo zobaczyć osobę, którą Vertis był w głębi duszy. Nawet jego „nie zgiń” musiało mieć jakiś logiczny, pragmatyczny dodatek. Ale ten akurat Arthur był w stanie zignorować, bo i tak zrobiło mu się miło. Podniósł wzrok znad mapy i spojrzał w oczy Vertisa pojaśniałym spojrzeniem. Był nawet chyba trochę wdzięczny. Może i był potworem, może nadinterpretował, ale jednak podobała mu się myśl, że komuś naprawdę byłoby gorzej, gdyby dziś umarł.
Czego robić, rzecz jasna, nie zamierzał.
- Chodź, potrzebuję, żebyś zaznaczył, które z tych dróg i tuneli pod miastem nie są znane ani używane. Najlepsze będą takie, które już nie istnieją.
Arthur oderwał z drzewka dwa niezwykłe, rozłożyste liście, które wydawały się płonąć gdzieś tuż pod powierzchnią fizyczności. W dotyku były ciepłe i pełne magii.
- Zatrzymaj go przy sobie. Ochroni cię przed magią, a chcę, żebyś czekał po drugiej stronie i pomógł zebrać tych, którzy zostaną. Wiem, że masz swoje sposoby – uśmiechnął się niedbale, spojrzenie miał nieco rozkojarzone, ale mówiące „wiem, że nie jesteś tylko po jednej stronie”.
- Jestem pewny, że nie stracę przy tym życia, za to bardzo możliwe, że zapadnę w śpiączkę, albo... Cóż, coś na pewno, przyznaję. Ale nie powiesz mi, że mi się całkiem nie należy, co? - zapytał z rozbawieniem.
Miał na myśli wiele rzeczy jednocześnie, ale i tak poczuł się dziwnie, jakby przyznawał się do czegoś złego. Zamilkł na chwilę, myśli napłynęły mu do głowy, ale nadal absolutnie nie bał się tego, czego zamierzał spróbować. Przymknął na moment oczy. To było chyba wszystko.
- On może nie ma prawdziwej edukacji, ale uwierz, za bardzo mnie potrzebuje, żeby... Nieważne. On nie jest ważny.
Pokręcił leciutko głową.
- To chyba wszystko, Vertis.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 12 Mar - 19:17:58

Vertis uśmiechnął się lekko na słowa Arthura. Chciałby powiedzieć, że zrobiło mu się miło, ale nie był pewien, czy umie to już odczuwać. W jego sercu była dziwna, nieprzyjemna pustka, która podgryzała go za każdym razem gdy widział uśmiech Arthura, jego miły gest. Dobrze, że nieświadomy Arthur potrafił ujmować rzeczy w takie słowa, by brzmieć… Dziwnie. Nieludzko. Dzięki temu Vertis ciągle sobie przypominał z kim ma do czynienia.
- Widzę, że zamierzasz zaryzykować. Z drugiej strony, jeśli ktoś ma użyć takiej magii… Nie powinno mnie dziwić, że to właśnie ty. Zawsze byłeś krok przed innymi. Teraz zamierzasz zostawić ich za przepaścią. Jeśli ci się uda… - Urwał znacząco.
Nie musiał chyba dodawać, co poczuje wobec niego świat magii, jeśli mu się uda. Vertis był pewien, że informacje o tym wyjdą poza obręb samego królestwa, dotrą do innych państw i, cóż, na pewno przypomną im, że Piki nie są słabe. A paradoksalnie potrzebowali tego. Zwłaszcza z Treflami przy granicy.
Szkoda tylko, że Vertis nie zamierzał utrzymać tego stanu rzeczy. Choć czuł kropelki potu zraszające od niepokoju jego ręce. Arthur był potężny, miał tylko te jedną szansę.
Podszedł do mapy i spojrzał na nią krytycznie. Z zamyśleniem. Bezwiednie przesunął palcem po jednym z przejść, które kojarzył, w rzeczywistości wsłuchując się w słowa Arthura.
Drgnął, przyjmując z jego rąk listek. Mały, czerwony, rozgrzewający palcem, epatujący złocistym blaskiem tak nikłym, ze widać go było tylko na opuszkach palców, trzymających roślinkę.
- Gdyby nie dotknęło cię nawet to, byłbym nieco przerażony – odparł Vertis z cieniem humoru, choć w rzeczywistości wtedy popadłby w coś…
W coś na pewno. Gdyby odkrył, że jego plan nie ma prawa życiu. Arthur w jego oczach okazałby się potworem. NO cóż, geniuszem, to też, ale jednak.
Zmarszczył brwi.
Nie, nie podobało mu się to. To nie tak miało wyglądać. Na dodatek wzmianka o Alfredzie sprawiła, że Vertis zacisnął usta w wąską linię.
Znowu on.
- Arthur, ktoś powinien być przy tobie. Zwłaszcza, jeśli może spotkać cię coś takiego. – Spojrzał na niego kątem oczu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 12 Mar - 19:37:10

Vertis nie oponował, nie kłócił się, dyplomatycznie nie próbował wchodzić w żadną dyskusję. Rozmowa z nim była trochę jak przemawianie do rzeźby z nadzieją, że ta ożyje i odpowie; aż do tego momentu. Po raz pierwszy Arthur faktycznie dostrzegł jakiś skraj uczucia Vertisa. Czy to było zmartwienie? Czy faktycznie dbał o to, czy Arthur wykończy się samotnie? Być może, a być może nie.
Arthur jednak miał podjętą decyzję w stosunku do niego. Nie mógł w pełni ufać komuś, kogo nie widział od tak dawna. Nawet, jeśli kiedyś go kochał, jeśli kiedyś go rozumiał i czuł się przy nim bezpiecznie jak przy nikim innym.
- Ktoś będzie. Potrzebuję ciebie po drugiej stronie, choć, jeśli nie chcesz tego robić... nie musisz. Już i tak wiele ci zawdzięczam – odmówił mu w końcu dyplomatycznie, a później postarał się, by spojrzeć na niego jasno, miło.
Alfred z nim będzie. Arthur był cholernie tego pewny, niezależnie, czy mu zabroni, czy się na to zgodzi, czy zabierze ze sobą medyków, czy pójdzie absolutnie sam. Alfred i tak za nim pójdzie. Nie będzie potrafił podarować sobie możliwości chronienia tego, czego jeszcze nie udało mu się zdobyć.
- Muszę zaraz wyjść, Vertis. I pewnie nie zobaczymy się przez następny czas.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 12 Mar - 20:00:01

Alfred myślał. Myślał bardzo intensywnie. Naokoło niego kwitły kwiaty. Białe pączki o słodkim, owocowym zapachu, schylały się ku niemu, okazjonalnie jakaś gałązka podsuwała jabłko, które Alfred zrywał mimowolnie i wgryzał się w zieloną skórkę i kwaśny miąższ. Jakieś trzy ptaszki nuciły melodię tuż nad jego głową. Alfred uprzejmie ignorował cały ten cyrk, choć okazjonalnie zmieniał szczególnie irytujące go drzewko w kaskadę tęczowych baniek, które radośnie przekłuwały tak samo nierzeczywiste ptaszki. Okazjonalnie niektóre bańki przemykały mu przed twarzą, pokazując obrazy. Twarz Arthura, Vertisa, odtwarzał spotkanie i próbował zrozumieć. Co takiego się dzieje, co takiego wisi w powietrzu, ciężkiego, nieprzyjemnego i trzeźwiącego jak ostre sole.
Alfred potarł skronie. Wiedział, że po spotkaniu ciężko będzie mu znaleźć adekwatny pretekst. Arthur uzna, że przyszedł albo z zazdrości o Vertisa, albo po to, by go powstrzymać. A Alfred chciał wiedzieć więcej dla bezpieczeństwa Arthura. Coś go niepokoiło, coś dobijało się do niego, a nie mieli już czasu. Matt nie zaobserwuje wiele w tak krótkim czasie.
Alfred nie wiedział czy szaleje czy ma rację i to było najgorsze. Jeśli uzna, że szaleje – Arthurowi może coś się stać, bo nie rozumiał emocji innych mimo całej swojej wiedzy i inteligencji. Jeśli jednak uzna, że ma rację, a okaże się, że jej nie miał…
Cóż, będzie mógł napisać podręcznik o tym jak pogarszać swoje relacje ze wszystkimi i zrywać cenne sojusze.
Alfred wydał z siebie jęk.
Zamrugał. Sylwetka Arthura pojawiła się w jego polu widzenia. Alfred zmarszczył brwi i machnął niedbale ręką.
- Jabłka są jeszcze fajne, ale z tym trochę przesadziłaś. – Zwrócił się w przestrzeń, w stronę magii wypełniającej pałac.
Arthur jednak nie rozbił się na bańki. Alfred zmarszczył brwi i machnął jeszcze raz dłonią. I jeszcze raz. Dwa razy więcej dla pewności.
Zacisnął usta.
- Och.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 12 Mar - 20:54:44


Nie pierwszy raz widział takiego Alfreda. W sytuacjach, gdy pół świata zwalała mu się na głowę, odcinał się, siadał gdzieś w samotności, zatapiał się w myślach, nadzwyczajnie nieruchomy i cichy. Za to magia wokół niego ożywała.
Szczególnie chyba lubił bańki.
W każdym razie stanowił całkiem komiczny widok: przystojny, młody chłopak otoczony kwiatami, owocami, bańkami, drobniutkimi i puszystymi ptaszkami. Niezwykła magia pałacu tylko podkreślała prostotę, którą nosił wypisaną na twarzy, postawie, głosie, w akcencie i sposobie życia. Potrafił naprawdę sprawić, że wszystko, co poważne i niezwykłe wydawało się najzupełniej w świecie idiotyczne, trochę pompatyczne i przesadzone. Nawet jego teatralność była... taka inna, bardziej szczera niż teatralność Vertisa.
Naprawdę nie nadawał się na króla.
(Komplement.)
Arthur podszedł do niego miękkimi krokami skradającego się drapieżnika, postanawiając nie wydawać dźwięku. Z czystej ciekawości chciał zobaczyć, jak blisko uda mu się dotrzeć do Alfreda bez przyłapania przez nikogo. Doszedł do miejsca, w którym bańki unosiły się i często pękały na różowe, perłowe, świetliste krople. W ich odbiciach odbijały się kwiaty, stopnie białej, marmurowej podłogi, przygarbiona sylwetka Alfreda i krzewy. W kilku Arthur dostrzegł też swoją własną twarz, a potem Alfred podniósł głowę. Dość niespodziewanie, ale może też zobaczył go w tych swoich bańkach.
Jeszcze bardziej niespodziewanie nie popatrzył na Arthura ze zrozumieniem, tylko jakby z pobłażaniem, a później zaczął machać dłonią jakby chciał coś od siebie odgonić. Arthur przystanął w miejscu, popatrzył na niego raz, ale przydługo, a później zrozumiał.
Uniósł brew, ironicznie i z dezaprobatą jednocześnie.
- Istotnie, och.
Poczuł wokół siebie zapach, jakie roztaczały kwiaty, słodki, ale bardzo delikatny, zdecydowanie ładny i kobiecy. Nie przypominał perfum, ale i tak tak mocno nie pasował do Alfreda, że Arthur ledwo powstrzymał uśmiech. Mimo wszystko to było bardziej zabawne, niż tragiczne.
Alfred był przyzwyczajony do tego, że widywał go tylko, gdy sam do niego przychodził, albo go sobie stworzył. W dodatku uznawał go najwyraźniej za coś słodkiego i miłego, przesadzoną przysługę, którą chętnie wytworzyłby mu pomocny i służalczy wobec króla pałac. Doprawdy. Nie, do jasnej cholery, ten idiota.
Arthur postarał się, by jego dezaprobata stała się jeszcze bardziej widoczna wykrzywiając leciutko wargi i na moment wznosząc oczy ku niebu.
- Udam, że nie zrozumiałem. Spróbuję też udawać, że nie widzę ćwierkających kolibrów, które próbują utkać ci koronę z kwiatów... - przerwał na chwilę, a później nagle parsknął. - Nie, nie będę udawać, że tego nie widzę. Ale też nie dlatego przyszedłem... Bo rozumiesz, że to jestem, prawda? - zapytał cynicznie, jakby wciąż nie był jeszcze przekonany, że Alfred wie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 13 Mar - 6:35:17

Alfred przyjrzał się Arthurowi, jakby nadal mógł być jednak ułudą. Choć doskonale wiedział, że gdyby tak było, jedno machnięcie ręki wystarczyłoby, by rozbić go w morską pianę. Zamiast tego Arthur trwał z uniesionymi kpiąco brwiami, wpatrując się w niego intensywnie. Najpewniej rozbawiło go to, może Alfred pogrążył się w jego oczach, ale obaj wiedzieli już o tym wystarczająco dużo, by nie udawać, że pewne sprawy nie istnieje. Alfred zdradził się już jakiś czas temu z prawdą o sobie i z tworzeniem miraży Arthura, a Arthur…
Cóż, Arthur nigdy nie odwiedzał go, o ile Alfred nie był w stanie bliskim śmierci. Alfred miał pełne prawo się go nie spodziewać. Zwłaszcza, że tym samym Arthur zniweczył całe jego misterne plany snute godzinami.
Dlatego teraz Alfred pozwolił sobie na niedowierzające spojrzenie, które miało podsumować całą tę sytuację.
- Znowu to robią? Ostatnią osmaliłem sobie włosy, bo próbowałem ją spalić trochę za szybko… - Westchnął, zerkając kątem oka na ptaki, które najwyraźniej stropione, zaczęły rozważać przeniesienie girlandy na Arthura.
W ramach ładnie zapakowanego prezentu. Choć były na tyle rozsądne by nie zbliżać się do maga i wciąż krążyć wokół młodego króla.
- Och, tak. Ciężko pomylić tę sympatię płynącą z twojego głosu. – Alfred uśmiechnął się nieco. – Gdy tworzę twoje kopie, staram się, by nie mówimy. – Wyszczerzył się nawet bezczelniej.
Skoro nie miał nic na swoją obronę, musiał znaleźć inny sposób – teraz właśnie go wypróbowywał.
- Nie będę kłamać, że spodziewałem się ciebie. Rzadko kiedy zaszczycasz mnie swoją obecnością, o ile nie jestem umierający. Czy o czymś nie wiem? – Zmarszczył z udawaniem brwi. – Czuję się, chyba, dobrze.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 13 Mar - 16:37:58

Najpierw Arthur popatrzył na Alfreda kpiąco, a później kpiąco, ale z namysłem. Zdecydowanie. Magia pałacu dołowała, och, nie, było lepsze określenie – uciskała Alfreda. Czuł się przez tą kobiecą, arystokratyczną magię uciskany jak bratanek przez nadmiernie wylewną ciotkę, a w tej nieporadności, strącaniu z głowy kwiecistych koron, zmienianiu ptaszków w bańki, było coś dziecinnego i... Arthur pokręcił powoli głową.
- Próbowałeś z nią porozmawiać?
Właściwie to był całkiem bliski uśmiechnięcia się, pomimo wszystko, ale wtedy Alfred uśmiechnął się pierwszy, tym swoim szerokim, pozbawionym jakichkolwiek oporów smoczym wyszczerzem, który nieodmienne wzbudzał w Arthurze żądzę mordu. Postanowił więc nie odpowiadać w żaden sposób, a jego uwagę ukarać brakiem rozbawienia... Bo nie była zabawna. Właściwie to byłaby przerażająca, gdyby Alfred powiedział to o jakiejś kobiecie, albo kimś, kto w razie czego nie mógłby się przed nim bronić. Więc Arthu znowu tylko na niego spojrzał jak nieskończenie śmiercionośne bóstwo sprawiedliwości w dzień sądu ostatecznego na prostego, kombinującego rzezimieszka.
Oficjalnie, jako polityk królestwa i potężny mag, nie chciał wiedzieć, co dokładnie Alfred robił z jego wizerunkiem w zaciszu prywatnych pokoi. Oficjalnie, jako Arthur Kirkland, dręczyła go trochę zdradliwa ludzka ciekawość, taka, która dotykała, gdy ktoś twierdzący, że zna przyszłość pytał, czy rozmówca chciałby poznać datę swojej śmierci. Bo, oczywiście, Alfred grał z dziwkami w szachy, a żaden szpieg nigdy nie znalazł nawet cienia informacji o tym, że był kiedyś w prawdziwym związku z kimkolwiek, ale... Arthur wiedział, że jest w jego oczach absolutnie wyjątkowy.
No, cóż, ale przecież nie podejdzie do tego otwarcie.
- Teraz ja jestem umierający – odparł ze śladem rozbawienia w głosie. - Nie w tym konkretnym momencie, ale to i tak jest już faktem dokonanym. Muszę z tobą chwilę porozmawiać, zanim do tego dojdzie.
Obrzucił Alfreda kolejnym przepełnionym wyższością spojrzeniem (sprawiało mu to przyjemność), po czym niespodziewanie podszedł bliżej. Z elegancją usiadł na pięknych marmurowych schodach, wystarczająco blisko, by być obok Alfreda, ale nie na tyle, by go dotykać. Nie popatrzył też na niego.
Przyszedł tu zamienić z Alfredem kilka ściśle praktycznych informacji, ale nagle doszło do niego, że to może zaczekać. Podniósł wzrok na rosnące w górze,nad Alfredem krzewy, pośród których krzątały się małe, białe ptaszki. Nie miał pojęcia, czemu Alfredowi to przeszkadza, sam uznawał to za absolutnie ujmujące. Płatek śnieżnej róży spadł mu na ramię. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim Arthur zdążył się przebrać w świeże ubrania, ale, im więcej czasu mijało, tym bardziej odzwyczajał się nieustannej konieczności wyglądania jak na przyszłą królową Pik przystało. W Astrze należało zmieniać stroje przynajmniej dwa albo trzy razy na dzień. Tutaj częściej potrzebowano jego umysłu, Arthura Maga albo Arthura Polityka, a ci dwaj mieli wyglądać po prostu odpowiedzialnie, a nie oszałamiająco.
Ale teraz znów czuł potrzebę ubrania czegoś porządnego. Może znowu czerwień, tak, to będzie dobre.
Przymknął na chwilę oczy.
- Powiedz mi, co czujesz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 13 Mar - 19:15:03

- Z magią? No tak, ale ona się stara i trochę głupio jej tak mówić. Nudziła się. – Alfred rozłożył ręce.
Zbyt dobry na ten świat, chyba, że byłeś jego ojcem. Uśmiechnął się przepraszająco, choć mało szczerze w stronę Arthura.
Na wyraz twarzy Arthura, który technicznie miał chyba zwiastować apokalipsę, a w rzeczywistości był w jakiś sposób intrygujący i nawet ekscytujący, Alfred odpowiedział tym samym, niezachwianym uśmiechem i błyszczącymi oczyma z zaciekawieniem. Uśmiech trochę przygasł przy kolejnych słowach Arthura. Kąciki ust Alfreda opadły, barwa oczu pociemniała. Odetchnął i przeczesał włosy.
- Mówisz mi to specjalnie? – spytał retorycznie. – To nie w twoim stylu, dać się zabić w taki sposób – dodał. – Nie jest w twoim stylu w ogóle dać się zabić. Na pewno masz plan.
Skrzyżował ręce na piersi. Nie spodziewał się, że Arthur tak po prostu usiądzie. Przypuszczał raczje, że będzie chciał szybko załatwić swoje sprawy. Rzadko kiedy pokazywał, że towarzystwo Alfreda robi coś więcej, niż tylko go obrzydza. A teraz usiadł. Tak po prostu. Czy naprawdę ryzykował? Kretyn. Alfred spojrzał na niego kątem oczu, zaciskając usta w wąską linię. Zawahał się.
Nie miał pewności, co powinien czuć. To znaczy, ciepło i tak bez ostrzeżenia zalało jego żołądek z samej bliskości, ale niepokój doskwierał mu już od kilku dni. I co teraz? Czego chciał Arthur? Co to w ogóle za pytanie? Alfred spiął mięśnie.
- Ja… To znaczy. – Urwał na moment. – Co czuję? Niepokój. Chyba tak. Niepokój przez wiele rzeczy. Czego ode mnie oczekujesz? – Uśmiechnął się blado. – Nie zaryzykujesz swoim życiem, nie wierzę w to, alei tak, coś wisi w powietrzu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 13 Mar - 20:48:49

- Oczywiście, że mam plan – oświadczył pogardliwie Arthur, człowiek bez większego planu. A raczej z planem, by dać się prawie-ale-jednak-nie-do-końca zabić, gdzie jednak-nie-do-końca było sednem. Mógł znieść wyczerpanie i ból, tymczasowe upośledzenia, a przy poziomie obecnej magii medycznej i ze świadomością, że to wszystko, w jego przypadku, będzie niemal na pewno tymczasowe, nie widział powodów, żeby dłużej się nad tym zastanawiać. Może, gdyby był człowiekiem...
Popatrzył na Alfreda. Na chwilę, bo później rozejrzał się leniwie po wnętrzu. By oczyścić nieco umysł, skupił się na magii, która podążała za Alfredem jak królik za marchewką. Albo jak marchewka za królikiem. Tak, to było dobre miejsce, żeby chwilę odpocząć. Skoro Alfred się odnajdywał, to może jemu też to pomoże.
Przez chwilę Arthur nie mówił niczego, pozostawiając Alfreda samego na sam z pytaniami, których nie zadał zbyt dokładnie i odpowiedziami, których miał nigdy nie dostać. Wkrótce i tak będzie po wszystkim, a Arthur nie cierpiał dzielić się niepotrzebnymi szczegółami. Chciał po prostu... Odpocząć, skupić się trochę.
Ułożyć parę spraw, które do tej pory starannie omijał wzrokiem. Zawsze lubił jednak przechodzić do rzeczy ważnych z absolutną pewnością, że te mniejsze były od dawna na swoim miejscu. Więc dążył do czegoś, czego sam w pełni nie rozumiał, po to, by poczuć coś, czego normalnie nie zdarzało mu się czuć. Nic dziwnego, że Alfred w pełni go nie rozumiał.
Nie szkodzi. Nie musiał. Był zabawniejszy z niewiedzą na twarzy.
Arthur przymknął oczy, zastosował małą sztuczkę, wymienił z magią kilka szeptliwych uwag. Krzewy uniosły się leniwie, odsłaniając im więcej światła i dając przestrzeń.
- Ciągle mnie kochasz? - Potem doszło do niego, że po raz pierwszy którykolwiek z nich wypowiedział to słowo na głos. Jeszcze przez moment brzmiał na dziwnie rozbawionego.
- Po tym, jak miałeś okazję ze mną pobyć i poznać, czy widzisz teraz kogoś prawdziwszego? Czy wciąż jestem tylko wytworem twojej wyobraźni?
Baniek wokół nich zaczynało być coraz mniej. Alfred najwyraźniej przestał się skupiać na magii, ale Arthur się na nich skupił: i nagle pojawiły się wszędzie, wypełniły salę od sufitu po podłogę, po ich powierzchniach pływały kolory i iskrzyło światło, a później po prostu pękały, ulotne, głupie, śmieszne efekty głupiego zaklęcia. Ale Arthur uznał, że Alfred miał racje, to było nawet całkiem zabawne. Nie wymagało absolutnie żadnego wysiłku, a przynajmniej, na pewno w jakiś sposób go to zaskoczy. Już teraz pewnie był wytrącony ze swojej normalnej równowagi. A Arthur właśnie takiego go lubił.
Tylko dlatego to zrobił.
`- Naprawdę, powiedz mi to. Ponieważ przez całe swoje życie obserwowałeś mnie i brałeś za kogoś innego. Jeśli spróbujesz mi wmówić, że wszystkie moje starania, żeby cię, zranić poszły na marne... - urwał żartobliwie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 13 Mar - 20:49:28

- Oczywiście, że mam plan – oświadczył pogardliwie Arthur, człowiek bez większego planu. A raczej z planem, by dać się prawie-ale-jednak-nie-do-końca zabić, gdzie jednak-nie-do-końca było sednem. Mógł znieść wyczerpanie i ból, tymczasowe upośledzenia, a przy poziomie obecnej magii medycznej i ze świadomością, że to wszystko, w jego przypadku, będzie niemal na pewno tymczasowe, nie widział powodów, żeby dłużej się nad tym zastanawiać. Może, gdyby był człowiekiem...
Popatrzył na Alfreda. Na chwilę, bo później rozejrzał się leniwie po wnętrzu. By oczyścić nieco umysł, skupił się na magii, która podążała za Alfredem jak królik za marchewką. Albo jak marchewka za królikiem. Tak, to było dobre miejsce, żeby chwilę odpocząć. Skoro Alfred się odnajdywał, to może jemu też to pomoże.
Przez chwilę Arthur nie mówił niczego, pozostawiając Alfreda samego na sam z pytaniami, których nie zadał zbyt dokładnie i odpowiedziami, których miał nigdy nie dostać. Wkrótce i tak będzie po wszystkim, a Arthur nie cierpiał dzielić się niepotrzebnymi szczegółami. Chciał po prostu... Odpocząć, skupić się trochę.
Ułożyć parę spraw, które do tej pory starannie omijał wzrokiem. Zawsze lubił jednak przechodzić do rzeczy ważnych z absolutną pewnością, że te mniejsze były od dawna na swoim miejscu. Więc dążył do czegoś, czego sam w pełni nie rozumiał, po to, by poczuć coś, czego normalnie nie zdarzało mu się czuć. Nic dziwnego, że Alfred w pełni go nie rozumiał.
Nie szkodzi. Nie musiał. Był zabawniejszy z niewiedzą na twarzy.
Arthur przymknął oczy, zastosował małą sztuczkę, wymienił z magią kilka szeptliwych uwag. Krzewy uniosły się leniwie, odsłaniając im więcej światła i dając przestrzeń.
- Ciągle mnie kochasz? - Potem doszło do niego, że po raz pierwszy którykolwiek z nich wypowiedział to słowo na głos. Jeszcze przez moment brzmiał na dziwnie rozbawionego.
- Po tym, jak miałeś okazję ze mną pobyć i poznać, czy widzisz teraz kogoś prawdziwszego? Czy wciąż jestem tylko wytworem twojej wyobraźni?
Baniek wokół nich zaczynało być coraz mniej. Alfred najwyraźniej przestał się skupiać na magii, ale Arthur się na nich skupił: i nagle pojawiły się wszędzie, wypełniły salę od sufitu po podłogę, po ich powierzchniach pływały kolory i iskrzyło światło, a później po prostu pękały, ulotne, głupie, śmieszne efekty głupiego zaklęcia. Ale Arthur uznał, że Alfred miał racje, to było nawet całkiem zabawne. Nie wymagało absolutnie żadnego wysiłku, a przynajmniej, na pewno w jakiś sposób go to zaskoczy. Już teraz pewnie był wytrącony ze swojej normalnej równowagi. A Arthur właśnie takiego go lubił.
Tylko dlatego to zrobił.
`- Naprawdę, powiedz mi to. Ponieważ przez całe swoje życie obserwowałeś mnie i brałeś za kogoś innego. Jeśli spróbujesz mi wmówić, że wszystkie moje starania, żeby cię, zranić poszły na marne... - urwał żartobliwie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 13 Mar - 22:23:06

Alfred nie spodziewał się odpowiedzi, choć cień zawodu zamigotał w jego sercu. Przyjął go spokojnie, ostrożnie, patrząc w bok. Rośliny kwitły, otaczając ich przytulną zielenią. Zapach w powietrzu był słodki, ale lekki. Nie tłamsił i nie dusił za to łaskotał nozdrza. Alfred przyglądał się temu z zastanowieniem i zawahaniem. Co teraz powinien powiedzieć? Co w ogóle powinien zrobić?
Arthur odezwał się pierwszy po chwili ciszy i zaskoczył go, co powinno stać się już częścią dzisiejszego rytuału. Jego pytanie, wypowiedziane wreszcie na głos, tak proste i oczywiste, sprawiło, że Alfred odruchowo napiął mięśnie i dopiero po chwili odetchnął i parsknął pod nosem. Nie był to śmiech, ciężko było powiedzieć, co to w ogóle było. Alfred potarł skronie.
- Raczej nie można powiedzieć, że jesteś wytworem mojej wyobraźni. Ale czy nadal cię kocham… - zrobił krótką przerwę. – Tak. Sądzę, że tak i czuję, że tak. Bardzo mi przykro, jeśli cię zawiodłem. – Uśmiechnął się zawadiacko, może trochę wyzywająco.
Bo czego Arthur się spodziewał? Że Alfred zaprzeczy? Padnie mu do stóp? Po prostu chciał wiedzieć? Czy myślał, że zrazi go do siebie swoim zachowaniem? Cóż, czasami tak było, ale potem Arthur widział jego ekscytację, ciekawość światem, słyszał snute przez niego opowieści i przypominał sobie, co go w Arthurze tak bardzo pociągało, od kiedy wreszcie go poznał.
Przywitały go bańki. Alfred zamrugał. Rozejrzał się dookoła zaskoczony. Spojrzał na Arthura z wyrazem psiego skonfundowania, jakie odmalowało się na jego twarzy.
- Och… - Alfred roześmiał się lekko. – Więc o to ci chodzi? Czy udało ci się mnie zniechęcić, odrzucić, obrazić? Naprawdę? Tego chcesz? – Alfred uniósł brwi i uśmiechnął się przekornie. – Aż taki sobie zadajesz trud, a jednak… - Urwał. – Zawsze jakoś jesteś niedaleko. Więc powiedz mi, jakie uczucie w tobie wzbudzam?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 13 Mar - 23:17:17

Alfred wydawał się lekko tylko zaskoczony, zanim odpowiedział, bez jakiegoś szczególnego wahania czy zakłopotania. A Arthur nie patrzył się na niego, dziwnie nie mając na to ochoty, woląc słuchać i nie zaburzać sobie słów Alfreda widokiem jego twarzy, uśmiechów i przekory. No więc, słowo „kocham” najwyraźniej go nie przeraziło. Użył go ponownie... tak po prostu. Tak po prostu powiedział coś, czego Vertis nie potrafił powiedzieć z taką otwartością nawet, gdy jeszcze byli razem.
Arthur został teraz sam na sam z tym wymuszonym wyznaniem miłości. Pomyślał o nim przez chwilę. Następnie zaczął rozważać, na ile Alfred jest normalny i czy naprawdę dostrzega coś, kogoś, czy choć raz do tej pory naprawdę dostrzegł jego...
Siedział przy tym spokojnie, plecy jak zawsze wyprostowane, dłonie oparte na udach, jedna noga swobodnie wyciągnięta w przód. We włosach kilka płatków róż, twarz bez emocji, zamyślona, jakby niewiele słyszał.
- Nie – mruknął nagle cicho, pokręcił głową i parsknął bezgłośnie, przenosząc wzrok na swoje dłonie. - Nie, nie próbowałem cię do mnie zniechęcić. Niczego nie próbowałem. Źle to zrozumiałeś, bo zdecydowanie nie jesteś na tyle istotny...
Chyba się mylił w tym, że Alfred mógłby go dobrze znać albo rozumieć. Łatwo przyznawał się do miłości, ale co poza tym?
Arthur odetchnął. Dalej czuł się spokojny, być może nawet bardziej, niż przez ostatnie miesiące razem wzięte. Dlatego się chyba uśmiechał.
- Widzisz tylko to, co chcesz widzieć. Gdybyś czegoś się o mnie nauczył, wiedziałbyś, że jestem ostatnią osobą, w której warto być zakochanym. Dobrze, że cię mylisz.
Pozwoli wstał i z czystą satysfakcją stwierdził, że nie odpowie na pytanie, które zadał mu Alfred, a które wydawało się naprawdę ważne. Może przed nim udawać, że wie, co sam do niego czuje, ale nie zdradzi się z tym, że tak naprawdę nie ma pojęcia i nie zamierza teraz o tym myśleć.
Popatrzył tylko na niego z góry z pobłażliwym rozbawieniem. Głupi, kochany pajacyk, czy on naprawdę myśli, że Arthur zakochał się w nim ze wzajemnością? Po tym, jak okropne były ich relacje, od samego początku, aż do chwili obecnej.
- Idziesz ze mną – stwierdził za to. - Wiem, że i tak byś poszedł, więc lepiej się przygotuj. Zamierzam zostawić moje życie w twoich rękach, bo, powiedzmy, lubię czasem spróbować być idiotą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 14 Mar - 7:26:29

Alfred przyjrzał się Arthurowi. Oczywiście, mag mógł mówić prawdę. Z tą nonszalancją, pobłażliwością, może rozbawieniem. Na to właśnie wyglądało. Czasami Alfred sam nie wiedział. Bywały dni, gdy wydawało mu się, że Arthur lgnie do niego, choć się do tego nie przyznaje. Ale znacznie częściej wydawało mu się, że powstaje między nimi mów, linia na piasku, coś nie do przekroczenia. Arthur mógł się tylko bawić uczuciami Alfreda, a Alfred nie miał jak tego sprawdzić. Arthur był doskonałym kłamcą i manipulatorem. Wyrósł na takich grach. Alfred zaś był zbyt prostolinijny dla własnego dobra i ze zbyt wieloma rzeczami się zdradził. Tak, rozumiał, że był na straconej pozycji, ale i tak walczył.
- Pewnie masz rację, ale… - Alfred parsknął lekko, słysząc kolejne słowa Arthura. Spojrzał na niego uważnie. – Ty naprawdę nie rozumiesz. – Pokiwał głową. – Naprawdę uważasz, że człowiek ma wybór w kim się zakochuje? – Przekrzywił lekko głowę.
To brzmiało abstrakcyjnie. Alfred nigdy nie miał wyboru i doskonale o tym wiedział. Od kiedy po raz pierwszy zobaczył i poznał Arthura. Od tamtej chwili coś zostało zadecydowanie, a Alfred dał się porwać temu jedynemu silnemu prądowi w swoim życiu. Jedynemu, który nie był mu posłuszny.
Alfred zadarł głowę, widząc, że Arthur wstaje. Czy popełnił błąd? Czy zawiódł go? Ach, ten nieprzyjemny uścisk w żołądku, nad którym Alfred nie miał władzy. Gdyby mógł jakoś na niego wpłynąć, zbyć go jako głupotę. Ale było to zbyt silne uczucie. Alfred więc czekał, co zrobi Arthur. Pójdzie bez słowa i zostawi go w tym niepokoju? Czy przyszedł po to, by go tylko podsycić?
Nie.
Alfred zamrugał. Spojrzał z nieskrywanym zaskoczeniem na Arthura a potem uśmiechnął się lekko, kącikami ust.
- Przejrzałeś mnie. – Zauważył i też się podniósł. Przeciągnął. Ptaszki przysiadły mu na ramionach, a Alfred zrobił cierpiętniczą minę.
Drgnął.
„Życie w twoich ramionach.”
Spojrzał badawczo na Arthura.
- Co masz przez to na myśli? Jak niebezpieczne będzie magia jakiej użyjesz? – spytał szybko, odruchowo, zdradzając się z niepokojem. – Będziesz odsłonięty na ataki innych…
Alfred poczuł ucisk w piersi, a potem… Co to znowu? Czemu jego Arthur prosi o pomoc? Czemu nie Vertisa? Czy to przez jego uczucie wobec siebie? Stąd uważa, że Alfred jest „pewny”, bo za bardzo go chce.
Mętlik w głowie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 14 Mar - 8:49:48

Jak zawsze, sugestię, że czegoś nie rozumie, Arthur potraktował jak mieszaninę obrazy i wyzwania. Wiedział o wiele więcej o miłości, niż Alfred podejrzewał, popatrzył więc na niego z góry.
- Zakochałem się raz od pierwszego wejrzenia – stwierdził nagle z głosem pełnym pogardliwego rozbawienia do samego siebie.
Odwrócił się od Alfreda i zaczął przyglądać bańkom. - Miała długie, złote włosy, które błyszczały w słońcu, błękitne oczy i dar do doskonałego rozumienia swojej pozycji. Nie spodziewałem się, że tacy ludzie naprawdę istnieją, ale ona była piękna, młoda, niewinna i, na dodatek, bardzo dobrze potrafiła słuchać. Jej ojciec posiadał ogród cytrusowy. Może parę razy nas podejrzałeś... przypuszczam, że wtedy też tam byłeś – uśmiechnął się gorzko. - W lecie. Pierwszy raz w życiu miałem coś, co można by nazwać przerwą od obowiązków, więc postanowiłem spróbować tego, co tak zachwalają wszystkie poematy, księgi i ludzkie marzenia. Wystarczyło, że obserwowanie i posiadanie jej stało się czymś zwyklejszym, a zdałem sobie sprawę, jak boleśnie nieciekawą osobą była Nolani. Och, tak, czytała książki, była dobrze wykształcona, wesoła i nawet niegłupia jak na kobietę. Dopóki, jak ty to ująłeś, nie otwierała ust, wszystko było w porządku. Więc co się zmieniło? Z kogoś, kto ukradł mi całą moją uwagę w ciągu parę dni zrobiła się... Przestarzała. Wystarczyło, żebym ją trochę poznał. Kiedy przestała być obrazem, a zaczęła osobą, natychmiast zrozumiałem różnicę. Ty tego nie potrafisz. Ciągle zdajesz się widzieć tylko obraz.
Wstał, poprawił wstążkę, wyjął sobie z włosów płatki przekwitających kwiatów i zrzucił je na ziemię. Bardziej wyczuł, niż zobaczył, że Alfred podniósł się za nim.
- Nie niebezpieczna. Będzie po prostu męcząca. Jeśli ludzie przez nią umierali, to dlatego, że zupełnie nie wiedzieli, jak się za nią zabrać i przeceniali swoje możliwości.
Po raz pierwszy Arthur zrzucił coś, co od dawna siedziało mu w tej ciemnej nicości, w której zwykle znajdowała się ludzka dusza. .
To było naprawdę dziwnie przyjemne uczucie.
- Możliwe, że nie będę nawet oddychać przez jakiś czas. Nie przejmuj się, po prostu dopilnuj, że wyląduję we własnym łóżku. Tobie też przyda się trochę ruchu, Alfred. Zdecydowanie spocząłeś na laurach od czasu, gdy dostałeś magię króla – uśmiechnął się nieco ironicznie, ale tego już Alfred nie dostrzegł, bo Arthur odwrócił się od niego plecami.
- Wrócę tu za półtora godziny. Bądź gotowy. I ubierz może coś innego niż śnieżną biel, co ty na to?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 14 Mar - 18:33:53

Alfred wysłuchał Arthura w ciszy, zaskoczony tym, że w ogóle podjął ten temat. Nie miał pewności do czego zmierza, wiedział, co spotkało dziewczynę – jego pierwszą miłość, choć nie do końca znał koniec jej historii i nie wiedział, czy chciał go poznać. Nie interesowała go, ale podświadomie wiedział, że gdyby znał jej los, może dostałby kiedyś kolejną twarz w jeziorze umarłych. Sam przyprowadził ją do Arthura, choć i tak jej życie nie było już niczym, a jedynie szarym cieniem jej dawnej osoby. Tak naprawdę nie istniała już wtedy, gdy Alfred wreszcie poznał ją osobiście.
Mimowolnie zrobiło mu się chłodno.
- Nie – odparł spokojnie. – Z obrazu stałeś się osobą, ale widzę więcej. Widzę, jak ekscytujesz się artefaktami, starożytnymi księgami, jak wtedy widać ciebie. Gdy opowiadasz, snujesz historie o dawnych czasach, dzielisz się zagubioną wiedzą. – Alfred zrobił krok po schodach w górę, nie po to, by popatrzeć z góry na Arthura, ale po to, by nie złamać ich dystansu w takiej chwili choć miał na to szczerą ochotę.
- Po prostu widzę więcej niż jedną twarz Arthura Kirklanda. Może faktycznie jestem szalony i nie powinienem być w tobie zakochany, ale wierzę, że będzie inaczej.
„Bo mogę się oprzeć twojej magii. Stawić czoła twojej potędze” przemknęło mu przez myśl, ale nie powiedział tego na głos.
- Powinienem uciekać jak i ty? Obawiam się, że nie byłoby to mile widziane. Straciłem wolność, to koszmarnie irytujące. – Zrobił krótką pauzę. – Zrobię to, Arthur. – Skinął powoli głową, zanim dotarło do niego, że Arthur nie potrzebuje tych słów.
Już wiedział, że Alfred to zrobi.
- Dla ciebie wszystko. A tak naprawdę, chętnie wrócę do dawnych strojów… Bez wianków z kwiatami. – Zerknął kątem oka na zawiedzione kolibry.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 14 Mar - 20:01:29

Arthur wysłuchał słów Alfreda nie przerywając mu, choć miał ochotę albo go wyśmiać, albo odwrócić się na pięcie i przywalić mu w nos. No, ale elegancja. Tego się nauczył w dzieciństwie, gdy odkrył, że ludzie inaczej patrzą na kościstego brzdąca, który potyka się o własne nogi, inaczej na jego matkę, która wszędzie się śpieszyła, a inaczej na elegancko stąpającego po ziemi ojca. Zaczął więc naśladować ludzi po to, by w przyszłości nie emanować starannie wyuczoną elegancją, ale, mieć ją niby wrodzoną.
W życiu trzeba było mieć klasę. Więc nieważne, że miał wielką chęć, by uderzyć Alfreda w to, co najłatwiej i najboleśniej się złamie, musiał odłożyć to na spory szczyt innych tego typu pragnień. Zatrzymał się, ale nie odwrócił.
- Alfred, jesteś w mojej ścisłej trójce osób, które nie potrafią przekonująco przemawiać. To brzmiało koszmarnie pompatycznie.
Uśmiechnął się do siebie. Więc Alfred lubił jego hobby. Dobrze. Trzeba będzie się pilnować i nie okazywać przy nim entuzjazmu. Cholera, stwierdził nagle Arthur, naprawdę zaczynał coś do Alfreda czuć.
Pomimo tego, że rzadko działo się między nimi coś miłego, że Alfred działał mu na nerwy, wyśmiewał się ze stawianych granic, krzyżował mu wszystkie plany, związał go zaklęciem, był nielogiczny, idiotyczny, arogancki, bezczelny, naiwny, pozbawiony wszelkich planów; był jak pies, który złapał trop i biegł za nim na oślep. Mimo to Arthur zaczynał coś do niego czuć i, cholera, nie było sensu się okłamywać.
Arthur przygryzł dolną wargę. Gdyby tak się odwrócić i skoczyć prosto w przeklętą przepaść, która zdecydowanie zakończy się bardzo bolesnym spotkaniem z ziemią? Przesunął powierzchnią buta po posadzce.
- Ja nigdy nie uciekam. Wolę obserwować jak inni próbują uciec przede mną.
W piersi czuł nieprzyjemny ciężar, jakby coś przysiadło mu na sercu i skakało po nim, pragnąc się wydostać. Coś nawet chciało zatrzymać go w miejscu, jego myśli zaczęły uciekać. Przymknął znów na moment oczy. Dość. Wystarczy – stwierdził. Nagle coś poczuł. To bańka rozbiła się o sam czubek jego nosa.
Parsknął, zadzierając głowę.
- Zobaczymy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 15 Mar - 14:57:01

Alfred musiał krzyknąć. Wydać z siebie przeraźliwy dźwięk tylko po to, by rozedrzeć ciszę, która nagle i bez ostrzeżenia wdarła się do jego umysłu cichym szmerem szeleszczących liści. Czerwony, mały listek parzył go w dłoń. Zajął się ogniem, ale Alfred nie rozluźnił uścisku palców. Skóra na jego lewej dłoni zaczerwieniła się, pojawiły się pierwsze bąble. Ale Alfred nie krzyczał z ich powodu.
Potrzebował dźwięku. Czegoś. Czegokolwiek, co przerwie złowieszczą ciszę, w jaką przerodziły się przerażone, pełne agonii krzyki.
A potem rozległ się dziecięcy szloch.


Vertis przypatrywał się w milczeniu wszystkiemu, co nadeszło. Choć domyślał się, co planuje zrobić Arthur, nie przygotowało go to na to, co zobaczył. Co usłyszał. Na zapach jodły, sosny i dębu, który bez ostrzeżenia uderzył w jego nozdrza.
Na początku byli ludzie, milcząca ponura armia arystokracji, hałaśliwi i prości mieszczanie. Wojsko w mniejszym lub większym stopniu. Mimo zbieraniny różnych osób z różnymi celami - zagrożenie.
Potem... To było nagłe, choć aż po nasadę kości przeszyło każdego maga w okolicy. Potęga, pod którą uginały się kolana, która kilku słabszym magom odebrała zmysły.
Vertis stał wtedy jeszcze nie wzruszony, nie oczekując niczego więcej. Liść parzył jego ręce, złocisty płomień skakał po jego palcach. Powietrze stało się gęste od wypełniającej go magii. Napięcie otoczyło wąwóz niemalże namacalną mgłą. A potem ziemia zatrzęsła się pod ich stopami z gardeł ludzi wyrwał się krzyk, gdy ich skóra zaczęła twardnieć, brązowieć, wypuszczać pędy i liście. Gdy wzrastali w agonalnym jęku, wznosząc obrastające liśćmi ręce. Gdy ich twarze zastygały w korze, wykrzywione, zniekształcone grymasy.
Gdy nadeszła cisza i szum liści.
Vertis zachwiał się, zatoczył. Wpadł na drzewo, dotknął czołem kory, której wygięcie przypominało grymas bólu.
A może mu się tylko zdawało.
Oderwał się od niego szybko i z obrzydzeniem, kamienna maska.jego oblicza zaczęła pękać.
To było coś niesamowitego i strasznego.
A on szedł zabić potwora, który stał za tym wszystkim.





Pierś Vertisa unosiła się i opadała arytmicznie. Oddech miał płytki, nierówny, czuł, że brakuje mu powietrza. Odetchnął głęboko.
"To tylko chwila.", pomyślał. "To nie zajmie więcej czasu."
Otworzył oczy. Spokój i precyzja znowu wkroczyły na jego oblicze, choć twarz miał pobladłą, wargi sinawe a ręce drżały niekontrolowanie.
"Potem będzie po wszystkim. Będę wolny." pomyślał. Chciał w to uwierzyć.
Arthur okazał się... czymś. Vertis znalazł go na granicy lasu, drżącego, skulonego i zamazanego.
Zamazanego?
Umysł Vertisa natrafił na blokadę. Mężczyzna zaewahał się w skonfundowaniu i przetarł skroń.
Coś odciągało jego uwagę od Arthura, ale Vertis praktycznie na siłę wrócił do niego spojrzeniem.
Rozmazany, drżący, niepewny, nie istniejący.
Znowu ta blokada. Znowu ten brak zrozumienia własnych myśli. Tym razem jednak Vertis nie odwrócił wzroku. Był zbyt zdesperowany.
Podszedł bliżej. Krok za krokiem. Szło mu to bardzo opornie, co chwilę coś rozbijało jego myśli.
"Magia" zrozumiał z zaskoczeniem.
Niemalże na oślep wyszukał jej źródło we wspaniałym, czerwienią oceniającym się na zieleni płaszczu Arthura. W dłoni zaciążyło mu coś małego. Kamienna figurka ptaka o chłodnej, gładkiej powierzni.
I nagle umysł Vertisa zalała jasność. I nagle zrozumiał.
- Jesteś... - urwał, zawahał się. Przysiadł przy Arthurze. Odruchowo, z nieprzyjemnym dreszczem odgarnął włosy z czoła Arthura.
Kosmyki przenikały mu przez palce.
- Ty naprawdę jesteś potworem. Magicznym wynaturzeniem. To dlatego niewolisz ludzi sobą... - Urwał. Odczekał. - Myślałem, że poczuje ulgę, ale wiesz co jest najgorsze? To niczego nie zmieniło. Nadal czuję to wszystko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 15 Mar - 16:47:55

Arthur był nigdzie. I był wszędzie. Nie miał pojęcia, jak wspaniałe i przerażające to uczucie, nie potrafił opisać tego w słowa, te w większości zniknęły z jego umysłu, przestały być potrzebne. Widział Alfreda stojącego samotnie pośród letniej gęstwiny, w jego błękitnych oczach odbijała się zieleń, niemowlęta z przerażonymi matkami tulącymi je do piersi, dziewczynkę kuchenną klęczącą w cieniu wielkiego dębu. Widział też korony drzew stykające się wysoko w górze, pod czerwonym niebem, las wzrastający w górski szczyt, szepczący, dygoczący i szemrzący pomimo braku wiatru. Góra mieszała mu się z dołem, oszalałe ze strachu, pędzące i raniące się o drzewa konie ze spokojnym, miękkim krokiem Vertisa.
Widział, słyszał i czuł, jak kroczy po ziemi, jak oddycha powietrzem, odsuwa od siebie gałąź drzewa i staje na skraju polany, a jednocześnie leżał na jej środku, zapach trawy i krwi wbijał mu się w nozdrza, a, gdy przewrócił się na plecy, dostrzegł skrawki nieba pociętego przez konary nowych-starych drzew. Na chwilę tkwił tak w absolutnym bezruchu. Szumy, szelesty, krzyki, płacz, wycie, oddechy, westchnięcia, to wszystko odbijało mu się w uszach i nawet nie próbował już tego rozumieć, po prostu pozwalał, by wpadało to prosto w jego pierś. Był zachwycony i przerażony własną potęgą, absolutnie szczęśliwy. I czuł, że zaraz rozerwie się na zbyt wiele części, by cokolwiek mogło po nim zostać.
Krzyknął.
Vertis kucał przy nim, jego twarz zastygła w jednym wyrazie, spięta jak woskowa maska, Alfred krzyknął, otaczające go drzewa zadrżały, brat znalazł siostrę i przytulał ją do siebie, matka kołysała niemowlaka, pierwszy koń przedarł się przez linię lasu, na siwym boku miał długą, krwawą szramę i uciekał. Vertis po coś sięgał, na niebie nie było żadnej chmury, drzewa wrzeszczały bezgłośnie, jego pierś piekła żywym bólem, czyjś wielki, czarny pies zaczął wściekle wyć.
Ręka na jego czole. Palce, chłodne, lodowate, spocone. Młode, niskie drzewka gdzieś pomiędzy starymi, nie każdego udało się nie dotknąć. Alfred otoczony magią. Czerwone liście.
„Ty naprawdę jesteś potworem.”
Coś w Arthurze wezbrało na te słowa radośnie i zaczęło się śmiać, aż rzeczywistość zafalowała i zadygotała, a drzewa otaczające polanę zatrzęsły liśćmi. Arthur otworzył usta i skupił się, znów zobaczył wyraźniej twarz Vertisa, dziwacznie blada, drżące wargi, zrozumienie... Dlaczego on...
- Tak.
Na moment Arthur otworzył szeroko oczy i popatrzył na Vertisa mglistym spojrzeniem. Jego wargi wygięły się w uśmiech, w krótki, gorzki, zbolały uśmiech. Bolała go pierś.
- Alfred... - Widział go teraz. - To nie...
Nagle spomiędzy drzew wyłoniła się smuga szmaragdowego światła, która, niczym spadająca gwiazda, szybko przecięła powietrze, rozświetliła wszystko wokół i nagle uderzyła prosto w pierś Arthura. Krzyknął, wyginając się w łuk, każda komórka jego jestestwa wypełniła się na moment bólem. Ból, dobrze. To go otrzeźwiło, na sekundę poczuł się bardziej sobą. Zrozumiał, że Vertisa nie powinno tu być.
Rozciągnął się nagle, ciało zmieniło się w mgłę, tak, jakby ktoś wylał kubeł wody na świeży obraz, a wszystkie kolory zmieszały w plamy i rozmyły na boki, odsłaniając pobrudzone, świeże płótno.
Przez moment nie było Arthura. Na Vertisa spojrzało kpiącą ciemnością to, czym naprawdę był. Później kolory zafalowały i znów Arthur patrzył na Vertisa zielonymi, wpółprzytomnymi oczami.
Był rozbity na części, umieszczony wszędzie i nigdzie, a to było wspaniałe, zupełnie tak, jakby był wolny. Ale musiał wrócić. Chciał żyć. Vertisa nie powinno tu być, a teraz wiedział, wiedział, po raz pierwszy. Stał się niebezpieczny.
Kolejna smuga światła wprawiła rzeczywistość w drżenie i uderzyła prosto w Arthura. Widział coraz mniej, wiedział więcej, bolało go bardziej. Wiedział, że musi się zebrać, więc ściągał do swojego ciała resztki zbłąkanej wśród lasu magii. Ale to bolało. Za każdym razem miał wrażenie, że dusza rozerwie jego ciało na części.
Otworzył usta, już miał znowu krzyknąć, ale tym razem zagryzł mocno wargi i powstrzymał się przed tym. Nagle spojrzał w twarz Vertisa ze świadomością.
Zniewalać.
Nie. Nie rozumiał. A może jednak, może...
Vertis był tutaj, żeby go zabić.
Planował to od początku.
Arthur poczuł się nagle, jakby uderzyło w niego coś jeszcze. Bolało, to naprawdę cholernie bolało... Wykrzywił nieco wargi, próbując zebrać słowa, gdzieś pomiędzy niebem a ziemią, gdzieś pomiędzy tym, że miał zaraz jednak umrzeć i umierać absolutnie nie zamierzał...
- Nie rób tego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 15 Mar - 21:57:41

- Nie ma go tu - odparł cicho Vertis, choć nie wiedział, czy jego słowa w ogóle docierają do... tego czegoś, co było Arthurem.
Nieludzka magia tworzyła na jego oczach ludzki kształt, po czym znowu się rozpadała. Miała czarne, przestronne spojrzenie i blask gwiazd wszyty w swoją egzystencję. Nawet Vertis nie mógł odmówić mu tego, że był to fascynujący widok.
Vertis przysiadł przy czymś, co było Arthurem. Kpina w oczach zakłuła go dziwnie. Nawet w takiej chwili... czy nie brał go na poważnie? Znowu się nim bawił?
Vertis odetchnął. Wziął palce z czoła Arthura.
- Chciałbym. Tak sądzę. Teraz przynajmniej rozumiem...
Parsknął dziwnie. Jakby miał się roześmiać. Ręce nadal mu drżały, widać to było nawet wyraźniej, gdy zawiesił je nad Arthurem.
- A może nie? Próbowałem. Odciąłem się od Ciebie, żyłem tutaj... Gdy zniknąłeś w Astrze myślałem, że już po wszystkim. Ale wróciłeś. I wszystko zaczęło się od nowa. Może to twoja wina, tego czym jesteś...
Zrobił krótką pauzę.
- A może moja. Myślałem, że będę coś czuł. Koniec końców nadal... - Ściągnął brwi. - Dość. Tak... Tak działasz. Nie ma innego wyjścia. Mogłeś mnie wtedy potraktować jak innych, Arthur.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 15 Mar - 22:32:35

„Ale zaraz będzie”.
Arthur zacisnął oczy, ale to nie pomogło, bo wciąż widział, słyszał i czuł o wiele więcej niż normalnie. Czuł się jak morskie żyjątko, które całe życie spędziło wewnątrz muszli, ale skorupa została roztrzaskana, a on – z wnętrznościami na wierzchu – wyciągnięty wprost na prażące słońce. Chciał na powrót owlec się ciałem, odzyskać formę i zrobić to szybko, zanim straci przytomność. Albo zanim umrze. Lub, co gorsza, zanim przejdzie Alfred.
Musiał odzyskać słowika.
Dłoń Vertisa zniknęła. Arthur próbował się na tym skupić, ale nie do końca potrafił teraz skupiać się na czymkolwiek. Widział ją tylko nad swoją twarzą. Dygotała, tak jak głos Vertisa i jak liście, jak ci wszyscy ludzie, którzy próbowali się poruszyć, ale nigdy nie będą mogli.
Coś znowu w niego uderzyło, ale w następnej chwili postanowił wykorzystać resztki swojej siły. Parsknął bezgłośnie.
- H-ha... nie. Byłeś pierwszy... I zawsze będziesz.
A później chwycił Vertisa (zimnymi dłoniami pustki) za nadgarstek i pociągnął go z całej siły prosto w odwrotność. Na moment kolory się zmieniły i to, co czarne było białe, a białe stało się czarne. To Vertis leżał, a Arthur klęczał nad nim, w tym dziwnym, rozmazanym świecie bez dźwięków i to Arthur trzymał w swojej dłoni słowika. Upuścił go na trawę, a później użył swojej magii – magii Vertisa – sprawiając, że ziemia połknęła go i pociągnęła głęboko pod trawę.
Na więcej nie starczyło mu siły. Puścił jego dłoń i znów upadł, uderzył głową w trawę i rozleciał się, a później boleśnie skurczył. Puścił nadgarstek Vertisa, a świat zamazał mu się przed oczami. Mógł go zabić. Czemu go nie zabił, czemu tylko zabrał mu figurkę?
...bo to nie była jego wina. On nigdy nikomu nie kazał siebie kochać... A może... może to jego wina. Czemu nigdy wcześniej o tym nie pomyślał? Może ten zdrajca miał rację, może o to chodziło, może...
Nie miał siły myśleć. Nie wiedział nawet, który ból co oznacza. Wszystko powoli staczało się w kierunku pustki, a on sam opadał coraz głębiej w swoje ciało, które było bardziej zagrożone niż przypuszczał. Ale Alfred się zbliżał. Już wiedział, gdzie iść.
Arthur uśmiechnął się z bólem. Jeszcze raz otworzył oczy, przez które wciąż przebijało się coś zimnego.
- Twój wybór. Teraz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
 
Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 26 z 29Idź do strony : Previous  1 ... 14 ... 25, 26, 27, 28, 29  Next
 Similar topics
-
» Nauczyciele fabularni
» Tysiąc reakcji na tysiąc sytuacji
» Kronika rodu Bolton
» Ludzie Baratheonów
» Ludzie Tully'ch

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Cardverso-ms-
Skocz do: