IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 17 ... 29  Next
AutorWiadomość
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 1 Lis - 20:13:43

- Och, ale jestem pierwszym, któremu faktycznie się to udało – stwierdził lekko. Nawet Arthur musiał to wiedzieć, choć może teraz myślał sobie, że to nic. Że i tak to on zwycięży na końcu. Alfred na to tylko się uśmiechnął i zmrużył oczy. Zabawnie będzie żyć chociażby Arthurowi na złość. O ile da radę. Mimowolnie przesunął dłonią po tułowiu, jakby prostował przylegającą mu do ciała koszulę. Albo strzepywał niewidzialny pył. Odruchowo miał ochotę odkaszlnąć, ale przygryzł wargę i stłumił to w sobie.
- Bo najwyraźniej czegoś jednak nie wiem! – Oznajmił prosto. – A ty o mnie nie wiesz nic. Zakładasz wiele… - Przesunął się w stronę Arthura. – Ale to tylko teorie. Chcesz się o mnie dowiedzieć więcej, znaleźć moje słabe punkty, wykorzystać je. Może podejść mnie tak, by moja śmierć była długa i bolesna… Tak czy siak musimy się bliżej poznać! – Alfred klasnął w dłonie.
Jak na człowieka, który odmalował właśnie swoją śmierć w męczarniach, wyglądał na bardzo zadowolonego.
- Cóż, ty nadal nie jesteś wobec mnie szczery. Nie bądź hipokrytą, Arthie. – Alfred cmoknął bezczelnie. – Dobrze, chyba wszystko ustaliliśmy. Obaj zgadzamy się na obostrzenia… Bla, bla? – Przekrzywił głowę. – Teraz powinniśmy nanieść umowy na ciała, prawda?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Wto 1 Lis - 22:53:12

Dokładniejsze omówienie warunków zajęło im jeszcze dobrą chwilę. Arthur zmienił swój ton na lżejszy, łagodny, a nawet nieco lekceważący, zupełnie, jakby dyskusja z Alfredem nie miała zmienić jego życia na kolejny rok.
W końcu Arthur wyprostował się tak, jakby próbował wyglądać na wyższego od Alfreda. Podbródek miał, jak zwykle, zadarty nieco wyżej, a oczy wyrażające ciekawe spektrum zimowych temperatur. I niechęć. Zawsze patrzył na Alfreda z widoczną niechęcią.
— Ostatnia rzecz – rzucił przeciągle. – Dodaj do kontraktu, że nigdy więcej nie zwrócisz się do mnie zdrobnieniem. Jeśli złamiesz tę zasadę, ja złamię twój kark. – W jego głosie zabrzmiała absolutna powaga. Nie lubił, gdy Alfred zwracał się do niego bezpośrednio, a usłyszenie, jak przekracza kolejną granicą było dla jego uszu niesamowicie bolesnym przeżyciem.
Później zaś w jego spojrzeniu pojawiło się coś zagadkowego. Skinął krótko głową, a później zamyślił się, nie spuszczając wzroku z Alfreda. Oczywiście, nie cierpiał perspektywy noszenia na ciele śladu po kimkolwiek, zwłaszcza, że to miało go ograniczyć, spowolnić i powstrzymać przed zrobieniem tego, co słuszne. Z drugiej jednak strony, zaczynało zupełnie inny rozdział.
W tym był na przegranej pozycji. Chyba po raz pierwszy w swoim życiu.
— O ile mi wiadomo, masz już jeden trwały ślad mojej magii na swoim ciele. – Nagle zbliżył się do Alfreda. Poruszał się cicho, zwiewnie jak duch. Wyciągnął przy tym dłoń i delikatnie, bez cienia zawahania czy niepewności, dotknął kołnierza Alfreda i odgarnął go, aż zobaczył ukrytą pod nim świeżą bliznę. Uśmiechnął się w duchu. Chłopak miał ładną szyję; miło było ją dusić. Być może za rok ta jedyna, szczera obietnica, umowa, będzie mogła zostać spełniona, ale, póki co...
Z bliska spojrzał mu z zastanowieniem prosto w oczy.
— Może mógłbym wpleść tam twoją część kontraktu. To byłby odpowiedni tatuaż dla odpowiedniego człowieka. – Po krótkiej pauzie przesunął palce nieco niżej, pod bliznę, aż osunął dłoń na obojczyk Alfreda. – Ale, po zastanowieniu, ktoś powinien pokazać ci jak prawidłowo robi się takie rzeczy.
Cofnął się o pół kroku.
— Ściągnij płaszcz i rozepnij koszulę.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 2 Lis - 0:20:07

A Alfred zawsze odpowiadał mu promiennym szczęściem, szerokim uśmiechem i postawą samobójcy, gotującego się do radosnego skoku w przepaść. Gdzie przepaścią był Arthur, co mogło wyjaśniać, czemu Alfred aż tak się ekscytował.
Roześmiał się też głośno.
- Rozumiem, że z gry wykluczasz tylko „Arthie”? „Moja mała kulko nienawiści” nie powinno być problemem? – spytał niewinnie, unosząc brwi.
Choć Alfred wiedział, że tworzenie tatuażu będzie wymagało bliskości i kontaktu, w odruchu zesztywniał, a coś opadło mu ciężko na dno żołądka. Podniecenie zamrowiło go aż po nasady palców, a on musiał przypomnieć sobie, jak się oddycha. Wszystko to trwało zaledwie mgnienie oka. Alfred szybko wrócił do siebie, tak, że nawet nie dało się tego zauważyć. Równie dobrze mógł być to odruch na ruch Arthura. Albo wspomnienie poprzedniej bliskości, duszenia, magii odciskającej ślad na szyi Alfreda. Ten sam znak, który teraz obserwował Arthur.
Ach, jego spojrzenie niemalże paliło skórę Alfreda w tamtym miejscu. Uśmiechnął się lekko.
- Motylek. Czy to nie zabawne? Coś takiego delikatnego i zwiewnego. – Parsknął. Uważał, że to ironiczne i głupie. Dlaczego pomyślał o tym kształcie właśnie teraz?
Nie pomagał fakt, że praktycznie czuł delikatny dotyk Arthura na swojej skórze. Nie wybiegał myślami aż tak daleko, by przewidzieć, jak zareaguje jego ciało na podobną bliskość. A – cóż – reagowało.
Tylko, że Arthur ciągle niczego nie rozumiał. Może to i lepiej.
Póki co.
Alfred także się cofnął.
- Ach, wybacz, ale aż tak nie kręci mnie, jak dusisz mnie wzrokiem. – Uśmiechnął się rozbrajająco. Rozpiął proszę. Płaszcz zsunął się na ziemię, opadając księżycowym sierpem wokół jego stóp. Z koszulą trwało to nieco dłużej, ale Alfred spokojnie zsunął ją w końcu przez głowę, rozwichrzając przy tym włosy.
- Chciałeś popatrzeć? – Uniósł brwi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 2 Lis - 9:39:35

— Możesz próbować nazywać mnie w ten sposób, ale wtedy ukręcę twój kark bez względu na jakiekolwiek przysięgi – pociągnął Arthur gładko, nie pozwalając, by na jego twarzy drgnął chociaż jeden mięsień. Przyzwyczaił się do tej okropnej osobowości, o tak – takie zamierzał sprawiać wrażenie w momencie, w którym pragnienie zamordowania go buzowało w nim bardziej niż zwykle. Świeże wspomnienie tego, jak Alfred próbował zrobić z niego mały koronny klejnocik, ozdobę, bezwolne dopełnienie cudzej władzy, wciąż było w nim żywe i swędziało. A swędzenie często było znacznie gorsze od bólu.
Arthur zauważył z zadowoleniem, że mięśnie Alfreda leciutko zesztywniały, a na jego twarzy nastąpiła przelotna zmiana. To musiało oznaczać, że chwila, gdy niemal udało mu się odebrać temu chłopakowi oddech na zawsze, zostawiła w nim bliznę nie tylko na zewnątrz, a również od środka. Bał się jego dotyku, a nawet jeśli nie bał, to jego wspomnienie musiało budzić niepokój.
Dobrze.
Pomimo głupiego komentarza, Alfred cofnął się pierwszy, potwierdzając tym samym przypuszczenia Arthura. Poczuł na to coś, o czym zdążył niemal zapomnieć ostatnimi dniami. Zimno i wściekłość przesłaniała mu wszystkie inne doznania. Życie w nieistniejącym, niedopowiedzianym do końca mieście nie było nawet egzystencją, a tylko – możliwością. Ale tym kontraktem przypieczętują realność Astry i wkrótce wszystko wróci: i tłumy ludzi oraz spraw państwowych, intrygi, bale i przyjęcia, teatry, pokazy magiczne, przyjaciele i nowi wrogowie ze wszystkich zakątków królestwa i świata.
Arthur uśmiechnął się leciutko.
— Może dlatego powinieneś o tym pamiętać, Alfred, bo za ja będę. A ta blizna nie zniknie.
Zaczekał, aż Alfred się rozbierze – choć właściwie nie musiał się rozbierać, wystarczyło, by odsłonił obojczyk, ale Arthur nie ukonkretnił swoich myśli, gdy zauważył, że nowy król znowu panuje stanąć przed nim półnagi – a później obejrzał dokładnie jego klatkę piersiową. Spojrzenie miał bez wyrazu.
— Zwykle całą sprawę otacza więcej tajemnicy, rytuałów i ludzi prawa – rzucił, nie odpowiadając na pytanie. – Ale ty tego nie potrzebujesz, racja?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 2 Lis - 13:58:59

- Kusisz – podsumował lekko Alfred, posyłając Arthurowi swój zwykły, choć nie mniej rozbrajający od innych uśmiech.
Który oczywiście odbijał się od jego rozmówcy jak od lodowej tafli. Opcjonalnie łamał ją, choć wtedy wyzierały fale lodowatej wody, które chciały go wepchać pod własną powierzchnię i tam udusić i utopić. Ciężko było powiedzieć czy o to chodziło Alfredowi.
Natomiast pierwsze… Druga bliskość z Arthurem wysłała do jego ciała zbyt znaczące impulsy, by móc je ignorować. Wyglądało jednak na to, że Arthur nadal jest ślepy, głuchy i, cóż, było w tym coś cholernie frustrującego. Ale też niemalże rozczulającego. Alfred przyjrzał się mu badawczo.
(Może tylko udawał?)
Dotknął mimowolnie blizny, choć nawet nie poczuł jej pod palcami. A jednak tam była.
- Och, tak. Wiem. Zamierzam się z nią dumnie obnosić. Pewnie niewiele osób przeżyło podobne starcia z tobą – stwierdził spokojnie i wyszczerzył się do Arthura już nieco pewniej niż jeszcze chwilę temu.
Odzyskał rezon, choć nadal czuł to podekscytowanie, drapiące go po żołądku. Gdyby Arthur nie był tak morderczy, Alfred pewnie nie próbowałby nawet tego ukrywać, ale w obecnej sytuacji była to jego prywatna słabość, o której Arthur nie powinien wiedzieć. Choć Alfreda kusiło, by mu ją zasugerować i patrzeć, jak Arthur próbuje to wykorzystać. Wtedy przynajmniej mogliby się zbliżyć i… Hm. To zdecydowanie zapędzało się w złe rejony.
(Alfredowi bardzo się to podobało.)
- Jak sam widzisz… Tak. Nie interesuje mnie oprawa. Jestem bardzo ekonomicznym władcą.
Który właśnie pogrążył królestwo w chaosie.
- Ale pamiętaj, że ja też muszę wyrysować ci odpowiednie szlaczki. Teraz pytanie… Gdzie? Może na plecach? Plecy wydają się odpowiednie. Może bok? Pierś? Hm, nie. Plecy brzmią adekwatnie. I tak masz naszą współpracę w… Znaczy. – Odchrząknął. – Zdejmiesz koszulę, Arthur? Ty też musisz to zrobić. – Cmoknął.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 2 Lis - 17:42:41

Arthur skrzywił się krótko. Z niewielkich rzeczy, najbardziej w Alfredzie drażniło go, że zbyt dobrze bawił się tym, co powinno być, cóż, traktowane poważnie. Jeśli byłby to objaw prostego idiotyzmu, to nawet by się cieszył, ale nie. Oprócz swojej głupoty i bezczelności, Alfred musiał mieć w sobie wystarczająco wiele rozsądku, żeby się zabezpieczać. Co nie zmieniało faktu, że miał swoje słabe strony i więcej szczęścia, niż rozumu.
Choć myśl, że Gilbert Beilschmdt zrezygnował ze swoich zaszczytów dla kogoś takiego...
— Jeszcze nie. Najpierw stworzę twój tatuaż. Teraz... – Zamilkł niechętnie. Alfred musiał wiedzieć, co teraz. Musiał przygotować w swojej głowie miejsce, w którym zbierze wszystkie zasady tak, by Arthur mógł je widzieć i rozumieć. Ich magie musiały splątać się w jedno i stworzyć pomiędzy nimi więź. Choć nie był to nawet ułamek tego, na co Arthur godził się, gdy miał zostać królową pik, to jednak czuł się, jakby miało ograniczyć jego niezależność znacznie bardziej niż najświętsza i najpotężniejsza więź na całym świecie.
Bo ta była z Alfredem. A on cholernie mocno nienawidził Alfreda.
— Ustalimy to po raz ostatni, ale już bez słów.
Zamknął oczy i odwrócił się nieco. Przywołał do siebie magię, zaplatał długie i żmudne zaklęcia, które służyły temu celowi. Musiał się skupić, co nigdy wcześniej nie sprawiało mu żadnego problemu. Magia nie była, tak jak dla innych ludzi, odrębną istotą, którą się ujarzmiało i tresowało. Magia była Arthurem, a Arthur był magią i dlatego rzadko kiedy tak naprawdę potrzebował jakichkolwiek słów, rytuałów i metod postępowania. Wystarczyło czegoś pragnąć.
Zaklęcie. Czuł, że go wypełnia, że słowa same nasuwają mu się na język, a odpowiednia rubryka w pamięci rozjaśnia się jasnym światłem. Doskonale wiedział, co ma robić. Przestrzeń wokół niego zadrżała, na co uśmiechnął się odrobinę pod nosem i odetchnął magią, która płynęła mu pod skórą i rozświetlała ją od środka...
Otworzył usta i wypowiedział na głos pierwsze z ciągu słowa w starym, starożytnym języku Pików. Astra zareagowała, ciemniejąc i kurcząc się wokół nich, tak, jakby pochylała się z ciekawością. W rzeczywistości jednak wszystko wokół nich było teraz magią Alfreda, a Arthur przyciągał ją do siebie, zapraszał, chociaż tak naprawdę wcale tego nie chciał...
Nagle przypomniał sobie w jaki teatralny sposób Alfred zrzucił z siebie gwiezdny płaszcz. I to jak jego włosy zaczęły sterczeć po tym, jak ściągnął koszulę. Ten irytujący kosmyk na jego głowie. I cudowny, okropny uśmiech.
"Wygląda jak motylek".
Czar urwał się w połowie nagle, jakby zmiótł go powiew chłodnego wiatru.
To była ostatnia szansa, żeby po prostu spróbować zabić tego drania. Arthur odetchnął, przez chwilę milczał.
— Jesteś głupim chłopcem. Dopiero odkryjesz, ile cieni kłębi się wokół króla Pik – parsknął w końcu zamyślonym tonem.
Podjął zaklęcie. Brakowało mu ostatnich słów, ale, gdy je wypowiedział, poczuł – zupełnie nagle – jakby odcięto go od jego ciała. Ono, razem z uczuciami, rozterkami i napięciem, znajdowało się teraz gdzieś indziej. Wszystko, co sekundę temu było istotne, teraz stało na najdalszym planie. Arthura wypełniły reguły kontraktu, nie te, które wymyślił sam, ale te, które stworzył dla niego Alfred. Obrzydliwe, ograniczające go, głupie zasady. W tej formie nie były słowami ani zdaniami, ale czystą magią i w tej formie były jaśniejsze i prostsze od czegokolwiek innego. Obdarte z prymitywnej ludzkiej formy stanowiły dokładnie to, co stanowiły.
Żadnej szansy na pomyłkę. Żadnej na obejście tych reguł.
Gdzieś po drugiej stronie rzeczywistości Arthur znowu poczuł Alfreda. Przekazał mu swoje zasady, a później, nie zerkając nawet na pierwszą płaszczyznę rzeczywistości, zbliżył się do niego, czując, jak ich magia zaczyna się splatać. W odruchu poczuł potrzebę skrzywdzenia go, ale powstrzymał się ze spokojną pewnością, że teraz już nie może się cofnąć.
Kiedy otworzył oczu, napotkał spojrzenie Alfreda bardzo blisko siebie. Jeszcze bliżej, o oddech od dotyku, była jednak jego magia. Arthur czuł, że sama w sobie jest żywa, potężna i naprawdę – inna od przeciętnej. W pewnym sensie ją podziwiał. Czuł też, że Alfred podziwia jego, ale to wzbudziło tylko jego irytację.
Nie potrzebował teraz żadnych słów; z przekonaniem położył dwa palce pośrodku jego obojczyka. Znów przymknął oczy, przywołując do siebie wszelkie wiszące bez ładu i składu reguły, zbierając je w jedno miejsce i nakazując przybrać im realną formę. Wypełniły go po raz ostatni, a później poczuł, że przepływają po jego ciele: od głowy, przez pierś, aż do koniuszków palców, aż nagle wypłynęły z nich prosto w skórę Alfreda: czarne, jednoznaczne i potężne. Sprawiały, że jego ręka bolała, jakby od środka wypełniło ją roztopione żelazo.
Strumień magii zaczynał się w nim, a teraz splatał się ze skórą i ciałem Alfreda. To było okropne uczucie; z każdą sekundą czuł się, jakby przywiązywał się i stawał częścią kogoś innego. Miał tak niewiele siebie, a teraz jeszcze...
Oderwał w końcu dłoń i otworzył gwałtownie oczy. Pierwszym, co dojrzał, był tatuaż, który dopiero kończył kształtować się na obojczyku Alfreda, tuż pod blizną w kształcie cholernego motyla.
Był wielkości piąstki dziecka i tworzył zdobiony, królewski pik złączony z ośmioramienną gwiazdą – symbolem magii i rodu Arthura.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 2 Lis - 20:13:00

Alfred zmrużył oczy i zlustrował Arthura wzrokiem. Uśmiechnął się i wzruszył ramionami, zbliżając się do niego powoli i bez pośpiechu.
- Dobrze, niech ci będzie – powiedział tylko, rozluźniając mięśnie.
Wziął głęboki oddech. Pierwszy był najtrudniejszy. Nie zapominał, że ma do czynienia z Arthurem. Każdy jego gest mógł być śmiertelny. Tak jak tamten oddech. Alfred wiedział, że jeszcze nie miał pewności. Wszystko to zajmie sekundy, ale do tego czasu musiał być czujny. Każdy nagły gest wymagał reakcji, sekunda opóźnienia mogła kosztować go życie, gdy byli tak blisko siebie.
Alfred również nie lubił być zniewalany. Nienawidził czuć się czyimś sługą. Musiał więc wyrzec się części swojej natury, by pozwolić się spętać takimi ograniczeniami. Ale nie było innej drogi, wiedział o tym. Jedyną możliwą, która jednak wiodła do większego chaosu, zostawił za sobą w momencie, w którym Arthur po raz drugi w jego obecności otworzył oczy. Od tego czasu stracił szansę na to, by go zabić. A tylko to mogło powstrzymać tak piękną, silną determinację.
Alfred był nią urzeczony.
Mimo to czuł przetykającą go magię Arthura. Najpierw łaskoczącą jego skórę, a potem wżynającą się w same podstawy jego bytu, mieszającą się z magią samego Alfreda. Dwie nicie splotły się za sobą. Złączyły na moment i nie musieli nic mówić. Obaj rozumieli zasady, jakby te były wpisane w podstawy ich egzystencji. Na moment stały się nimi, ich istotą. To była potężna, stara magia. Alfred od tego uczucia dostał delikatnych dreszczy – nigdy dotąd nie pieczętował się czymś tak potężnym. Zastanowił się czy dla Arthura też jest to pierwszy raz. Czy każdy reagował tak jak on, czy każdy odczuwał to inaczej?
Nienawidził tego uczucia na wiele sposobów. Po raz pierwszy coś go ograniczało, po raz pierwszy i to w jakiej sile, czuł na sobie jarzmo zasad, które zawsze dotąd palił przed sobą i za sobą. Zostawiał daleko w tyle. A teraz nie mógł nic z nimi zrobić. Wżynały się w niego boleśnie. Krępowały każdy jego ruch. To było uczucie tak nowe, że aż zrobiło mu się niedobrze.
Już go nienawidził.
Ale zniósł to dzielnie, ze świadomością, że Arthur musi mieć podobnie. Że obaj poświęcili wiele, by to przymierze mogło działać przynajmniej ten jeden, nadchodzący rok.
- Ciekawe. Nie mogę się doczekać, by to zobaczyć. – Zrobił łaskawą przerwę i uśmiechnął się, tylko odrobinę wężej niż zazwyczaj. – Staruszku.
Zerknął na dół, na znak stworzony dotykiem Arthura. Przyjrzał mu się uważnie. Był taki niewielki, zaskakująco drobny i delikatny.
- Nie zabiłeś mnie. To już jakiś progres – stwierdził z cieniem uśmiechu, przyglądając się pikowi wpisanemu w gwiazdę. Zamrugał.
I to tyle? Aż tyle, czuł to wyraźnie. Mimo to… Zabawne. Taki drobiazg. Dotknął go palcami. Piekł.
- Teraz twoja kolej. Zdejmij koszulę, Arthur – powiedział cicho Alfred, uśmiechając się łagodnie. – Pewnie obaj nienawidzimy tego uczucia, więc miejmy je już za sobą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sro 2 Lis - 21:10:17

W momencie, gdy Arthur odsunął dłoń od rozgrzanej skóry Alfreda, czuł się tak, jakby jednocześnie wcale nie przestał jej dotykać. Jego nadgarstek zdawał się oplatać niewidzialny sznurek, na stale przymocowany do Alfreda. Wiedział, że to uczucie nie zniknie przez następny rok. Będzie go drażnić i prześladować w najgorszych momentach, ograniczać jego działania, decyzje i myśli. Jedynym pocieszeniem było to, że, gdy spojrzał w twarz Alfreda, dostrzegł na niej odbicie swoich własnych uczuć. Później dostał to potwierdzenie w jego słowach.
— Już i tak nie było sensu cię zabijać. Nawet tamten sługa nie miał takiego rozkazu. Chciałem tylko, żebyś myślał w ten sposób. – Arthur spojrzał mu w oczy. Czuł się inaczej, ale kontrakt nie był jeszcze do końca wypełniony. Na myśl, że teraz nadeszła jego kolej na związanie z magią Alfreda, miał ochotę cofnąć się i odejść.
— Spraw tylko, żeby ten kontrakt był czegoś wart – dodał ostrzej. – Przez rok zobaczymy, czy nadajesz się na króla.
Choć wiedział, że to on powinien zrobić następny krok, milczał. Odsunął się nawet trochę. Odnosił wrażenie, że podłoga stała się nierówna, a nie chciał spaść po schodach w takim momencie.
Mimowolnie jego wzrok znów powędrował do tatuażu na mocno zaznaczonym obojczyku Alfreda. Czarny, elegancki znak odznaczał się wyraźnie na jasnej skórze. Już teraz wyglądał na zwykły tatuaż, choć Arthur czuł w nim własną moc. Dopiero teraz przyszło mu do głowy, że on nie jest jedynym uwięzionym i ograniczonym kontraktem. Alfred też oddał aż tak wiele siebie, tej swojej przeklętej, ukochanej wolności... Po co?
— Myślisz, że to uczucie odejdzie? – uśmiechnął się tylko gorzko, nieco pogardliwie.
I ponuro.
Spojrzał jednak w dół; dostrzegł, że świat wokół nich stracił na realności. Magia otaczała ich ciasnymi splotami, historia właśnie się działa, a nowy rozdział jego historii zaczynał się tym, że musiał posłuchać rozkazu chłopca znikąd. Arthur popatrzył na Alfreda przenikliwie i z niechęcią, ale później dotknął dłonią swojego płaszcza. Ten zajarzył się u podstaw, a w następnej sekundzie żar pochłonął go w całości, sprawiając, że rozpadł się w dym. Arthur wyprostował plecy i uniósł nieco ramiona, a później dumnie, pozbawionymi nerwów ruchami, rozpiął marynarkę koszuli. Ktoś taki jak on nigdy nie powinien rozebrać się przed osobą pokroju Alfreda. Przez jego twarz na krótko przemknęło niezadowolenie, ale kiedy Arthur uniósł twarz, nie było w tym ani cienia wstydu ani niepewności. Tylko coś na kształt zniecierpliwienia.
— Proszę – powiedział łagodnie, co zabrzmiało mniej więcej tak, jakby oskarżał Alfreda o całe zło tego świata. Obojętnie opuścił swoją purpurową koszulę na ziemię i stanął wyprostowany, smukły i dumny. Odetchnął ciężej.
Mogło być gorzej, powiedział sobie. To mógł być kontrakt małżeński. Chociaż wtedy mógłby przynajmniej wyżyć się na Alfredzie na nieprzekraczający reguł sposób.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 3 Lis - 0:26:57

- Strasznie szastasz ludźmi, Arthur – podsumował jego wyznanie Alfred, mrużąc po kociemu oczy.
Nie wydawał się ani obruszony, ani zirytowany czy zaskoczony. Raczej rozbawiony. Wątpił, by była to do końca prawda. Pamiętał wyciosaną jak z kamienia twarz Arthura, jego chłód i oschłość. Teraz nawet cień zwycięskiego uśmiechu sugerowała, że Arthur ma plan. Wtedy nie miał, dopiero rozstawali pionki. Ale zamiast powiedzieć to na głos, Alfred tylko przyłożył palec do ust. Raczej jako obietnicę, że będzie milczał, aniżeli gest, który miał kazać Arthurowi przestać mówić.
Alfred lubił słuchać jego głosu.
- Dobrze! Chętnie pokażę ci, że jestem Alfredem – odparł spokojnie Alfred, wciąż czując się dziwnie. Tak jakby oplatał go niewidzialny, cienki srebrny łańcuch, krępujący jego ruchy, chłodny, prześlizgujący się po skórze – nie zadający fizycznego bólu, ale jednak doskonale odczuwalny.
Alfred poruszył się nieznacznie, ale nie udało mu się wyzbyć tego dziwnego uczucia. Rozumiał, że musi do niego przywyknąć, ale póki co trzeba było skończyć całą tę „ceremonię”. A potem… Cóż. Znowu miał ochotę na kanapkę. I wcale nie przeszkadzał mu fakt, że jednocześnie było mu niedobrze, a jego żołądek skręcał się w supeł.
- Nie, ale będziemy mogli do niego przywyknąć bez patrzenia sobie w oczy – zauważył z cieniem humoru i pokrętnym uśmiechem Alfred.
Potem się roześmiał.
- Ale się popisujesz. Jesteś niesamowity – stwierdził szczerze Alfred, kręcąc głową. Popatrzył na opadający popiół z niegdyś pięknego i dumnego płaszcza. Potem wrócił spojrzeniem do Arthura, który zdecydowanymi, choć nieśpiesznymi ruchami pozbywał się górnej warstwy garderoby. Koszulka została zdjęta już mniej widowiskowo, ale prawda była taka, że Alfreda znacznie bardziej ciekawiło to, co kryje się pod nią. Spojrzał badawczo na ciało Arthura. Smukłe i giętkie. Wręcz wzorcowo blade z delikatnie zarysowanymi na brzuchu mięśniami. Alfred podszedł bliżej, zerkając na nie ciekawsko. Różniła ich nawet cera – efekt wychowania w dwóch różnych miejscach. Dumni Kirklandowie raczej palcem nie tknęliby Królestwa Karo. W ich oczach zawsze było słabe i przegniłe.
Alfred podszedł do Arthura i obszedł go tak, by stanąć za jego plecami. Dotknął opuszkami palców skóry na brzuchu, by potem przesunąć dłoń wraz ze swoimi krokami wzdłuż linii ledwie widocznie zarysowujących się żeber. Spojrzał na plecy Arthura okiem znawcy (którym nie był) i przesunął palcem po odznaczającym się pod opiętą skórą kręgosłupie. Odetchnął. Czuł jak magia wibruje naokoło nich, a rzeczywistość spod ich stóp umyka, rozlewa się, tracąc kształty, kolory i strukturę, która teraz była gładka i śliska. Alfred wybrał wreszcie miejsca na łopatce, czując pod skórą twardą kość. Wziął głębszy wdech i powtórzył to, co wcześniej zrobił Arthur, czując jak ich magia ponownie splata się jak dwa dzikie i niezadowolone węże. Drgnął mimowolnie, poczuł też jak spinają się mięśnie Arthura. Obaj byli z tego niezadowoleni, obu było niewygodnie. Tym razem to Arthura krępowały zakazy i nakazy, a Alfred w ciszy tworzył wzór, ażurową czarną gwiazdę, w którą wplecione były łodygi dzikiego bluszczu. Alfred odsunął się i spojrzał na znak. Nogi miał miękkie, choć udawało mu się na nich utrzymać.
- I… Tyle. Paskudne uczucia – podsumował, patrząc pusto na wyrysowany znak, który nie przypominał obecnie nic więcej jak tatuaż. – Ale cóż, jak trzeba to trzeba. Nie jesteś głodny? Ja jestem. Wiem, że zazwyczaj nie jesz, ale po tym dniu chyba nawet ty zrobisz wyjątek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 3 Lis - 10:04:05

Skóra na plecach piekła w dziwny, nie do końca realny sposób. Arthurowi zdawało się, że coś się pod nią porusza, jakby wciąż nie usadowiło się wygodnie i teraz szukało najlepszej pozycji. W końcu po jego ciele rozlała się elektryzująca fala, która miała swój początek w lewej łopatce, a przeszyła go aż po koniuszki rzęs. Otworzył oczy i odetchnął, czując, jak nowe zasady wrastają w niego na dobre. Były jak dodatkowe kości; właściwie możliwe do złamania, ale z okropnymi konsekwencjami. Nie wyobrażał sobie, żeby przerwać przysięgę celowo. To właśnie było bolączką takich kontraktów: nie tylko wpływały na człowieka, ale, w pewnym stopniu, nawet na jego myśli.
Magia wokół nich uspakajała się, opadała jak wzburzone morze po uspokojeniu się sztormu. W końcu zdawało się, że jasna, przestronna sala tronowa znowu jest tak zwyczajna jak tylko może być. Okna, wysokie od podłogi do sufitu, pozwalały zaglądać do środka rozgwieżdżonej nocy.
— Twoja nieprzerwana gadanina nie jest tak zabawna ani ciekawa jak sądzisz – rzucił Arthur powoli, jak człowiek, który tak naprawdę jest myślami zupełnie gdzie indziej. Znów odnosił wrażenie, jakby unosił się w jakimś długim, abstrakcyjnym śnie. To często przytrafiało się ludziom, którzy od zbyt dawna mieszkali w Astrze, nie schodząc wcale do normalnego świata. A on nie był tam już od tak dawna, że daty i czas zdawały zejść na odleglejszy plan.
Nie zwracając uwagi na Alfreda, przyklęknął na chwilę i podniósł z ziemi swoją koszulę barwy purpury – kolorowi ustępującemu tylko królewskiemu gwiezdnemu granatowi. Sztywnymi palcami zaczął ją zakładać, zapinać po kolei wysadzane szlachetnymi kamieniami guziki, rozważając to, że właśnie zdobył połowę władzy nad Królestwem Pik. O połowę więcej, niż miał do tej pory, ale o połowę mniej, by uznać to, za coś realnego.
— Tak się składa, że jadam regularnie. Po prostu nie z tobą.
Odwrócił się i postarał się spojrzeć na Alfreda dokładnie tak samo, jak zwykle. Przypomniał sobie dotyk jego zaskakująco chłodnych palców na swojej skórze. Zaskakująco delikatne, ale już nie tak zaskakująco ciekawskie i pewne. Później przepłynęła przez nie magia, nawet nie ta królewska, ale magia Alfreda, Arthura przeszły dziwaczne dreszcze i tyle. Umowa została zawarta.
A on faktycznie był zmęczony i głodny.
— Musimy jak najszybciej otworzyć przejście do Astry i pobudzić ją do życia – stwierdził bardziej rzeczowo. Przejście nie mogło zaistnieć, dopóki to miasto nie istniało w swojej prawdziwej formie; dopóki było tylko ułudą, swobodnie zmieniającą się, wolną magią.
— Masz jakiekolwiek pewne informacje o sytuacji na dole?

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 3 Lis - 11:18:13

Tatuaż był zaskakująco mało efektywny. I niewielki. Alfred przyjrzał mu się krytycznie, odrywając dłoń od skóry Arthura i odsuwając się. Zebrał swoją koszulę z posadzki, która na powrót miała barwę wieczornej mgły i strukturę chłodnego kamienia. W powietrzu pachniało słonawą bryzą i Alfred nie był pewien, czy znowu jego głębokie myśli nie przenikały plecionej królewską magią rzeczywistości. Westchnął pod nosem.
- Nie sądzę, by miała to na celu. Nie lubię ciszy. A może lubię? Czasami nie mogę się powstrzymać – stwierdził spokojnie, przetykając złote guzy przez nie mniej złote pętelki. Gładki materiał łaskotał jego skórę.
Spojrzał sceptycznie na Arthura. Nie dowierzał zbytnio jego słowom głównie z zasady, ale po drugie… Zdążyć dość dokładnie poznać Arthura podczas licznych obserwacji i wiedział, że sprawa nie jest tak uroczo prosta, jak właśnie odmalował ją Arthur.
- Akurat. Magią tłumisz potrzebę jedzenia znacznie częściej, niż tylko z okazji mojej egzystencji, choć byłoby to miłe. Nie jadasz przy ludziach, wolisz w samotności, gdzie nikt nie widzi, że masz ludzkie… Hm, jak to ująć? Czy jedzenie to słabość? Ja tam lubię jeść. – Wzruszył ramionami, zbierając z podłogi płaszcz, przerzucił go przez ramię. Materiał był ciężki od naszytych na niego bladych pereł, skrzących jak oka gwiazd diamentów i szafirów wielkości kocich źrenic.
Ich oczy znowu się spotkały, gdy obaj wdziali na siebie koszule. Alfred nie mógł wyzbyć się wspomnienia nagiej piersi Arthura z własnych myśli. Nadal pamiętał, jaka w dotyku była jego skóra. Jak zaskakująco ciepła mu się wydała i jak wyraźnie czuł pulsującą pod nią magię. Nie zakłopotało go to, ale naprawdę podłechtało miło jego pragnienie.
Teraz chciał więcej.
Póki co stał jednak spokojnie.
- I tak i nie. Znam część i znam jedną perspektywę. Tak, wiem, że na miejscu twojego domu stoi kloaka, ale uwierz mi, że tym razem nie było to celowe. – Uśmiechnął się krzywo. – I wiem, że świat jest niepewny, sytuacja koszmarna, a ludzie zasypiają w łóżkach, by obudzić się na gałęziach drzewa. Tak, jestem także świadomy, że zeszłej nocy cała kolekcja drogich klejnotów lorda Mglistych Bagien zamieniła się w mechaniczne ptaki i teraz łapią je po całym mieście. Miałem dość barwne sny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 3 Lis - 12:10:10



— To zabawne, jak często się mylisz – uśmiechnął się Arthur. Jego uwadze nie uchodziło, że Alfred chętnie schodził na tematy jego osobistego życia. Ciekawe, które jego epizody obserwował cudzymi albo nawet swoimi własnymi oczami. Na pewno musiał mieć coś wspólnego z Nolani, która mieszkała na granicy dwóch królestw, a Arthur poznał ją w czasach, gdy po obu stronach panował jakiś rodzaj chaosu. Ale ile innych sytuacji przenikał duch człowieka, o którego istnieniu wtedy nie wiedział?
Na pewno nigdy nie dostał się zbyt głęboko, skoro uważał, że Arthur czuje pogardę do jedzenia, do odczuwania przyjemności i zabawy. Nie mógł przebywać w Astrze ani wewnątrz licznych domów, w których Arthur był gościem albo panem. A już na pewno nie miał dostępu do miejsc, w których ukrywał wszystkie swoje największe przyjemności i słabe punkty jednocześnie. Gdyby miał, nie ukradłby mu tylko jednej, nieistotnej dziewczyny...
Arthur zawiesił na chwilę głos.
— I tak nie potrzebowałem tamtego domu.
Już po pierwszych sekundach poczuł, że nie ma siły na pracę z kimś takim jak Alfred. To będzie ciężkie, irytujące, żmudne i trudne. Ale za rok... Równo za rok od tej chwili, Arthur będzie gotowy, żeby zmieść tego małego szczura z powierzchni ziemi.
Rok, powtórzył w myślach i poczuł wyraźniej pieczenie w okolicy łopatki.
— Wszystko jest dla ciebie żartem. To brzmi jak dobry początek dobrego króla – rzucił ze znudzeniem. Dopiął ostatni guzik, odetchnął i nagle stwierdził, że nie zaszkodzi, gdy od teraz stanie się odrobinę bardziej szczery.
— Masz trzy dni, żeby naprawić tą sytuację. Gdy tylko uda ci się otworzyć przejście między Astrą ziemią, sprowadzisz tam większość mieszkańców stolicy. Tych, którzy nie będą niezbędni. Na dole zagwarantujesz, że dostaną tymczasowe domy godne ich pozycji, ale, żeby w ogóle do tego doprowadzić, będziemy musieli sprawdzić, na ile akceptują się najbliższe miasta. Układanie kwiatów w wazonie niczego nie da, jeśli same kwiaty są martwe.
Odwrócił się i podszedł do schodów, zupełnie tak, jakby zbierał się do wyjścia.
— Mam przez to na myśli, Alfred – powiedział głośno i wyraźnie. – Że za trzy dni obaj wyruszamy na ziemię. Zbierz i przygotuj swoich ludzi. Będziesz potrzebował ochrony.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 3 Lis - 20:31:30

Czy wszystko jest dla niego żartem? Alfred zastanowił się nad tą kwestią. Zamyślił, zawiesił. Wodził spojrzeniem przez chwilę po suchym, pozbawionym czegokolwiek znaczącego czy kuszącego wzrok pomieszczeniu. I tak i nie, nie umiał przykładać się do czegoś, przejmować się rzeczami, które mijały go w pędzie, w jakim przeżywał swoje życie. Zwłaszcza, że nie miał wiele czasu, chciał więc wszystkiego doświadczać intensywnie i bez opóźnień. Nie umiał się delektować. Ale czy to oznaczało, że wszystko było dla niego żartem? Och, nie. W opinii Alfreda to było znacznie bardziej skomplikowane. Myślał też o Astrze i o tym co zamierzał zrobić, ale nie sądził, by teraz nadszedł właściwy moment, by podzielić się tym z Arthurem. Nie odpowiedział mu więc ani nie zaprzeczył. Uśmiechnął się i zlustrował Arthura wzrokiem pewnym siebie, pełnym przekonania, który w połączeniu z uśmiechem nadał Alfredowi wygląd kogoś, kto zna jakiś sekret, ale nie chce się nim podzielić.
W rzeczywistości Alfred myślał coś na kształt „cóż, przywykłem, że ludzie mają mnie za idiotę”.
- Trzy dni? – Alfred uniósł głowę i spojrzał na Arthura z większym zainteresowaniem, niż jeszcze chwilę temu.
(Jego zainteresowanie wcześniej zmniejszył głównie fakt, że Arthur na powrót wdział koszulę.)
Zacisnął usta w wąską linię i zmrużył oczy, zerkając na Arthura przeciągle.
- Och, miałeś doskonały plan, przygotowany na zaś w kwestii przejęcia władzy, co? – Uśmiechnął się krzywo. – Chcę zobaczyć listę ludzi, których sam uważasz za „niezbędnych”. Nie podoba mi się wizja, że otoczą mnie twoi ludzie. Mimo wszystko byłoby to trochę niezręczne. – Alfred podszedł bliżej i bezceremonialne szturchnął Arthura w pierś, czując purpurową satynę pod opuszkiem palca.
Parsknął.
A potem zmarszczył brwi. Otworzył i zamknął usta. Przywodziło to na myśl odrobinę rybę, wyrzuconą na brzeg. Odetchnął powoli.
- Zaraz. Na dół? Już, teraz? – Jego twarz najpierw wyrażała zaskoczenie, potem powątpiewanie, a wreszcie – Alfred chyba nie mógł się powstrzymać – oddała się pod władanie jawnemu podekscytowaniu. – Co ty knujesz? Myślałem, że jako król będę na początku musiał tu być wręcz uwięziony. A jednak czeka nas wspólna podróż. I jednak zgodziłeś się na objazd ze mną po królestwie! Ha!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Czw 3 Lis - 22:04:09

Arthur odwrócił się i zaczął schodzić w dół, obwieszczając tym samym, że na dziś to koniec przedstawienia. Czuł, że jest późno; pikowe zegary mogły, choć nie musiały wskazywać pory snu.
— Bądź u mnie za pięć godzin, pomogę ci w nauce. W trzy dni nawet całkowity idiota powinien dać radę. – Przeszedł trzy kolejne trzy stopnie, gdy poczuł, że Alfred za nim ruszył. Zgodnie z oczekiwaniami zresztą. Arthur zwolnił nieco kroku, choć sala tronowa, którą stworzył Alfred, była wystarczająco wielka, by pomieścić tłum. Tylko tym dał znać, że zwrócił uwagę na rozmówcę; nie odwrócił wzroku, nie zmienił wyrazu twarzy. Zamierzał zakończyć to spotkanie w momencie, gdy dotrze do drzwi. Później wróci do swoich komnat, obejrzy odbicie swoich pleców w którymś ze srebrnych luster i przemyśli wszystko od początku. Rozbierze na czynniki pierwsze narzucone mu przez Alfreda reguły i znajdzie w nich jakąś lukę. Niekoniecznie z niej skorzysta, ale tym razem zamierzał mieć pod ręką więcej, niż tylko jeden plan.
Jeśli starczy mu czasu, może zaśnie na jakiś czas. Czuł się wykończony, a na dodatek dogłębnie czuł teraz jak bardzo słaba i nierealna jest Astra. W pewnym sensie życie tutaj przypominało nieustanne poruszanie się po mglistej dolinie; nie mógł być pewien, na czym postawi swój następny krok. A mgłą był Alfred.
— A ty nie masz żadnego planu? Wolisz śnić głupie sny o mechanicznych ptakach, denerwować ludzi i ciągle zachowywać się tak, jakbym to ja zamordował naszego króla? – Postawił pierwszy krok na lśniącej posadzce tak mocno, że przestrzeń zafalowała jak tafla wody, w którą ktoś rzucił kamieniem. Arthur zwrócił na to uwagę, ale tym razem nie próbował uspokoić zgromadzonej wokół siebie magii. W efekcie przypominał człowieka pod wysokim napięciem – dosłownie i w przenośni.
Więc Alfred, co było dla niego typowe, natychmiast musiał go dotknąć, wsadzając metaforyczny widelec w równie metaforyczny otwór. Wystarczy powiedzieć, że przez twarz Arthura momentalnie przeszedł grymas. Wiedział odruchowo, że Alfred go dotknie, więc ledwo opuszki palców nowego króla musnęły przód jego koszuli, on już mocno zaciskał palce na jego nadgarstku. Stanął też gwałtownie w miejscu i odwrócił się do Alfreda. Jego ciemne oczy błysnęły groźnie, usta wykrzywiły się w wyrazie irytacji, a ściskające nadgarstek Alfreda ręka zacisnęła jeszcze mocniej.
Arthur spojrzał mu w oczy. Wiedział, że słowa niczego nie dadzą, bo ostrzeżenie Alfreda byłoby ledwie stwierdzeniem oczywistości.
— Astra nie jest aż tak ważna bez reszty królestwa. Jeśli chcesz przeżyć, potrzebujesz prawdziwych miast. I to szybko. Najpierw musisz odnowić kontakty handlowe i przejąć kontrolę nad okolicznymi władzami, zanim rozbestwią się i poczują smak wolności. Zostaw tutaj tylko głowy rodzin i zakładników, a później zajmiemy się pilnymi sprawami – tłumaczył ostrym tonem, przyglądając się Alfredowi pogardliwie.
Owszem. Planował to wszystko od dawna.
W końcu, bez słowa, wypuścił jego dłoń i odsunął się o pół kroku.
— Mógłbyś też stworzyć prawdziwe miasto i zażądać, by zjawili się tutaj przedstawiciele władzy z każdego zakątka, ale nie ma na to czasu. A ty jesteś lepszym oszustem i ciałem niż królem. Za pięć godzin u mnie – powtórzył tonem kończącym rozmowę.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 4 Lis - 11:40:49

Dłoń Arthura zacisnęło się mocno na jego nadgarstku. Alfred spojrzał na długie, białe palce, które ściskały przegub jego dłoni z zaskakującą siłą. Nie wydawał się na przejętego, choć cień bólu mógł odbić się w jego oczach. Nadal uśmiechał się, łagodnie i uprzejmie. Pogodnym błękitem zlustrował Arthura. Świat naokoło nich drgał i falował, jak tafla cichego wodnego oka. Od czasu do czasu coś zakłócało jego statykę i wtedy drgał, tracił barwy, płowiał. Bryły stawały się prostsze i schematyczne. Przypominał plastelinę, która czekała, by ją uformować, ale Alfred nadal nie był gotów.
- Cieszę się, że się zgadzamy – stwierdził spokojnie Alfred, patrząc w oczy Arthura bez cienie strachu. Już na samym początku mówił mu podobnie, choć pewnie mniej składnie. O podróży, o prezencji, o pozbieraniu miast. Ale wtedy Arthur uważał, że Alfred chce zrobić z niego błyskotkę. Piękny klejnot na koronie.
Cóż. Dobrze, że tym razem zmienił zdanie, a Alfred tylko subtelnie zasugerował, że proponował to już parę dni temu. Tym razem jednak Arthur mógł uratować twarz, uznając, że propozycja wyszła od niego. Alfred nie miał mu za złe. Rozumiał dumę kogoś takiego jak on.
Arthur miał sobie dużo z pawia, lwa, ale przede wszystkim prostego, domowego kota.
- Do zobaczenia, Arthur – dodał jeszcze tylko, niezrażony całą sceną. Wyswobodził dłoń z uścisku Arthura i odsunął się. Rzeczywistość przesunęła się wraz z Alfredem. Tam gdzie kroczył, na moment wydawała się bardziej prawdziwsza i bardziej składna, ale był to niewielki ułamek całego, butnego świata Astry.

Pięć godzin. To niewiele czasu, ale Alfred i tak zdążył coś zjeść i przespać się. Jakoś. Wprawdzie teraz był dość zaspany, ziewał praktycznie bez przerwy, a powieki miał ociężałe i lepiące, jednak zmierzał do komnat Arthura miarowym, spokojnym krokiem. Dopóki nie siadał raczej nie groziło mu zaśnięcie na stojąco. Przy właściwych drzwiach – korytarz jak zawsze zdawał się sam prowadzić go na skróty przez piękny pałac – Alfred przeciągnął się jak kot, przetarł oczy wodą, którą stworzył z okruszka skały i ochlapał nią twarz oraz kark. Przeczesał włosy, która i tak solidnie zmierzwił mu sen. Nie zwrócił większej uwagi na strój, który był tym samym, jaki miał podczas koronacji. Różnica polegała na tym, że nie miał płaszcza, a całość była bardziej pomięta niż wcześniej.
Oczywiście Alfred nie przejmował się takimi szkopułami.
Zapukał. Równie dobrze mógł sam wcisnąć dłoń pomiędzy szpary rzeczywistości i wyrwać jej kawałek, by otworzyć sobie drzwi, ale poczekał grzecznie, dopóki te same nie otworzyły się przed nim. Nie chciał złościć Arthura, był na to zbyt senny, zbyt zamyślony, analizując słowa Kirklanda sprzed pięciu godzin. Podróż. Podróż po Królestwie Pik. Dziecinna część Alfreda cieszyła się z tego jak, no cóż, dziecko, ale Alfred miał też inne cząstki swojej osobowości. Optymista przewidywał, że wszystko wyjdzie jak najlepiej. Szalony pierwiastek skupiał się na bliskości Arthura, która przez ten czas będzie zagwarantowana. Cień tej rozsądnej rozważał na ile sposobów może zginąć w trakcie takiej wyprawy.
I kiedy Arthur złamie umowę.
Rozsądna nie wierzyła w to, że Arthur nie spróbuje czegoś wcześniej. Może jakiejś luki… Taka podróż była do tego idealna.
Alfred westchnął i przekroczył próg.
- Jestem! Dzisiaj też kąpiemy się nago w basenie? Dzisiaj ci nie ustąpię i popływamy razem! – Zawołał, rozglądając się za Arthurem.
Podłoga wyglądała zachęcająco, by się na niej położyć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 4 Lis - 17:09:30



Tym razem drzwi otworzyły Alfredowi dwie smukłe, urodziwe służki. Obie miały niemal srebrzyste, gęste włosy spięte w ten sam sposób i przypominały raczej towarzyszki zabaw małej, zubożałej arystokratki niż zahukane służące. Uśmiechały się miło, choć nie do końca skromnie, spuściły jednak z respektem głowy i ukłoniły się przed Alfredem. Wyższa z nich, roztaczająca aurę starszej siostry, powiedziała:
— Dzień dobry, wasza wysokość. Nasz pan czeka przy stole ze śniadaniem.
Podnosząc głowę, na chwilę zerknęła w oczy Alfreda i udała, że bardzo zawstydza się tym przypadkowym kontaktem. W kącikach jej różowych ust ciągle czaił się jednak uśmiech. Obie służki ukłoniły się jeszcze raz i zaprowadziły Alfreda po drzwi, których tutaj wcześniej nie było. Za nimi znajdowała się okrągła i jednocześnie niewielka jadalnia. Niski stół pokrywała narzuta barwy sosnowych igieł, a przez wysokie, otwarte okna wpadał ciepły, pachnący leśną ściółką wiatr. Krajobraz przypominał ogród pikowej posiadłości wysoko w górach; powietrze było ostre i rześkie, aż kłuło w płucach, a niebo jaskrawie błękitne i pełne drobnych, samotnie podróżujących chmurek. Było jasno i ciepło, sielsko w baśniowy sposób, przestronnie na zewnątrz i przytulnie wewnątrz. Na okrągłym, niskim stole parowało w dzbanach ciepłe mleko i świeżo wypieczony, biały chleb. Arthur, ubrany w ciemnozielony komplet uszyty z grubego materiału, siedział pośród wygodnych, szerokich poduszek i delektował się wiśniami. Przed sobą, na stole, miał grubą księgę, z której czytał coś uważnie. Nie podniósł wzroku, gdy otworzyły się drzwi; doczytał spokojnie do końca strony, a później dotknął księgi dwoma palcami, sprawiając, że ta rozpłynęła się, jakby nigdy jej nie było.
Podniósł wzrok i skinął na młodszą ze służek. Dziewczyna podeszła bez wahania, nachyliła się i dolała mu do filiżanki herbaty. Odsunęła się zwiewnym krokiem.
— On nie będzie chciał, żebyście mu w czymkolwiek pomagały. Możecie na razie odejść.  
Obie służki jeszcze raz zerknęły na Alfreda, uśmiechnęły się, a później szybciutko odeszły, zamykając za sobą drewniane drzwi, które z tej strony wyglądały całkiem inaczej niż z drugiej. Arthur podniósł sobie do ust filiżankę i powoli upił herbaty, wydając się bardziej zajęty tym, niż Alfredem. Przeniósł na niego swoje chłodne, badawcze spojrzenie dopiero, gdy upił łyk.
— To jedna z mniejszych jadalni w mojej posiadłości na szczycie Szmaragdowych Gór. Usiądź – zaprosił go do stołu. – Część jedzenia jest iluzoryczna. Ciekawe, czy potrafisz powiedzieć, która.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pią 4 Lis - 23:49:57

Alfred ledwie przebiegł spojrzeniem przez dwie kobiety, które otworzyły mu drzwi. Wyglądały jak kolejny element dekoracji, ładny mebel, aniżeli ktoś, kto faktycznie mógłby schwytać uwagę Arthura. Dobrze, przemknęło przez myśl Alfredowi, po czym nowy król gładko zignorował fakt, że był w niepokojący sposób zazdrosny. Nikt nigdy nie powiedział, że nie ma wad. Zresztą… To tylko szkopuł. Czy nie miał spytać Arthura o dziewczynę? Ach, zapomniał. Kogo to obchodziło. Ich podróż, tak. Alfred uśmiechnął się do siebie, zapominając o obecności dziewczyn i traktując je jak ulotną mgłę. Odpowiadał spojrzeniem i uśmiechem, ale jego spojrzenie ani raz nie zsunęło się za dekolt pięknych panien. Nie musnęło odsłoniętych za zwiewną tkaniną ud czy gibkich bioder, zarysowujących się pod lekkim jak pajęczyna materiałem.
Ostre, świeże powietrze załaskotało gardło Alfreda. Arthura przywitał więc atakiem głośnego, charczącego kaszlu, który przetoczył się echem przez przytulną salę. Alfred zakrył usta dłonią, przygarbił się nieco i pozwolił sobie stłumić ten koszmarny dźwięk najbardziej jak umiał. A praktykował to już od paru lat. Tym razem drobinki krwi nie zalśniły na materiale rękawa, co przyjął z ulgą. Mógł równie dobrze udać, że to nic takiego, co też zrobił, prostując się i uśmiechając promiennie, choć sennie. Trochę jak leniwy poranek, który dopiero wita się ze światem. Włosy w nieładzie zdawały się lśnić w mocnym świetle. O ile półmrok Astry je płowił (?), o tyle teraz widać było w pełnej krasie słodką złocistość włosów Alfreda i szlachetną Arthura. Zabawny kontrast, przemknęło przez myśl Alfredowi zupełnie bez związku.
- Urocze miejsce – stwierdził spokojnie Alfred, zauważając, że Arthur ledwie muska go wzrokiem.
Przez chwilę Alfred rozważył, czy powinien się zirytować, czy była to tylko dobrze wystudiowana gra Arthura, która miała na celu go zirytować. Uznał, że jednak jest to gra.
(I przy okazji odrobinę faktycznie się zirytował. Dobry kompromis.)
Odetchnął jednak i spokojnie podszedł do stołu, zajmując miejsce. W pomiętym ubraniu pachniał cierpkim potem, chłodem kamiennych sal i szczyptą mięty.
- Znając ciebie, okażę się, że wszystkie – uściślił lekko, rozglądając się po stole. Potem ziewnął przeciągle, sięgając po dzban mleka – nie nawykł do używania magii przy stole i nie widział takiej potrzeby. Powąchał biały, spieniony płyn. Nalał go trochę do pucharu, którym zakołysał w dłoni. Upił łyk. Posmakował. Odetchnął.
- Iluzja mleka. To okrutne, miałem na nią ochotę. – Udał, że robi smutną, zawiedzioną minę. – Po co to wszystko? Bawimy się w coś? – spytał, po czym ignorując fakt, że mleko było perfidną iluzją, wypił całość z pucharu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 5 Lis - 6:27:11

Kaszel. Nie było żadnego powodu, żeby Alfred kaszlał. Arthur nigdy nie chorował, choć czasem bywał ranny, a czasem poważnie osłabiony albo wyczerpany... A co dopiero powinien być Król Pik, którego magia mogła trzymać przy życiu aż do znudzenia?
Z wielu powodów Arthur nie skomentował tego, co usłyszał. Choćby samo dobre wychowanie wymagało, by nie zauważać słabości innego człowieka, dopóki nie jest permanentna albo możliwa do szybkiego naprawiania. Dlatego udawał, że niczego nie dosłyszał, niczego nie zobaczył, że całkowicie zajmuje go picie srebrzystej herbaty i okazjonalne sięganie po wiśnie i moczone w miodzie z ogrodów królewskich w Karo daktyle. Impuls obrzydzenia i ciekawości zachował dla siebie.
Kaszel nie pasował do wizji tego, jak poprowadzi ich spotkanie, a Arthur bardzo nie lubił, gdy coś psuło mu plany.
— Znając mnie, oczywiście – powtórzył tym typem przyjacielskiego tonu, który można by wykręcać jak szmatę z obojętnej pogardy. Planował nie zwracać uwagi na okropny charakter Alfreda tak bardzo jak się da; trzymać się konkretów, nie pozwalać schodzić na prywatne rozmowy i, och, być przy tym tak nudnym i sztywnym jak się da. I tym samym patrzeć, po ilu chwilach dynamiczna osobowość Alfreda w końcu zawyje z irytacji. Nie był pewny, czy to zadziała, ale nigdy nie szkodziło próbować.
Odstawił do połowy pustą filiżankę i nieśpiesznie przeciągnął się, wyprostował plecy, spojrzał w bok, na krajobraz ze swoich wspomnień, które teraz tak skrzętnie odtwarzał. Ogród i las mieszał się ze sobą w niemal niezauważalnym punkcie, a stale opadające w dół połacie głębokiej, zimnej zieleni wydawały nigdy się nie kończyć.
— Pamiętasz historie o królu Lorcanie, który oszalał i karmił cały dwój dwór iluzjami najwspanialszych potraw, dopóki ostatni z mieszkańców Astry nie umarł z głodu? Pamiętam, jak kiedyś zainspirowało mnie to, żeby nauczyć się kształtować tego typu rzeczy. Nie tylko potrawy, ale właściwie wszystko inne. Uczę się magii iluzji od dziesięciu lat i nie sądzę, żebym kiedykolwiek opanował ją choć w minimalnym stopniu tak dobrze jak król Lorcan.
Tym razem przysunął do siebie talerz z gotowanymi jajkami tęczowych ptaków. Były tak niewielkie, że mógł spokojnie trzymać je między palcami.
Dalej nie fatygował się patrzeniem na Alfreda, zupełnie tak, jakby już wiedział, co tam zobaczy i stwierdził, że nie będzie nawet podnosił oczu.
— A zauważyłeś, że jedna ze służek była kopią drugiej? – zapytał, gdy usłyszał o mleku. I uśmiechnął się leciutko pod nosem. – Potrafisz zgadnąć, która? Cóż, nieważne. Tak naprawdę istotne jest, czy potrafisz odpowiedzieć mi na pytanie, dlaczego to, co ja tworzę, jest tak dobre, a to, co tworzysz ty, okropnie mierne i niestabilne.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Sob 5 Lis - 9:16:30

Alfred wyszczerzył się. Po śladach słabości, które jeszcze chwilę temu wybrzmiały w Sali kaszlem, nie było ani śladu. Za to Alfred ciekawsko i kompletnie bez oporów przyglądał się Arthurowi, rozsiadając się wygodnie. Nigdy nie czuł wstydu, toteż w jego sylwetce nie było ani śladu sztywności. Rozluźniony, spokojny i nadal trochę senny, choć wyraźnie ożywiony samym spotkaniem. Powieki miał ciężkie, ale udawało mu się je trzymać otwarte. Od czasu do czasu ziewał, ale Arthur najwyraźniej ignorował takie oznaki, które mógł wziąć za jawne ignorowanie. Ciekawe. Alfred mrugnął.
- Znając ciebie! – odparł pogodnie, doskonale zdając sobie sprawę, do czego nawiązuje Arthur. Z samej przekory Alfred uznał, że nie przyzna mu racji, ani nie zamilknie, zmieniając temat. Zamiast tego rozejrzał się po stole badawczo i z zainteresowaniem, słuchając Arthura.
Znał tę legendę jak i wiele więcej. Mogły być prawdziwe, a mogły być kłamstwem. Opowiadano, że pod sam koniec życia król Lorcan nawet mieszkańców Astry stworzył z mgły i wieczornego puchu, oszukując tym lordów marchii. Aż pewnego dnia nawet jemu brakło już sił, a gdy iluzja rozwiała się, całą Astrę wypełnił trupi odór rozkładających się zwłok z napuchniętymi brzuchami i opiętymi skórą kośćmi.
Alfred przy takich okazjach upewniał się, że przy takich postaciach raczej nie jest szalony.
Raczej zachowywał na wszelkie obiekcje z tym związane.
- Pamiętam, choć raczej nie chciałem iść w jego ślady. Za bardzo lubię jeść – zauważył Alfred gładko. Sięgnął po wiśnię, jedną z tych, które jadł Arthur. Umieszczono je w wielkiej, kryształowej misie, zdobionej barwnymi żyłkami zieleni i brązu. Alfred obrócił owoc w palcach. Miód lepił się do jego opuszków.
- Ponieważ się tego uczyłeś, długo, bardzo długo. W to nie wątpię. – Zerknął na Arthura ponad owocem. Iluzja czy nie? – Ja natomiast mam zbyt rozbiegane myśli, by skupiać się na takich rzeczach, działam instynktownie… - Urwał.
Przesunął językiem po ciemnym, szkarłatnym owocu. Cierpki posmak mieszał się ze słodyczą miodu.
- Nie zwracałem uwagi na twoje służki. Nie interesowały mnie. Jedna na mnie patrzyła, druga nie. To wszystko co pamiętam. Więc teraz pytanie, czy iluzja była sztywna, czy wiedziona twoją magią zachowywała się bardziej naturalnie od drugiej. Jestem bardzo podejrzliwy w stosunku do ciebie, choć to chyba oznacza, że cię doceniam. – Uśmiechnął się rozbrajająco.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 6 Lis - 13:57:55

Arthur wpatrzył się gdzieś poza Alfreda, na sielski, świeży krajobraz. Olbrzymie szmaragdowe góry pod przepastnym niebem, lśniące w świetle zimnego słońca ośnieżone szczyty i powoli kołyszące się konary drzew. Uważał, że w całym królestwie Pik nie znajdzie się druga osoba, która potrafiłaby stworzyć tak potężną wizję i nie była królem, ale jednak Alfred zdawał się nie zwracać na to szczególnej uwagi.
To był... wbrew pozorom dobry znak. Chyba. Po prostu od początku był oceniany przez Alfreda jako ktoś, kto będzie w stanie stworzyć takie rzeczy i nawet nie wyglądać przy tym na zmęczonego. Ten wymiętoszony, emanujący aurą bezbrzeżnej prostoty chłopak, może faktycznie wiele o nim wiedział; ale Arthur powiedział sobie, że to wciąż trochę zbyt mało. Tak.
— Uczenie się nie sprawiło mi aż tak wielkiej trudności. Magia iluzji jest jedną z prostszych, oczywiście, jeśli poświęcasz się temu regularnie. Ale ona znacznie się różni od królewskiej magii, a przynajmniej powinna... – zrobił szyderczą pauzę.
Urwał na chwilę, sięgając po płaską miseczkę pełną gęstego, gorącego budyniu ozdobionego na powierzchni dżemem. Starał się siedzieć prosto, ale nie zbyt sztywno, jeść z przyjemnością, ale nie ostentacyjnie i ignorować Alfreda, ale nie w ten lodowaty sposób, a tak po prostu. Pomiędzy usilnym nie staraniem się a obojętnością była bardzo cienka granica, zwłaszcza, że Alfred miał talent do wzbudzania w nim uczuć. Trudno byłoby zacząć udawać, że nagle przestał, więc Arthur nawet nie próbował. Czasem zerkał na swojego rozmówcę z leciutką irytacją i znużeniem, jakby miał do czynienia z dzieckiem, które zbyt często powtarza te same wygłupy.
— I nigdy nie pójdziesz w ślady Lorcana – uśmiechnął się leciutko. – Choć był szaleńcem, to potrafił mistrzowsko panować nad królewską mocą. Był urodzonym władcą i tym razem nie mówię tego po to, żeby cię poniżyć. Jesteś utalentowanym magiem, ale to po prostu nie jest twoje przeznaczenie. Brakuje ci wyobraźni, silnej woli, skupienia i cierpliwości, żeby wykorzystać cały potencjał tej mocy. Królowie Pik potrafili uczynić z Astry najpiękniejszą z legend, a ty, Alfred...
Arthur podniósł na niego wzrok. Jego zielone oczy idealnie komponowały się dziś z barwą jego stroju i otoczenia. Zdawał się pasować do górskiego otoczenia, jednocześnie malowniczy i surowy, w jakiś sposób niepokorny jak obce, tajemnicze lasy.
— ...jesteś na to zbyt prosty. Dlatego proponuję ci, żebyś traktował tę magię bardziej jakbyś uczył się rzucać magię iluzji. Naucz się sięgać do swojego umysłu i czerpać z niego wzorce, które będziesz podsuwał magii króla. W ten sposób stworzysz Astrę na wzór tego, co już doświadczyłeś, co powinno stworzyć raczej nudne i powtarzalne, ale stabilne miejsce. Nie zależy ci zresztą na niczym więcej, prawda?


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 6 Lis - 15:42:04

Krajobraz był piękny, ułuda tak rzeczywista, że niemal realna. Gdyby Alfred nie wiedział, że to niemożliwe, może nawet dałby się nabrać. A jednak zachował w pamięci fakt, że nadal są w Astrze. Równie dobrze wszystko mogło tu być zbudowane z mirażu. Żadna ze służek nie musiała być realna, a Arthur… Alfred zerknął na niego, odrywając wzrok od szczytów za przepastnymi oknami, w rozświetlonym pomieszczeniu widział bladość cery Arthura, idealnie gładką, czystą cerę i parę zielonych, obojętnych oczu. Uśmiechnął się do nich, choć nie odpowiedziały mu niczym. Wrócił spojrzeniem do widoku, jaki rozpościera się ze szybą. Nozdrza łaskotał mu zapach igliwia, leśnego poszycia, wilgoci i rześkości.
- Nigdy się nią nie interesowałem – przyznał gładko Alfred. Przynajmniej nie aż tak. Ma swoje zalety, ale chyba wolałem tworzyć coś realnego, aniżeli coś co lada chwila zniknie.
Zerknął na Arthura i uśmiechnął się. Spodziewał się złośliwego komentarza na temat jego zainteresowań, związanego z faktem, jak nierealne tworzył miasto. Cóż. Nad tym musiał dopiero popracować, prawda?
Alfred w przeciwieństwie do Arthura starał się tylko o jedno – żeby nie przyspać. Powieki miał ciężkie jak wykonane z ołowiu. Niezbyt zręcznie maskował ziewnięcia dłonią i rękawem, a w jego oczach odbijała się poranna mgła. Oczywiście bystrość umysłu w takim stanie mogła pozostawiać wiele do życzenia, ale mimo wszystko Alfred słuchał uważnie Arthura, łapał jego słowa, przysłuchiwał się im, analizował.
I z całej siły starał się nie zasnąć twarzą w owsiance. Arthur za pewne by mu tego nie darował.
Zastanawiało go jakim cudem Arthur jest tak rześki. Czy znowu utrzymywał się przy pomocy magii? Alfred odetchnął. Sam nie zamierzał ingerować w swoje ciało. Miało już dość… Miało już zdecydowanie dość magii.
- No wiesz co, już myślałem, że chcesz mnie obrazić jak zwykle. – Alfred zrobił buzię w ciup. – Zgodzę się ze skupieniem i zgodzę się z cierpliwością. – Wesołe iskierki zajaśniały w oczach Alfreda. – Ale mam słabą wolę? No cóż. Może. Może nie. – Roześmiał się gładko. – Ty też, widzę, doskonale mnie znasz. – Zmrużył oczy.
Ugryzł trzymaną wiśnię w miodzie. Oblizał palce. Nie liczyło się, czy to iluzja czy nie. Miała przyjemnie słodko-kwaśny smak. Jak Arthur. Słodko-kwaśny. Och, doskonałe porównanie! Alfred pogratulował sobie w myślach.
- Prosty. – Alfred posmakował tego słowa. – Prooosty. Zabawne. Jak chłopiec z nikąd. Ale dobrze. Wezmę twoją radę do serca. Tak jakby. – Mrugnął.
Mimo to nie spodobało mu się to określenie. Prosty. Pozbawiony wyobraźni. Słaba wola. Mrugnął drugi raz. Arthur go prowokował? Naprawdę tak o nim myślał? Alfred uważnie przyjrzał się jego twarzy jak gdyby nigdy nic, choć w rzeczywistości zmrużył oczy, a coś nieprzyjemnie podrapało go w okolicy serca i żołądka.
- Proste, nudne, stabilne – powtórzył znowu. Spokojnie, cierpliwie, choć w rzeczywistości nie był ani trochę cierpliwy. Przymknął powieki na moment. Odetchnął. – Więc chciałeś pokazać mi jak niskie masz o mnie mniemanie. – Stwierdził prosto, zaciskając palce na puchar, w którym drgnęło iluzoryczne mleko. – To bardzo miłe z twojej strony. – Alfred wyszczerzył się szeroko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Nie 6 Lis - 19:41:40


— Z tego, co widziałem – Arthur podniósł na krótko wzrok znad delikatnej miseczki – interesowałeś się głównie magią cyrkową. Z domieszką stylu walki Gilberta Beilschmidta. Musiał być z ciebie całkiem dumny, choć, oczywiście, pewnie nigdy ci tego nie powiedział.
Uśmiechnął się leciutko i wrócił do przyglądania się rzeczom ciekawszym niż Alfred, w tym śnieżnobiałemu, zmieszanemu z dżemem budyniowi. Ostatnie dwa zdania wypowiedział bez ironii ani kpiny, a raczej tak zdawkowo, jakby komentował czyjś wybór płaszcza.
Na chwilę zdawał pogrążyć się w dyskusyjnej przyjemności jedzenia budyniu. Tutaj, na własnych warunkach, wydawał się być spokojny, ale tak naprawdę nigdy się tak do końca nie czuł. Zawsze miał wrażenie, że coś musi zrobić, poprawić, zapamiętać, z kimś się spotkać, czegoś nowego nauczyć. Jeśli pozwalał sobie na odpoczynek, to tylko i wyłącznie dlatego, że ciało musiało czasem pożyć w swoim naturalnym tempie. A on bardzo lubił odpoczynek i momenty dla samego siebie, choć nawet i podczas zasłużonego relaksu miał głęboko zakorzeniony, cichutki głosik, który oskarżał go o bliżej nieokreślone marnowanie czasu. Na przykład, zamiast jeść teraz tak spokojnie, wolałby teraz nawrzeszczeć na Alfreda. Ani jedna z tych dwóch sytuacji nie była szczególnie produktywna, ale jedzenie wygrywało głównie tym, że zapewniał coś swojemu ciału i, przy okazji, budował swój wizerunek.
Jako człowieka, który potrafi jeść. Tak właśnie.
— Ktoś o silnej woli potrafiłby ujarzmić tę magię bez mojej pomocy. Twoja wola wyraźnie bardziej przypomina coś elastycznego niż silnego. – Odłożył miskę i wyprostował się, spoglądając w bok od bogato zastawionego stołu. Odetchnął.
Niczego nie skomentował na temat ironicznej uwagi Alfreda, ale spojrzał na niego ze śladem tryumfu i zupełnie tak, jakby miał go za kompletnego głupca. Jego zainteresowanie szybko jednak opadło. Słuchał w milczeniu, wrócił do popijania herbaty, a potem bezwiednie zapatrzył się na to, jak Alfred oblizuje palce. W pewnym sensie to wcale nie było jakieś okropne łamanie towarzyskich zasad, ale Arthur i tak poczuł dreszcz irytacji.
W tym momencie wściekłość, jaką czuł na Alfreda, przypominała olbrzymiego, ale uśpionego potwora. Trzymał ją w stanie śpiączki, ale czasem warczała przez sen, albo otwierała leniwie jedno oko. Arthur nie chciał, żeby przebudziła się w najbliższym czasie. Kiedyś, owszem, ale obecnie do niczego jej nie potrzebował.
— Przecież już ustaliliśmy, że mam o tobie niskie mniemanie – stwierdził z cieniem humoru w ogólnie znudzonym głosie. – Teraz tylko klaruję, które z twoich wad przeszkodzą ci w stworzeniu stolicy godnej Pików. Musisz wiedzieć, czemu proponuję ci skupienie się na wykształtowaniu czegoś prostego... Może kopii któregoś z miast handlowych? I zajęciu się ważniejszymi problemami. Ale...
Znów na chwilę urwał. Dostrzegł, że najwyraźniej leciutko Alfreda zdenerwował i dlatego też uśmiechnął się do wnętrza filiżanki.
— Dużo mówiliśmy o tym, jakie ja mam plany. Czas, żebyś powiedział, jak wyglądają twoje. – Znów na niego spojrzał. – Zdecydowałeś już, co sądzisz o wiśniach?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 7 Lis - 10:16:21

Nie. Gilbert nigdy nie powiedział tego Alfredowi, a Alfred nie mógł już nic na to poradzić. Teraz tylko spojrzał przydługo na Arthura, po czym roześmiał się. Prawie gładko, choć w jego głosie może raz, na ułamek sekundy wybrzmiała fałszywa nuta. Od kiedy sięgał pamięcią nie miał kompleksów i nie przejmował się tym, co sądzą o nim inni. Teraz także niewiele się zmieniło. Nie chodziło o to, że Arthur ma rację, raczej o to, że nie dostrzega prawdy. A Alfred czekał na to tak długo, że teraz naprawdę się niecierpliwił. A natura nie obdarzyła go tą cnotą, co tylko pogarszało sprawę.
- No tak, widzę, że jak zawsze masz dla mnie miłe słowo – odparł na głos, mrużąc oczy, pozwalając rozbawieniu wkraść się w błękit.
Zastukał palcami o blat, gdy Arthur skupił swoją uwagę na misce. W odpowiedzi Alfred skupił wzrok na nim. Jego oczy błyszczały wymownie, choć w jakim znaczeniu i co miały na myśli – to wiedział już tylko Alfred.
Choć zapewne nietrudno było się domyślić, o co mogło mu chodzić.
- Dałem jej wolność, bo cenię sobie wolność – podsumował. – Gdybym był słabej woli, raczej nie osiągnąłbym tego wszystkiego. I nie uznawał, że zabawnie jest używać twojego zdrobnienia, A… Ach, wybacz. Puchata kulko nienawiści.
Ukłucie irytacji motywowało go do zwracania na siebie uwagi w najbardziej prymitywny sposób, próbując rozdrażnić Arthura. Nie liczyło się, co ten będzie o nim myślał. Byleby myślał. Mówił. Skupiał na nim swoją uwagę. Taki układ nie był idealny, ale w tej chwili Alfred czuł się usprawiedliwiony. Był zmęczony, senny. Nie zamierzał grać (ale zamierzał igrać z ogniem).
- Niskie. Co jest o tyle zabawne, że w takim wypadku przyznajesz się, że przegrałeś z kimś słabym. Że ktoś słaby cię ubiegł i przechytrzył. Że ktoś z nikąd pograł z tobą… Nie wiedziałem, że o sobie też masz tak niskie mniemanie. – Alfred uśmiechnął się słodko, a potem roześmiał się głośno i znacząco.
- Wolę czereśnie. Moje plany? Według ciebie ich nie posiadam, prawda? – Uśmiechnął się uprzejmie. – Czemu mam wyprowadzać cię z błędu? Przecież lubić uważasz, że masz rację. – Alfred skrzyżował ręce na piersi. – Póki co nasze plany się zgadzają. To, co nastąpi będzie zależało od tego, jak wyjdzie nasza mała podróż. Na razie nic nie mogę powiedzieć. – Rozłożył ręce. – A ty? Masz zamiar dodać coś jeszcze na mój temat?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arthur
Śnieżynka
avatar

Liczba postów : 2556
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 7 Lis - 16:18:00

W odpowiedzi na śmiech Alfreda Arthur uśmiechnął się krótko, na poły niecierpliwie, a na poły ze znudzeniem. Postanowił zademonstrować, jak niewiele obchodzi go ta emocjonalna obojętność Alfreda i sam Alfred w ogóle. Na sekundę lub dwie przymknął oczy i skoncentrował się. Palce miał leciutko zaciśnięte wokół rozgrzanej porcelany, na skórze czuł ciepło parującej herbaty, a w nozdrzach delikatny, ziołowy zapach. Spróbował sobie wyobrazić, że to wszystko wypełnia go swoim spokojem martwych, bezmyślnych rzeczy, a następnie przywołał do siebie wspomnienia swoich ulubionych dni spędzonych w górskiej rezydencji.
Po chwili rozluźnił spięte mięśnie ramion. W jego uszach zaszumiał pierwszy deszcz, srebrzyste strugi zaczęły przecinać przestrzeń poza jadalnią, uderzała w okoliczne rośliny i kopułę nad jadalnią. Po sekundzie rozlało się już porządnie i intensywnie. Szum przemienił się w grzmot walących o górskie stoki deszczowych wodospadów, powietrze wypełniło się wilgocią, a niebo pociemniało. Zieleń błyszcząca w deszczowym półmroku wydawała się bardziej szmaragdowa niż dotychczas.
— Wystarczy, Alfred. Chyba nie zdajesz sobie sprawy, że kiedy próbujesz się kłócić, to odnosisz odwrotny skutek od zamierzonego. Wychodzisz na idiotę. – Popatrzył na Alfreda chłodnym wzrokiem człowieka, na którym marny humor rozmówcy nie robi żadnego wrażenia. Nie zamierzał pozwolić, żeby teraz wypełniła go złość. Na tyle potrafił się kontrolować od czasu, gdy musiał porozmawiać z nim po raz pierwszy. Może też Nolani mu trochę pomogła w uspokojeniu się; w końcu mógł się na kimś wyżyć, jakąś sprawę doprowadzić do końca. Teraz nie mógł już cofnąć tego, co jej zrobił, ale właśnie dlatego niczego nie musiał żałować.
— Przede wszystkim – podjął twardym tonem, niemal wpadając mu w słowo. – Nie muszę mieć o tobie dobrego mniemania, żeby nauczyć cię magii.
Nieco ożywiony, tak jak człowiek, który po długim ceremoniale, w końcu może przejść do prawdziwych interesów, nachylił się nad stolikiem i spojrzał na Alfreda z cieniem irytacji.
— Nie zamierzam mówić ci, co masz robić teraz czy podczas podróży – stwierdził ostro. Wiedział, co byłoby najlepsze, w jakiej kolejności odzyskiwać miasta i kto jest najsłabszym ogniwem każdego rządu; miał swoje własne, szczegółowe plany na to, jak zjedna sobie królestwo Pik. Rozważał nawet, czy sugerować coś Alfredowi, ale jego odpowiedź zbyt go teraz rozdrażniła. Podjął więc szybką decyzję. – W końcu nie mam nic wspólnego z twoimi zbrodniami. Jestem tutaj, żeby powstrzymać się przed dalszym szaleństwem i może pomogę ci opanować magię, ale na dole to ty masz mieć plan. Zapominasz się, Alfred.
Znów wyprostował się i odetchnął. Nadal nie sprawiał wrażenie szczególnie wściekłego. Po prostu nienawidził, gdy Alfred traktował go jak pewną część swojej rebelii.
— Sądząc po twojej wymijającej odpowiedzi, nie potrafiłeś stwierdzić, czy wiśnie są prawdziwe, czy nie. Podpowiedź: gdyby nie były, sprawiłbym, że wydałyby się wybuchnąć w twoim gardle po tym, jak użyłeś wobec mnie tej swojej żałosnej odzywki – uśmiechnął się ponuro.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ardwi.deviantart.com/
Alfred
Dupek
avatar

Liczba postów : 2501
Join date : 17/09/2013

PisanieTemat: Re: Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki   Pon 7 Lis - 22:04:37

Alfred tak skupił się na Arthurze, że dźwięk deszczu zaskoczył go. Drgnął i rozejrzał się, kierując spojrzenie w stronę wysokich okien, po których szkle spływały teraz grube jak ziarenka grochu krople wody. Zamrugał. Powietrze zapachniało wilgocią, towarzyszącą opadowi. Przez moment wszystko wydawało się tak bardzo realne, ale Alfred ani przez chwilę nie miał wątpliwości, że Arthur po prostu z nim igra. Wrócił do niego spojrzeniem.
- Fakt, zapomniałem, że gdy uważasz, że masz raję, nie przekonają cię żadne racjonalne argumenty. – Alfred uśmiechnął się krzywo. – Dyskusja z tobą w takich momentach to jak rozmowa z obrazem, zabawna, ale równie bezcelowa.
Znowu za późno ugryzł się w język, ale Arthur zaczął działać mu na nerwy. Nie czuł się poruszony jego słowami, ale drażniło go, że Arthur jak zacięta płyta powtarzał ciągle i ciągle to samo. Ile jeszcze im to zajmie? Tej głupiej gry. Alfred się niecierpliwił. W jego wizji już dawno powinni się całować, a Arthur przyznawać, że Alfred jest cudowny.
Czy coś.
- To dobrze, inaczej pewnie musiałbym czekać wieczność i jeden dzień dłużej. – Uśmiech Alfreda poszerzył się.
Jakiś głos w tyle głowy sugerował, że Alfred powinien się powstrzymać. Sam dawał pożywkę Arthurowi, ale teraz Alfred chciał mu nadepnąć na odcisk i wywołać emocje. Jakiekolwiek emocje na tej bladej twarzy.
Złapał cień irytacji na jego twarzy. Dobrze. Sukces. Alfred poczuł dziecinną satysfakcję. Uśmiechnął się, nie umiejąc się powstrzymać. Dopiero docierało do niego, że popełnił błąd. Uśmiech nieśpiesznie uciekał z jego oczu i zastygał na twarzy, jak rozgrzana lawa, powoli zmieniająca się w szarą skorupę.
Dał się sprowokować i sprowokował tym Arthura. Cudownie. Chciał tego uniknąć. Naprawdę chciał być miły, chciał pokazać Arthurowi, że jest w nim coś więcej. W jego wizji nie było wiecznej wojny, nie, Alfred chciał czegoś więcej, a teraz skutecznie niszczył fundamenty podobnych relacji. Alfred spojrzał przeciągle na Arthura. Westchnął i potarł skronie, opierając czoło na dłoni.
- Tak, tak. Wiem. Jesteś wiernym poddanym króla. Byłego. Czy coś. Nauczyłem się tej bajki na pamięć. Dobrze. – Alfred poruszył się. Odjął rękę od twarzy i splótł dłonie przed sobą. Wyprostował się i usiadł bardziej sztywno w fotelu. Odgiął głowę do tyłu, próbując się rozbudzić. Znowu spojrzał na Arthura. – Ja jestem szalonym śmieciem z nikąd, tak, tak. To też już ustaliliśmy. Więc skoro już ustaliliśmy, kim jest każdy z nas – naturalnie nie ma tu cienia wątpliwości, że jest inaczej… - Uśmiechnął się kwaśno. – Mam plan – dodał spokojnie. – Ale nie uwierzysz mi. To wygodne dla nas obu. Ale nauka iluzji to co innego. Obaj wiemy, że w tym nie jestem dobry, więc może odstawimy fakt na bok, że chcesz, żebym się udławił, a ja mam ochotę… - Zastanowił się. Właściwie nie chciał zrobić niczego Arthurowi. No, może go przelecieć. - …spać i skupimy się na tym po co faktycznie się tu spotkaliśmy, bez dalszych prób równomiernego zirytowania się nawzajem? – Zaproponował, rozkładając dłonie.
Zastanawiał się, czy wylecenie z hukiem z iluzorycznego okna w iluzoryczną przepaść może boleć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Ludzie, baśnie, idioci i głodowe chlebowe ludziki
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 29Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 17 ... 29  Next
 Similar topics
-
» Nauczyciele fabularni
» Tysiąc reakcji na tysiąc sytuacji
» Kronika rodu Bolton
» Ludzie Baratheonów
» Ludzie Tully'ch

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Cardverso-ms-
Skocz do: